Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

Inwestycja

fiona_apple

Miłe popołudniowe spotkanie - kawa plus ploteczki. Moja rozmówczyni, Jen, jest w szóstym miesiącu ciąży. Jeszcze nie wie, że ja też hoduję swojego Pasożyta, ale tematy ciążowo-dzieciakowe siłą rzeczy nieustannie pojawiają się w rozmowach. Jak się okazuje, niektóre z nich to temat dość grząski.

Jen: Rozmawiałam kilka dni temu z koleżanką na temat wózków i powiedziała mi, że po prostu muszę kupić Bugaboo, bo lepszego nie znajdę. Już parę osób mi to mówiło - że są najładniejsze, najtrwalsze i łatwo się nimi manewruje. W ogóle mnóstwo ich widać tutaj na ulicach. Pojechaliśmy więc z Jimem je obejrzeć i rzeczywiście mi się podobały. Ale wiesz ile one kosztują? 900 euro! 900 euro za w-ó-z-e-k!

Ja: No tak, za tą cenę to powinny przynajmniej karmić i przewijać ci dziecko, co?

Jen: No właśnie! Cały czas nie mogę dojść do siebie - 900 euro! My mamy zamiar przeznaczyć na wózek jakieś 300 dolarów, a i tak wydaje nam się to sporo... No ale moje koleżanki mówią, że to się opłaca. To taka inwestycja w dziecko.

Jak ja nie znoszę, kiedy ktoś używa takich tanich argumentów! Musisz go kupić! Muszę, bo jak nie, to co?  Czy tylko ten wózek może być dobrą inwestycją w dziecko, a trzy razy tańszy już nie?

Ja: Posłuchaj mojej rady – przemyśl to. Jeśli dojdziesz do wniosku, że to opłacalna inwestycja, zainwestuj. A jak dzieciak będzie miał trzy albo cztery lata, to go wyślesz do Chin albo do Wietnamu, żeby odpracował koszty szyjąc buty Nike’a albo Reeboka. Maluch musi wiedzieć, że na tym świecie nie ma nic za darmo.

PS. Wyguglałam sobie te wózki i je obejrzałam (tak, byłam do tej pory bugaboową ignorantką). No cóż, nie podobają mi się. Oszczędzę.

Przepowiednia doktora S.

fiona_apple

Niestety, Doktorek miał rację. Niepotrzebnie się łudziłam, że uda mi się przejść przez pierwszy trymestr bez żadnych ciążowych dolegliwości.

Po pierwsze primo – po raz pierwszy w życiu mogłabym się w ogóle obyć bez jedzenia. Do tej pory jeśli nie zjadłam śniadania, to około dziesiątej rano dostawałam takiego ssania w żołądku, że o niczym innym nie mogłam myśleć i musiałam biec po cokolwiek do przegryzienia. A teraz? Dziesiąta, jedenasta, dwunasta... i nic! Mogłabym przeżyć cały dzień o kromce chleba popijanej wodą.

Po drugie primo – jedzenie zamiast zachęcająco pachnieć, zaczęło mi po prostu śmierdzieć. I nie pojedyncze artykuły – WSZYSTKO! Patrzę na owoce – bleee, mięsa – bleee, makaron – bleee, nawet chleb – bleee. Nawet jeśli zgłodnieję, nie mam ochoty na absolutnie nic i marzę tylko o tym, żeby mi wstrzyknęli coś dożylnie, żeby mnie nie ssało.

Po trzecie primo – kiedy już zaczynam coś przeżuwać (mózg musi panować nad ciałem, a ja zdaję sobie sprawę, że COŚ muszę jeść), często nawet mi to smakuje, ale zawsze przychodzi moment absolutnego obrzydzenia. Czasami następuje to już po kilku kęsach, czasem pod koniec posiłku. To takie małe objawienie: jest fajnie, fajnie, a nagle: BUM! – bleee...

Zastanawiam się nawet czasem czy to naprawdę ciąża, a nie na przykład tasiemiec albo coś równie słodziutkiego. :D Podobno nie musze się martwic o Bąbla, bo w tej chwili dostaje to, czego mu potrzeba z moich zapasów (oczywiście w wersji optymistycznej – jeśli to jednak nie tasiemiec). I tak na koniec, niestety, na pewno urośnie na tyle, że będę go/ją w czasie porodu przeklinać...

Zawsze jest jednak nadzieja – może to tasiemiec! ;)

The secret of all secrets

fiona_apple

Podjęliśmy z M. niezmiernie ważną decyzję o tym, aby poczekać trochę z informowaniem świata o rosnącym we mnie Pasożycie. Ogłoszenie radosnej nowiny nastąpi pod koniec pierwszego trymestru, który w powszechnym mniemaniu jest najbardziej ryzykowny. Dostałam tylko zielone światło, aby powiedzieć jednej lub dwóm koleżankom, kiedy już kompletnie nie będę mogła wytrzymać. :) 

Trochę bardziej skomplikowana sytuacja jest z rodzinką. Mieszkamy na obczyźnie, a wolelibyśmy powiedzieć wszystkim osobiście. Powodów jest wiele, począwszy od tego, że chciałabym, żeby mnie mamuśki i tatusiowie w czasie tej rozmowy wyściskali, a kończąc na tym, że chcemy być osobiście przy cuceniu omdlałych. Poza tym i tak koniec pierwszego trymestru przypada na początek kwietnia, a pod koniec tego miesiąca wybieramy się do Polszy, więc zdecydowaliśmy się oświecić wszystkich zainteresowanych właśnie wtedy. 

Plan jest, niby nic skomplikowanego, ale okazuje się trudniejsze niż przypuszczałam. Trudno jest na każde „Co tam u was?” odpowiadać „W sumie nic ciekawego...” myśląc „Niespodzianka, jestem w ciąży!”. No i te zbiegi okoliczności...

Rozmowa z Mamą M.:
- Prawie zapomniałam wam powiedzieć - Gosia jest w ciąży! Ciocia właśnie dzwoniła, żeby mi o tym powiedzieć!
Między nami sekunda konsternacji i szybkie przypomnienie oczami, że plan nie zakłada ujawniania się teraz.
- No to super! A kiedy ma rodzić?
- We wrześniu.
Kurczę, to tak jak ja. Muszę mocno przygryźć język.
- Przekaż gratulacje od nas. 

Rozmowa z Siostrą:
- Chcesz usłyszeć mega-ploteczkę? Kaśka J. jest w ciąży!
Kurna, czy będę musiała przez to przechodzić przy każdej rozmowie?
- Wow, fajnie, wiesz kiedy ma rodzić?
- No co ty, nic nie wiem, tylko tyle, że jest w ciąży. Zapytam, kiedy będę z nią następnym razem gadać.
Przynajmniej nie dowiedziałam się, że rodzi we wrześniu...

Do tego dzieci oczekują: moja koleżanka z pracy (czerwiec), amerykańska znajoma, która mieszka kilka ulic dalej i wpada na ploteczki (maj) i żona najbliższego współpracownika M. (lipiec). Nie będzie łatwo, oj nie będzie... Mam tylko nadzieję, że jak już wszystkim powiem, to nie będą chcieli mnie ukatrupić za obsesyjne chronienie tajemnicy!

Za mundurem przyszłe matki sznurem

fiona_apple

Na pierwszą wizytę lekarską musiałam udać się do lekarza pierwszego kontaktu, bo nie wiedziałam, gdzie szukać ginekologa na obcej ziemi. Poza tym lubię chodzić do Doktorka, bo zazwyczaj przyjmuje pacjentów w mundurze, a nie w białym kitlu i jest bardzo przystojny. Jeśli ktoś myśli, że nie powinno się wybierać lekarza z powodu wyglądu, ten chyba życia nie zna. :D

 - Dzień dobry. Byłam u pana ponad trzy miesiące temu. Rozmawialiśmy o staraniu się o dziecko i przepisał mi pan kwas foliowy. No i cóż, wygląda na to, że się udało, jestem w ciąży. 

Doktorek wpatrywał się we mnie niewidzącymi oczyma. Ocknął się po chwili.

- Słucham...? A, tak, w ciąży... Bardzo dobrze, że w ciąży. A kwas foliowy pani bierze?
- Tak, sam mi go pan przepisał. Jedna tabletka dziennie.
- Sam przepisałem? A, tak, sam przepisałem... W ciąży... Tak...

Chciałam złapać go za policzki i energicznie wytarmosić. Obudź się, człowieku, pacjentka przed Tobą siedzi! 

Doktorek zebrał się w sobie i rozpoczął wywiad. Wiek i wagę pominę, nie ma się czym chwalić.

Czy to pani pierwsza ciąża?
- Wcześniejszych sobie nie przypominam, więc załóżmy, że pierwsza.
- Czy pija pani alkohol?
- Wcześniej kieliszek wina lub dwa tygodniowo, teraz odstawiłam zupełnie.
- Bardzo rozsądnie. Papierosy?
- Nie zapaliłam w życiu nawet jednego.
- Nawet jednego? – w glosie Doktorka słychać lekkie niedowierzanie.
- Naprawdę, nawet jednego.
- To nawet ja kiedyś paliłem!

Nie wiem, czy dobrze dosłyszałam ton w jego głosie... Duma??? 

Moi rodzice palili jak smoki przez całe moje dzieciństwo. To wystarczyło, żeby znienawidzić dym papierosowy.

- Ach tak... Jest pani aktywna fizycznie?

- Siłownia i aerobik dwa, trzy razy w tygodniu. W ciąży zamierzam to w miarę możliwości kontynuować.

- Bardzo dobrze. Choroby w rodzinie?

- Mama i babcia mają nadciśnienie, ale mnie to chyba na razie nie grozi, bo jestem niskociśnieniowcem.

- A pani czuje się dobrze, nie ma nudności? Jakieś zabiegi chirurgiczne, przewlekłe choroby?

- Jestem trochę senna, ale przy tej pogodzie to chyba nic nadzwyczajnego. Kilka lat temu miałam operację po zerwaniu więzadeł w kolanie. I chyba tyle... Aha, czasami jak dręczę męża, z miłości oczywiście, on mówi, że podejrzewa u mnie chorobę psychiczną. Ale jak na razie nic oficjalnie nie zdiagnozowano!

Karcący wzrok Doktorka przywołał mnie do porządku. Do zapamiętania: dowcipy o chorobach psychicznych są nie na miejscu.

- Problemów ze zdrowiem nie ma, jest pani w dobrej kondycji, nie przewiduję raczej żadnych komplikacji.

Moje westchnienie ulgi było zapewne słychać w sąsiednim budynku. Niby Doktorek żadnych badań oprócz zmierzenia ciśnienia nie przeprowadził, ale jakoś tak się lżej robi na sercu, kiedy przystojniak w mundurze zapewnia cię, że wszystko będzie dobrze.

Porozmawialiśmy jeszcze chwilkę na temat wyboru osoby prowadzącej ciążę – położna czy ginekolog – i wybrałam tą pierwszą opcję. Doktorek odprowadził mnie do poczekalni (ma bardzo miły zwyczaj wychodzenia i witania wszystkich pacjentów) i na koniec ponownie zapytał:

- Naprawdę nie ma pani nudności? W ogóle?

- W ogóle

- To niech się pani cieszy tym okresem. Długo nie potrwa.

Dzięki!

Dzień Po Teście

fiona_apple

29. stycznia, od tej pory figurujący w moim kalendarzu jako Dzień Po Teście, zdawał się być dniem jakich wiele. Wszystko wokół biegło własnym rytmem. O świcie nie dostałam telefonu z pracy, że mogę olać obowiązki i po prostu się wyspać. Na biurku czekał na mnie stos papierów, a telefon w ciągu dnia urywał się jak zwykle. Po powrocie nie czekała na mnie kolacja przy świecach ani nawet własny jedyny mąż, który prowadził jakieś nieziemsko ważne i absolutnie tajne spotkanie.

No jak to, przecież jestem w ciąży!!!

Świadomość tego, że w tak ważnym momencie życia absolutnie nic wokół się nie zmienia, trochę mnie przytłoczyła… Fakt, nie pomagałam rzeczywistości zatrzymując tą wiadomość tylko dla siebie (z ważnych powodów, wiadomo), ale mimo wszystko… 

W domu zrzuciłam z pleców płaszcz i zgubiłam buty gdzieś na schodach biegnąc do łazienki. Plan: robię drugi test, mężowi przedstawiam nowiny z wielkim uśmiechem i zaczynamy świętowanie. 

Niemiecki test był jeszcze bardziej oporny we współpracy niż amerykański. Czekałam na druga kreskę, a ta po trzech minutach była jeszcze bardzo bladziutka. Nie róbcie sobie jaj! Przecież nie jestem w takiej przezroczystej ciąży! 

M. wrócił z pracy zmęczony. Mieliśmy tylko kilkanaście minut, aby coś szybko zjeść i przebrać się przed kursem francuskiego. Nie miałam serca rzucić „Wiesz, będziemy mieli dzidziusia” zaraz po „Jak smakuje Ci chińszczyzna?”. 

Wieczorem M. przykleił się do ekranu komputera (podobno zafascynował go jakiś artykuł o stanie gospodarki, ale kto go tam wie...), a ja czekałam na odpowiedni moment. Moja niecierpliwość dawała o sobie znać niezliczonymi spacerami do kuchni i tysiąckrotnym sprawdzaniem czy PREGNANT i różowa kreska na obu testach nie zniknęły z powodu jakichś sił nieczystych. 

Przykucie uwagi M. w taki sposób, aby się niczego nie domyślił, nie było łatwym zadaniem. 

JA: Może będzie dziś coś ciekawego w telewizji? Obejrzymy razem... 

M.: Pewnie jak zwykle chłam, nigdy nic dobrego nie ma! 

Za chwilę:

JA: (przyduszając go w misiowym uścisku) Chodź mnie poprzytulać, zimno dziś trochę...

M.: (z odległej galaktyki) Zaraz, zaraz, już idę, tylko tu doczytam...

Zdecydowałam się na małe kłamstewko. 

JA: Kupiłam Ci dziś mały prezent, wiesz? 

M.: (wraca na Ziemię w ułamku sekundy) Naprawdę?

M. z błogą miną usadowił się na sofie. Wyglądał jak małe dziecko, któremu mama obiecała lizaka. Kiedy zobaczył nieduże białe pudełko po czekoladkach, na czole pojawił mu się wielki znak zapytania. 

- Z jakiej to okazji?

- Z powodu Twojego wyjazdu w przyszły piątek. Chciałabym, żebyś się bardzo spieszył z powrotem do domu.

W pierwszym momencie po otwarciu pudelka M. zupełnie nie zaskoczył, o co chodzi. Dwa kawałki plastiku? A po co mi? To jakaś układanka? Dopiero po chwili dostrzegł małe literki. 

- Naprawdę? Naprawdę???  

Naprawdę. Będziemy rodzicami, Miśku.   

PS.

M. miał jechać na tydzień do Afganistanu. Następnego dnia odwołali wyjazd. Magia różowej kreski.

Pięć minut prawie jak Molly Bloom

fiona_apple

No proszę, czego to producenci testów ciążowych nie wymyślą, żeby ułatwić życie kobiecie. Na moim nie pojawi się ani jedna kreska, ani nawet dwie. Nie będzie plusa, zabarwionych pól i żadnych innych szmerów-bajerów. Żeby nie miotać się między kawałkiem plastiku a ulotką starając się ustalić, czy dwie kreski to ciąża czy jednak nie (każda marka ma inny kod, to jakby czytać książki w różnych językach!), dostanę wynik krzyczący do mnie wielkimi literami: PREGNANT / NOT PREGNANT.
Od razu zaczynam się zastanawiać, co miałby pokazać w analogicznym przypadku test, gdybym mieszkała w Polsce. Wynik pozytywny – CIĄŻA czy W CIĄŻY? A negatywny? BRAK CIĄŻY? NIE W CIĄŻY? A może bardzo kulturalnie, całym zdaniem: NIE JEST PANI W CIĄŻY (wybaczcie seksizm)? Czy takie testy mierzą również poziom innych substancji? W takiej sytuacji mogłyby rozgraniczyć pomiędzy PROSZĘ KONTYNUOWAĆ STARANIA a MOŻESZ ODETCHNĄĆ Z ULGĄ, DZIECKO TO NA RAZIE PIEŚŃ PRZYSZŁOŚCI. Można by też wykorzystać tą przestrzeń na edukacyjne NASTĘPNYM RAZEM POSTARAJ SIĘ LEPIEJ ZABEZPIECZYĆ. A może tak jak na zdrapkach – SPRÓBUJ JESZCZE RAZ albo NASTĘPNYM RAZEM NA PEWNO DOPISZE CI SZCZĘŚCIE? 
Dywagacje natury językowej nie pomagają mi opanować drżenia rąk podczas rozdzierania celofanowego opakowania. Szamoczę się z tym cholerstwem kilka chwil. Tutaj producent raczej nie ułatwił mi życia! Może powinnam opatentować łatwiejsze rozwiązanie? Od razu przychodzą mi do głowy trzy pomysły. 
Postanawiam skupić się na zadaniu. Po krótkiej zabawie nad toaletą zdaję sobie sprawę, że to, co przeczytam na tym małym ekraniku, może zmienić całe moje życie. Czuję jak krew ucieka mi z twarzy. 
Na teście miga mała klepsydra. Myśli. Kładę test na podłodze ekranikiem do dołu i obiecuję sobie, że spojrzę na niego za przepisowe trzy minuty. Spoglądam za okno, ale zanim w ogóle zdam sobie sprawę na co patrzę, rzucam się desperacko w stronę podłogi. Klepsydra dalej miga. Usain Bolt to to nie jest! 
Spoglądam na test co chwilę, a cholerna klepsydra dalej miga. Może kupiłam wadliwy? A może gdzieś popełniłam błąd? Wyciągam z pudelka ulotkę. “An error might occur during the test if too little urine is applied”. Za mało??? Chyba nie… A może “too much”? To bardziej prawdopodobne… 
PREGNANT 
Mały kawałek plastiku wziął mnie z zaskoczenia. Tak bardzo chciałam to właśnie przeczytać, a zamiast kangurzych podskoków albo łez szczęścia czuję zapadanie się w otchłań. Czy ja to udźwignę? Czy mnie to nie przerośnie? Czy moje dziecko będzie ze mnie dumne? 
A co jeśli za minutę przed PREGNANT pojawi się wielkie NOT? Może nie powinnam się ekscytować? W końcu żadnych objawów zmiennego stanu nie zauważyłam… Producent napisał, ze wynik będzie widoczny na teście przez 24 godziny. Sprawdzę za godzinę. Jeśli wtedy nic się nie zmieni, może podskoczę parę razy. A może w stanie błogosławionym to nie jest najlepszy pomysł? 
Teraz już wiem, ze powinnam była poczekać z tym wszystkim do przyjazdu do domu. Mądra Polka po szkodzie…  Powinni umieszczać na opakowaniach testów napis: NIE PRÓBUJCIE ROBIĆ TEGO W PRACY. Jak dobrze, ze kończę za kwadrans… 
Nagle zdaję sobie sprawę, że to dziecko będzie mieć też ojca. Musze mu powiedzieć. Ale kiedy? Teraz, kiedy sama nie jestem niczego pewna? Może powinnam zrobić drugi test… W opakowaniu są dwa, ale chyba kupię innej firmy, tak dla pewności. Zrobię go jutro. Może do tego czasu ochłonę.
W piątek M. zabiera mnie na kolację. Mogłabym powiedzieć mu wtedy… Choć jestem realistką i wiem, że mogę nie wytrzymać tych kilku dni. Poza tym nie jestem pewna, czy położenie testu ciążowego na stole wśród jedzenia to taka higieniczna rzecz. 
Podsumowuję to, co wiem: prawdopodobnie jestem w ciąży i za 10 minut wychodzę z pracy. To czego nie wiem: cała reszta. 
Pięknie. Kłębi mi się w głowie mnóstwo pytań. Pozostaje nadzieja, ze przez następnych 9 miesięcy (a dokładnie 8 z małym kawałkiem, jeśli dobrze liczę) chociaż mały ułamek z nich znajdzie odpowiedzi.

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci