Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

W głowie się nie mieści

fiona_apple

Buty_Filipa

Było to tak:

Tydzień temu wybrałam się na randkę z Filipem. Co jakiś czas robimy sobie takie wspólne wypady - kino i kawiarnia to nasza mała tradycja. Wykorzystuję skrupulatnie fakt, że mu się jeszcze chce, bo niechybnie w pewnym momencie ciastko z matką to będzie szczyt obciachu. Albo coś jeszcze gorszego, czego nie potrafię nazwać, bo jestem starym prykiem i nie znam języka współczesnej młodzieży. Na młodzież też jest pewnie już jakieś inne określenie...

No dobra, dygresja mi się wymyka spod kontroli. Randka. Syn. Kawiarnia. Kino.

Już na samym wstępie małoletni skruszył me serce bilonem wygrzebanym ze skarbonki i propozycją, że mi postawi kawę. Jak dawno nikt mi nie proponował randkowo kupna kawy... Jasne, Małżonek Szanowny kupuje, ale to ze wspólnego konta idzie, a finansowej samowolki zakitranej nie śmie mieć (chyba). Tak więc to się nie liczy. Pozostają nostalgiczne wspomnienia...

I kolejna dygresja chce się rozbuchać, muszę się pilnować. Randka. Syn. Kawiarnia. Kino.

Poszliśmy na "W głowie się nie mieści". Chciałam obejrzeć ten film z Filipem zaraz po premierze, ale było lato, cudowne gorące lato i syn mój kochany nad wizytę w zamkniętym pomieszczeniu przedkładał rower i kolegów z podwóka, całkiem słusznie zresztą. Jakżesz się ucieszyłam więc, kiedy znalazłam ten film w repertuarze w dniu naszego zaplanowanego randewu.

Dla dalszej opowieści ważne jest, że koniec końców kawę kupiłam sobie sama. Klasyczna sytuacja - matczyne serce zmiękło poważnie w momencie, kiedy sześcioletnie paluszki grzebały w skarbonce, a kiedy udało się uciułany grosz wyjąć, moje serce wyglądało jak pozostawiony parę minut za długo camembert z grilla i nie miało nic a nic woli, żeby płatność skarbonkową egzekwować. Filipowski za częśc fortuny z kieszonkowego miał sobie kupić "taką gazetkę Lego, co ją w zeszłym tygodniu widzieliśmy na stacji benzynowej". Dodaliśmy Empik do marszruty po Wola Parku. 

W_gowie_si_nie_mieci

Sam film - cudowny! Pomysł wizualizacji uczuć w głowie jako charakterystycznych ludków genialny w swej prostocie. Filip przyswoił tylko tę najbardziej wierzchnią i oczywistą warstwę filmu - spersonalizowane emocje i wyspy osobowości jako wyznacznik tego, jacy jesteśmy (poguglajcie, jeżeli nie wiecie o tym filmie nic, a chcielibyście się czegoś dowiedzieć). Dla dorosłych i dzieci starszych twórcy filmu pozostawiali mnóstwo smaczków wizualizujących w nieoczekiwany sposób procesy naszego mózgu takie jak powstawanie snów czy "chodzące" za nami idiotyczne piosenki. Ja daję "W głowie się nie mieści" standing ovation za ostatnią scene z montowaniem skomplikowanego panelu sterującego do obsługi osobowości nastolatka. 

W_gowie_si_nie_mieci_2

Kiedy wyszliśmy, Filipowski nie mógł przestać gadać:

- A jakie ja mam wyspy osobowości, mamo? Na pewno przyrodę. To duża wyspa. I tą, na której sa rodzice. Tą też mam. Tylko ja mam  na niej Borysa. A co jeszcze... Mamo, podpowiesz mi? Jakie wyspy osobowości mam?
- Pewnie wyspę rowerową. Taką z wielkim kaskiem!
- I z moim nowym licznikiem!

Takeśmy sobie gadali. W międzyczasie syn mój najdroższy wziął mnie za rękę i w tej dyskusji zaprowadził do strefy cateringowej. Idziesz sobie, gadasz o życiu, filozofujesz i nagle... Bam! Mak, Kejefsi i tajskie kluchy.

- Mamo, głodny jestem.

Szybka kalkulacja. W domu Miśku robi obiad, my musimy wpaść jeszcze do Rossmanna po coś nieodzownego do życia, ale tak naprawdę to za pół godziny możemy być już w domu. Jedzenie jednego obiadu pół godziny przed drugim ma trochę mało sensu (będzie zrozumiałe za jakieś 8 lat, ale teraz raczej nie).

- Mamusiu... Kupmy coś do jedzenia...

Serce matki znowu zmieniło się w serek z grilla, mięciutkie, przelewające się. Coś trzeba wymyślić, żeby nie zapchać małoletniego. 

- To może jogurt mrożony z owocami?

Decyzja na tak. Najpierw przydługie debaty nad smakami, potem szybki telefon do Ojca Rodziny, że z powodu jogurtów obiad trzeba będzie troszku przełożyć. Na koniec - degustacja. Dla Filipa czerwone owoce, dla mnie tarta limonkowa. Rozmowy o szkole i życiu, w ręku modny deser. So hipsta! 

Nagle - zwrot akcji! Z obrazu wiecznej szczęśliwości wyłoniła się grecka tragedia. Pół sekundy i cały jogurt mrożony Filipa znalazł się na podłodze.

W tej chwili wyobraźcie sobie, że kamera robi pełne dramatyzmu zbliżenie na twarz Filipa. Ćwierć sekundy - zarejestrowanie faktu. Ćwierć sekundy - szacowanie zniszczeń. Ćwierć sekundy - ocena, jak brudna jest podłoga. Ćwierć sekundy - konstatacja, że mama chyba nie pozwoli wyjadać jogurtu z tejże podłogi. A potem w jednym momencie wycie i łzy jak grochy.

Co w czasie pierwszej sekundy robiła matka? Przede wszystkim podjęła nadludzki wysiłek, żeby się nie roześmiać. Bo to takie typowe dla Filipa. Bardzo typowe. A potem tylko tuliła i tłumaczyła.

- Kup mi nooooooowy jogurt, maaaaaaaaaaaaamo... Taki saaaaaaaaaaaaam... Nowyyyyyyyyyyyyyy...

Taki był argument. Wniosek, znaczy się. Słownie niezmienny, podawany w tuzinach odsłon natężenia i wysokości dźwięków.

- Nie, kotku. Nie kupię ci nowego jogurtu. Nie uważałeś, więc ci wypadł. Nie, nie pozwolę go zjeść z podłogi. Mam inny pomysł - podzielę się moim jogurtem. Nie chcesz? Bo nie jest czerwony... Rozumiem. Ale pamiętasz, że masz swoje pieniądze ze skarbonki i z nimi możesz robić co chcesz. Możesz oczywiście kupić sobie nowy jogurt.

Taki był kontrargument. Kontrwniosek, znaczy się. Słownie niezmienny, podawany w jednej tonacji, w zamierzeniu wspierająco-współczującej. Bo mi było naprawdę szkoda mojego dziecka, że koncertowo wypieprzył sobie ten cholerny jogurt, mimo że radziłam mu wcześniej, żeby nie jadł w powietrzu.

Nasza wymiana trwała parę minut. Nie chcę tej rozmowy przytaczać, bo po paru chwilach znudzi mi się robienie kopiuj-wklej, ale czytaj nasze argumenty na zmianę jakieś 20 razy, poczujesz ten vibe.Wyobraź sobie jedynie, że głos Filipa stopniowo łagodnieje, bo widać, że Młody powoli pojmuje moje rozumowanie.

Ta walka wewnętrzna! Chciałby jogurt, ale matka nie kupi. Dzieć wyje jej swoje oczekiwania w twarz, ale ona twardo oferuje jedynie udział w konsumpcji swojego jogurtu, o atrakcyjności na zbyt niskim poziomie z powodu zbyt bladego koloru (kruszonka na wierzchu jest plusem, ale o tym mamy się dowiedzieć dopiero za jakieś trzy minuty). Sam może sobie kupić, ale wtedy nie będzie pieniędzy na gazetkę. Dylematy, dylematy... Tak więc, mama powinna kupić. Spóbujmy więc znowu wycia, może tym razem się uda.

Jak zwykle w miejscu publicznym, spłynął na mnie spokój mistrza zen (nie wiem, jak to się dzieje, tak już mam). Oferowałam zrozumienie, współczucie, połączenie w żalu. A dodatkowo na otarcie łez łyżeczkę i pół reszty jogurtu limonkowego.

Filip uspokoił się powoli.

- Słonko, wiem, że jesteś zdenerwowany i zły... Pewnie ten czerwony ludek biega teraz po Twojej głowie i wrzeszczy...

Młody spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

- Mamo, ale ja wcale nie jestem zły! W ogóle! Ten czerwony u mnie śpi... Ja jestem smutny, bardzo smutny... Całą głowę mam niebieską...

I tym sposobem dowiedziałam się, że to, co ja biorę za napad złości, dla mojego syna jest smutkiem tak wielkim, że nie może sobie z nim poradzić. 

- Chcesz się przytulić? 
- Tak chcę. I łyżeczkę musimy wziąć dodatkową. To ja podzielę resztę Twojego jogurtu, żeby było po równo, dobrze? 

Miejsce, gdzie drzwi są zawsze otwarte

fiona_apple

Kranik

W weekend pojechałam odwiedzić moich rodziców. Mój Tata, w ciągłej walce o zdrowie odkąd pamiętam, zaliczył all time low, szpital i przestraszył nas okrutnie. Ale to akurat temat na oddzielny tekst.

W każdym razie sytuacja, dziś stabilna, była na tyle poważna, że Siostra zabukowała bilety, wskoczyła do ryczącej maszyny i przyleciała z Miasta, Którego Nie Ma (bo jest tylko Lądek Zdrój).

I po raz kolejny parę wspólnych dni pozostawiło mnie w osłupieniu, jak bardzo różne jesteśmy. Pięknie różne. I niezmienne w tych różnicach od wielu, wielu lat.

To, co rzeczywiście się zmieniło, to stosunek do Rowu Mariańskiego, który dzieli nas w pewnych kwestiach. Dziś podchodzimy do siebie z dojrzałą wyrozumiałością, nauczyłyśmy się ważyć koszty i zyski. Koszty kłótni, wypominań i pretensji oraz zyski z pobłażania i akceptowania tego, czego się być może po prostu nie rozumie. A przecież nie zawsze tak było.

Pamiętam okresy, kiedy decyzje mojej Sis napawały mnie przerażeniem. Jak to!? Nie może być! To głupie! Nierozsądne! Nielogiczne! Tak bardzo różne od tego, co sama bym zrobiła, że na pewno złe, niedobre, niepoprawne, nieakceptowalne. Litania ocen była długa.

- Słyszałaś? - pytałam Mamę przez telefon. - Słyszałaś, co ona znowu zrobiła? Rozmawiałaś z nią? Co jej powiedziałaś? Nie, tak nie może być.

Co ciekawe, w mojej głowie rosły oczekiwania wobec mojej Mamy właśnie. I oceny też. Byłam coraz bardziej przekonana, że ona powinna coś zrobić. Zainterweniować. Wychować. Naprawić.

No właśnie – naprawić Siostrę. Tego oczekiwałam. Dać jej nauczkę. Zamknąć drzwi i poczekać, aż życie da Sis bolesną lekcję. A Mama konsekwentnie powtarzała, że jest jej trudno, bo wielu rzeczy nie zrozumie, ale nie wyobraża sobie nie pomóc swojemu dziecku. Cokolwiek niemądrego (subiektywnie lub utopijnie obiektywnie) nie zrobi.

Dzisiaj śmieszy mnie (ale też czasami przeraża), jak czarno-biały obraz świata miałam. Wystawić na ciężką próbę i czekać na konsekwencje. Czekać z zimnym jak głaz sercem. Rewelacyjna metoda, nieprawdaż?

Co zmieniło mój punkt widzenia? Macierzyństwo oczywiście. Jakby ktoś zdjął mi klapki z oczu i pokazał setki niuansów i niekompatybilność zmiennych. Fifty shades of grey.

To, że każę mojemu dziecku zmierzyć się z ogniem, nie oznacza tylko tego, że się sparzy i zapamięta. Może się też sparzyć i nie zapamiętać. No i może się też spalić. Objawienie, mili państwo, objawienie.

W międzyczasie pojawiły się też moje decyzje, które stawiały mnie w zupełnie nowe pozycji. Niechrzczenie dzieci, na ten przykład. Mama nie rozumiała, nie akceptowała. W sumie to nie było w rodzinie chyba nikogo, kto by rozumiał czy akceptował. Wszyscy raczej oczekiwali, że Mama podda mnie procesowi naprawy. Sounds familiar?

O, przepraszam.

Była Sis. Po mojej stronie na tysiąc procent.

Takich historii mam dziś na pęczki. I z tym bagażem przyjeżdżam do rodzinnego domu. Przyjeżdżamy razem – po ponad czterech godzinach gadania non stop (bo wszędzie przedwyborcze gorączkowe kończenie robót drogowych i jazda zajmuje cała godzinę dłużej niż normalnie). Następnego dnia rano obie będziemy od tego perorowania zachrypnięte.

Drzwi jak zwykle otwarte na oścież. Niechrzczone wnuki i córy cokolwiek marnotrawne wyściskane jak największe skarby.

Mam ogromne szczęście, że w niewielkim mieście na Lubelszczyźnie stoi dom, który przyjmie mnie zawsze, bez względu na to, co się będzie w moim życiu dziać. Gdybym zrobiła coś mega durnego, gdybym zbankrutowała, gdybym uciekała, gdybym potrzebowała pomocy w jakiejkolwiek formie – tam drzwi są zawsze otwarte. A ja bym się tam skierowała. Bo gdzie indziej?

Mogę się nie zgadzać ze swoją Mamą w wielu kwestiach, tysiąc rzeczy zrobiłabym (i robię!) zupełnie inaczej niż ona. Ale w kwestii budowania domu, do którego dzieci chcą, lubią i mają ochotę wracać, jest ekspertem.

Bo dom to jedyne na świecie miejsce, gdzie nikt nie powinien czekiwać, że się naprawisz.

We’ve come a long way, baby!

fiona_apple

Sześć lat temu o 17:17 zostałam mamą po raz pierwszy. Przez ten okres wspomnienia okołoporodowe lekko wyblakły. Dzięki blogowi mogę przywołać wiele szczegółów, ale to raczej wspomnienie 2.0, wycyzelowana wersja życia.

Przygotowując teksty, mielę intensywnie skrawki życia w zwojach mózgowych, obrabiam każde zdanie, ważę słowo po słowie i dobieram te najodpowiedniejsze – czasem z uwagą, a niekiedy lekko, beztrosko, bez męczącego skupienia. I powstaje obraz, który nietrudno jest przywołać. Obraz zewnętrznego obserwatora.

Jednak pełne wspomnienie to nie tylko obrazy. To też zapachy, pamięć dotyku, odgłosy, emocje. Tych jest coraz mniej, bo czas zadziałał w sposób destrukcyjny, którego blogowa notka nie jest w stanie zatrzymać.

Pozostają skrawki – widok z okna szpitalnego pokoju. Blada twarz Marcina, gdy był wycieńczony z głodu, a położna kazała mu natychmiast uciekać na korytarz na posiłek. Moment, kiedy Filip wylądował na mojej piersi – takie małe, sine drące się coś,.

Potem fast forward. Nie pamiętam oględzin dziecka ani decyzji, że możemy wychodzić do domu. Nie pamiętam pakowania się do samochodu, żeby wrócić do domu. Nie pamiętam pogody za oknem. Nie pamiętam wejścia do szeregowca na Churchillstraat.

Mogłabym zaprząc do pracy szereg psychoanalityków, aby mi powiedzieli, czy narodziny mojego dziecka nic a nic mnie nie obeszły, skoro emocje nie wypaliły trwałego śladu w mojej mózgownicy. Ale mam coś. Najcenniejsze wspomnienie z 21 września 2009 roku.

To obraz, który widzę przez swoje własne źrenice. Siedzimy w salonie na jednej z dwóch wysłużonych kanap. Czuję jej kojącą miękkość pod pośladkami. Wieczór. Jest bardzo ciemno. Włączona jest tylko lampa do czytania z IKEA z cudownie ciepłym, przytłumionym światłem. Pachnie chłodem i wilgocią. Domowo, znajomo. Filip leży w foteliku samochodowym na podłodze po prawej stronie od kanapy, pod oknem. Śpi przykryty kocykiem w paski. Cichutko pofukuje. Patrzę na niego. Oboje patrzymy. Marcin i ja. Nie mówimy nic, a jestem przekonana, że myślimy identycznie. Że nasze życie już nigdy nie będzie takie samo. Nigdy przenigdy. Ta świadomość jest wielka i ciężka – ale nie przytłaczająca. Czuję celowość i sens tej zmiany. I spokój. Pewność, że wszystko będzie dobrze. Że sobie poradzimy.

Filippo_pierwsze_tygodnie
Od tamtego momentu minęła epoka. Moja dzisiejsza rzeczywistość nijak się ma do tamtego rozumienia świata i ówczesnego postrzegania mechanizmów tworzenia rodziny. We've come a long long long way, baby!

Lubię sobie jednak przywołać od czasu do czasu to wspomnienie. Bo w trudzie łapania tysiąca srok codzienności za ogon zbyt łatwo zapominam, że sześć lat temu urodził się nie tylko Filip, ale też Matka Siłaczka.

Kocham Cię, synku!

 IMG_43243

Lekcja logiki profesora Filippo czyli o tym jak dzieci mogą mieć dorosłe konwencje w poważaniu. I słusznie

fiona_apple

Jesie

Szanowni państwo, zbliża się jesień (oby złota polska), zbliżają się urodziny Filipowskiego (déjà vu... - miłosiernie pomińmy milczeniem to, jak bardzo mnie tam porąbało z filtrami do zdjęć). Dyskusje o sposobie celebrowania już odbyte, plany zrobione. Siadamy przy stole, żeby zainteresowany zaproponował listę gości.

- Całą bandę zaproszę! Calutką! Wszystkich chłopaków z Tygrysów*, którzy poszli ze mną do szkoły! - i wymienia imiona, wylicza kolegów na chudych paluszkach, żeby nikogo nie pominąć. Skupia się przy tym tak mocno, że aż marszczą mu się brwi.

- Jeszcze B. muszę zaprosić, nie zapomnij mamo. Ona poszła do innej szkoły, ale jest w naszej bandzie przecież.

Przecież.

- Synku, a może jeszcze inne dziewczynki? I przypomnij sobie, kto ciebie zapraszał. - w uszach aż dudni mi łupnięcie, kiedy rzucam o blat stołu konwencją. Qui pro quo.

- Mamo, ale ja chyba tylko u chłopaków byłem. I u B. Ale ona jest w naszej bandzie.

Przecież.

- Z tego co pamiętam, S. cię zapraszała. I pojechałeś. Pamiętasz, jak przywiózł cię do domu tata B.?

- Pamiętam. To w takim razie S. też zaprosimy. I tyle. Więcej nie chcę. 

Świetnie. Done deal. Teraz tylko powysyłać smsy...

- Synku, poczekaj. A co z M.?

W tej notce pisałam, że w klasie Filipa jest ósemka dzieci z jego grupy przedszkolnej. S. zamykała listę gości jako numer siedem. M. to numer osiem - blondyneczka o twarzy anioła, nawiasem mówiąc najlepsza przyjaciółka S.

- Ale ja nie chcę, żeby M. przychodziła. Już wam powiedziałem, kto ma być.

Filip wstaje, chcąc definitywnie skończyć rozmowę. Przy stole zostajemy tylko ja i konwencja.

- Słońce, trzeba by się zastanowić, czy jednak nie zaprosić M. Raczej dowie się o twojej imprezie i będzie jej przykro. W końcu razem byliście dwa lata w przedszkolu z resztą.

- Ale mamo, ja nie chcę. Ma być banda i S.

- Bez M.?

- Bez.

Konwencja spogląda na mnie błagalnie - nie zostawiaj tematu... drąż... Więc drążę.

- Rozumiem, że nie chcesz zaprosić M. Ale dlaczego? Nie lubicie się?

Głupie pytanie. Bardzo głupie. Ale nie takie durne rzeczy człowiek robi dla uczynienia zadość konwencji.

- Nie mamo, to nie jest tak, że ja nie lubię M.

- Pokłóciliście się ostatnio?

- Oj, mamo... To nie tak. Po prostu... Po prostu... Po prostu ja ją trochę lubię, trochę nie lubię. A bandę lubię bardzo.

Czyli M. cię ani grzeje ani ziębi. Kumam. Ale nie odpuszczam, bo teraz konwencja patrzy już na mnie z wyrzutem.

- Więc skoro tak, to może ją jednak zaprosisz? Albo przemyślisz to przez noc i rano zdecydujesz? Ty byś nie chciał, żeby ktoś cię tak pominął, prawda?

Mocno. Może powinnam się była ugryźć w język. Na pewno powinnam.

- Mamo!

Filip już odchodził od stołu, ale teraz gwałtownie się odwraca i patrzy mi prosto w oczy.

- Mamo! M. mnie nie zaprosiła na swoje urodziny, więc dlaczego ja mam ją zapraszać? 

W punkt. Wykorzystał mój własny argument i odpalił go z mocą żelaznej konsekwencji tak, że konwencja kuli się w sobie i turla pod stół. Już mam przyznawać synowi rację, kiedy on dodaje:

- Poza tym to są moje urodziny, nie twoje, więc chyba mogę decydować? I jeżeli nie chcę, to nie chcę? Tak mi się wydaje, że powinienem mieć na urodzinach tylko te dzieci, które NAPRAWDĘ chcę zaprosić.

Pięć minut rozmowy. Pięć tylko, a tyle się o życiu nauczyłam. Od (prawie)sześciolatka.

 

*Tygrysy - grupa przedszkolna Filipa

Gdziekolwiek nie spojrzeć, jest gorzej niż było – czyli o tym, jak nie patrzeć na młodsze pokolenia

fiona_apple

Od weekendu lotem błyskawicy rozprzestrzenił się w internetach tekst o tym, jakie zatrważająco beznadziejne jest dzisiejsze młodzieży chowanie. Przyłożyłam do tego rękę i ja, kiedy wrzuciłam artykuł na Facebooka z pytaniem, kto z czytelników Wylęgarni już czytał (oryginał znajdziecie tutaj).

Z lekkim rozbawieniem obserwowałam, jak znajomi (z tego, co pamiętam, w większości bezdzietni) co rusz linkowali tekst, bo „wreszcie ktoś napisał prawdę”.  Zgroza sytuacji wyszła na światło dzienne – dzieci to pierdoły, a ich rodzice to pokolenie niedorajdów. Co tu robić, jak żyć?

Spokojnie, moi drodzy, doktor Fiona doradzi. Na początku weźmy głęboki oddech. I drugi. I trzeci. Lepiej? Teraz otwórzmy oczy szeroko i rozejrzyjmy się wokół.

Ryc. 1 - Dziecko na koniu. Polska, rok 2015

Czy widzicie helikopterowe rodzicielstwo? Czy widzicie roztaczanie nadmiernej ochrony nad dziećmi? Czy widzicie te pierdoły? Ten strach przed brudem na obozach zuchowych? Tych trzydziestolatków nie potrafiących przyszyć guzika i mieszkających z rodzicami? Widzicie?

Ja też widzę. W moim bloku mieszka chłopiec w wieku Filipa, którego mama wypuszcza na podwórko jedynie z opiekunką/babcią, a i to rzadko. W sumie dopiero parę dni temu dowiedziałam się o jego istnieniu. W mojej Fabryce znalazłoby się kilku inżynierów pod trzydziestkę, którzy mieszkają u mamusi albo dostają od niej obiady na cały tydzień. Podpisane.

Jednak to tylko wycinek rzeczywistości. Nie margines, ale też nie obraz całościowy. Nie będę pisać, że sama wychowuję swoje dzieci w innym duchu, bo to byłaby demagogia (i megalomania, hehe), ale widzę, co robią inni rodzice. Widzę różnorodność w podejściu i założeniach. Widzę dzieci o wiele bardziej samodzielne od moich i te bardziej wychuchane. Chwalone więcej i mniej. Bardziej i mniej sprawne. Ale niestety nie znam żadnego, które nie umiałoby poradzić sobie z komarem.

A potem czytam artykuł, który owszem, pokazuje niepokojące zjawiska i ma dobre momenty, natomiast głównie zadziwia brakiem konsekwencji, logiki i wyjątkowo irytującym tonem. Wybrzmiewa wyższość, pogarda, nostalgia posunięta do absurdalnych granic. „Gdziekolwiek nie spojrzeć, jest gorzej niż było” – litościwe bóstwa, można naginać granice rzetelności, wszystko zniosę, naprawdę, ale to?

Mityczne „Kiedyś” wyłania się jako wiecznie szczęśliwa kraina prostej konsekwencji. Błąd – ból. Konflikt – siła. Samostanowienie – zaradność. Doświadczenie obozowych trudności – twardość charakteru. „Dziś” to rozmemłanie, dwie lewę ręce i niemożność wzięcia na barki rzeczywistości.

A co pomiędzy? Próżnia? Czarna dziura? Przejście do innego wymiaru? Men in Black z tym małym długopisikiem z diodą, który wymazywał pamięć?

Gdzieś po drodze umyka prosta konstatacja, że to właśnie obyci z bólem i rozwiązaniami siłowymi dorośli dziś zmieniają sposoby wychowania. Jedne w lepszym, drugie może w gorszym kierunku, ale to nie przyszło przecież jako prikaz z odległej galaktyki! Myśl wychowawcza ewoluuje, dostosowując się do aktualnych realiów. A te nie są zbyt przyjazne.

Weźmy dla przykładu kwestię samodzielności i radzenia sobie z ryzykiem wypadków. Szanowny Autor grzmi, że kaski, ochraniacze, żółwiki. Że takie środki zapobiegawcze i śmakie. Jego pokolenie nie miało i żyją. I mądrzy są. W fotelikach samochodowych też pewnie nie jeździli, a takie elokwentne wywody dziś prowadzą.

Pomijam fakt, że na pewno jakaś liczba przedstawicieli pokolenia Autora jednak poniosła konsekwencje braku żółwików i kasków. To pewnie błąd statystyczny. Albo mechanizm ewolucji. Nikt tego nigdy nie analizował, nikt nie wymyślał i nie udoskonalał protektorów, żeby nam się żyło dłużej. Tak sobie rodzice XXI wymyślili, mięczaki. Pomijamy.

A teraz przywołajmy obraz jakiegokolwiek serwisu informacyjnego. Albo gazety. Tabloid czy bardziej ambitnie – w sumie nieważne. Teraz sobie wyobraźmy, że Szanowny Autor w przypływie nostalgii zdecyduje się pominąć kask u syna czy wnuka. I niestety, szczęścia brak. Tylko podwóreczko miało być, a tu klops, krawężnik, czacha pęknięta. I wtedy te przywołane serwisy informacyjne i gazety co robią? Ano rozliczają Szanownego Autora z nostalgii.

Czarna belka przez oczy. Nagłówki krzyczące „MORDERCA DZIECKA!!!”. Wywiady ze specjalistami, psychologami, sąsiadami, analizy, wnioski. Winien zaniedbania, deprawacji, trzysta lat ciężkich robót. Niech zdechnie, niech sczeźnie. A że niby nieszczęśliwy wypadek? Nie ma czegoś takiego jak wypadek. Szanowny Autor na zimno zaplanował tę zbrodnię.

A na drugiej stronie rozkładówki ekspert pokazuje złotą klatkę. Najlepsza ochrona. Przed wypadkami i zostaniem gwiazdą okładki „Super Expressu” z twarzową belką na oczętach.

I szerzą się paranoje. W całym mieście Szanownego dzieci zaczynają poruszać się w złotych klatkach. Za chwilę klatki są oferowane w różnych rozmiarach. Potem przychodzą srebro (downgrade) i platyna (upgrade). Zapanowuje pokój i przyjaźń.

Wyolbrzymione? Nie, no co wy… Żyjemy w czasach, kiedy media wszelkiego rodzaju tylko czekają na nasze potkniecie. Ja się wcale nie dziwię, że potem wielu rodziców się boi. Powstają nowe analogie: Błąd – śmierć. Konflikt – porażka. Samostanowienie – kłopoty.

Potrzeba wysiłku, żeby znaleźć  balans. Żeby nie wpaść w pułapkę strachu i wziąć to, co najlepsze z „Kiedyś” i „Jutro”. Jest to o tyle karkołomne, że „Kiedyś” jest ułomne, a „Jutro” nieznane (vide tekst o wyborze szkoły Filipa). Boksujemy się z rzeczywistością, w której jedynym pewnikiem jest zmiana i bardzo wyraźnie widać, że często nie dajemy sobie rady z milionem sprzecznych komunikatów wokół, działamy po omacku. A jednak zazwyczaj udaje się nam nie zepsuć swoich dzieci, z czego jesteśmy niezmiernie dumni.

Ryc. 2 - Dziecko z młotkiem. W tle koza chodząca samopas. Polska, rok 2015

I wtedy wkracza ma scenę taki Autor, objawiając nam, że beznadzieja, bo – przypomnę tylko – kiedyś było lepiej. Oh, really? Dzieci to pierdoły? Oh, really? Tyrania optymizmu? Oh, really? Czarno-biało (chociaż głównie czarno), bez jakichkolwiek odcieni szarości. Aż się chce człowiekowi spytać, czy autor ma w ogóle kontakt z jakimikolwiek dziećmi i młodzieżą. I czy w liczbie więcej niż sztuk pięć.

Bo ja, niepoprawna optymistka, jestem spokojna o młode pokolenie. Jest elastyczne i adaptowalne, funkcjonuje już dziś w dużej mierze w świecie nowych zasad. Konsekwencje są różnorakie, musimy się z nimi zmierzyć, ale na pewno nie poradzimy sobie, oferując dzieciakom upór mentalnego stetryczenia.

Chyba że zależy nam na zdobytym po taniości poklasku gawiedzi i stworzeniu międzypokoleniowego Rowu Mariańskiego. Wtedy rzeczywiście, Ewangelia według Rafała Drzewieckiego jest jak znalazł.

 

Test na niewinność czyli co tu widzisz czytelniku?

fiona_apple

Pewnego letniego poranka parę tygodni temu Filipowski zażyczył sobie na śniadanie kanapki z pomidorem.

- Tylko te małe kuleczkowe pomidorki mi daj, mamo! Mają być cztery. I pamiętaj, żeby ich nie kroić!

Trzeba przyznać, że wytyczne były szczegółowe. Niemniej jednak kształt i wielkość pomidorka koktajlowego (nie przekrojonego!) okazały się niejakim wyzwaniem, ponieważ te małe cholery spadały mi z kanapek.

Rozważałam pogrubienie warstwy masła tak, aby można było w niej robić wgłębienia jak w plastelinie, dzięki czemu pomidorki by się utrzymały (ktoś jest szalony, myślicie? że niby ja???), kiedy nagle trafiła mnie strzała kreatywności.

- Kotku, przygotowałam ci na śniadanie motyla!

Test_na_niewinnosc_01

Filipowski, zachwycony pomysłem, cmokał nad talerzem przez kwadrans, zanim wreszcie zabrał się do jedzenia. Jednakowoż apetyt wyraźnie mu się zmniejszył, zapewne w rezultacie obcowania ze sztuką wysoką.

Po kolejnym kwadransie, kiedy Borys zdążył skończyć już swoje śniadanie i dwa razy zrobić kupę, Młody zawołał mnie z entuzjazmem:

- Mamo, ja też tak potrafię! Ja też! Zobacz!

Moim oczom ukazało się to:

Test_na_niewinnosc_02

Wryło mnie w ziemię.

Skąd...?

Jak to...?

Że jak...?

Hmmm...

WTF???

- Synku, kochanie ty moje, artysto, ekhem..., najdroższy... A powiedz mi... Hmmm... Powiedz... Co... Co to jest?

- No jak to co, nie widzisz?

- No właśnie widzę wiele, ale... Ale chyba nie do końca rozumiem...

Aż gęsiej skórki dostałam w oczekiwaniu na odpowiedź. Gdzie popełniliśmy błąd? No gdzie? I ile sesji u psychoterapeuty go naprawi?

- To jest żaba, mamusiu!

- Żaba???

- Żaba. Tutaj ma takie wielkie oczy, tutaj brzuch, a tutaj małe nóżki.

- Żaba? Żaba??? A ta głowa???

- Głowa? Głowa... - Filipowski mówił tak, jakby dopiero w tym momencie dojrzał wzór w górnej części talerza. - Ta głowa jest nieważna. Bardzo nieważna jest.

I wtedy Młody przykrył dłonią problematyczną głowę.

Test_na_niewinnosc_03

Żaba. Jak nic - żaba. Nawet wytrzeszcz ma jak żaba. Najzwyklejsza, najprostsza, najnormalniejsza, najmniej skrzywiona żaba na świecie.

No i ten, tego, żeby nie było - widziałam ją tam od samiuśkiego początku. 

 

PS. Wybaczcie jakość zdjęć, ale w szale artystycznych uniesień, a kwadrans później w szoku, potrafiłam jedynie wyciagnąć telefon komórkowy z kieszeni. 

Jak to możliwe, że początek szkoły Filipa mnie nie stresuje?

fiona_apple

Oczy Was nie mylą - początek szkoły Filipa mnie nie stresuje. Owszem, przeżywam (są to głównie zachwyty / wzruszenie / przerażenie * związane z faktem, że on jest już taaaaki duuuuży), ale nie martwię się nic a nic. 

Skąd wynika ten zaawansowany poziom zen w tak kluczowej sprawie, będziecie się głowić. I jak mogła go osiągnąć cudownie neurotyczna w swej naturze Fiona? Wszak od wczoraj, jak Polska długa i szeroka, rodziców pierwszaków wypełnia troska o los dzieciąteczek delikatnych jak te lelije, wysłanych w okrutne tryby państwowego systemu edukacji.

Nie, Filipowski nie idzie do niepublicznej szkoły (chociaż miesiąc temu opuścił mury prywatnego przedszkola, do którego go przenieśliśmy po roku w placówce państwowej). Szkoła jest jak najbardziej publiczna, a co więcej - o zgrozo! - po prostu nasza rejonówka. 

Odpuszczę sobie w tym momencie kwiecistość języka, abyście nie mieli wątpliwości, że to nie sarkazm i ironia, tylko naprawdę jestem spokojna o Filipa. Powodów ku temu jest kilka - zagrały tutaj zbiegi okoliczności podparte odrobiną szczęścia, ale przede wszystkim moja filozofia edukacji systemowej, która jest, według wielu znajomych, szalona ekhem, oryginalna.

Szkoła-1

1. Mam bardzo dobre wspomnienia ze swoich lat szkolnych.

Świetnie wspominam swoją podstawówkę, całkiem znośne było też liceum. Nie mam żadnych traum związanych ze szkołą. Na pewno wpływ na to ma fakt, że zawsze miałam łatwość uczenia się, nawet przedmiotów, które mnie nie interesowały - byłam marzeniem każdego nauczyciela. Aż w połowie każdej ze szkół (mniej więcej koło szóstej klasy podstawówki i pod koniec drugiej licealnej) dochodziłam do wniosku, że warto zacząć kapitalizować wysiłek włożony w naukę i stawałam się koszmarem kadry pedagogicznej - krnąbrna, wyszczekana dziewczyna, która ma wywalone na reguły, ale niewiele można jej zrobić, bo nie ma przedmiotu, gdzie można by ją zagiąć. Ech, złote czasy... 

W każdym razie bardzo szczerze opowiadam Filipowi, że szkoła to fajne miejsce, mając nadzieje, że nauczy się sprawnie nawigować w szarych strefach (bo takie istnieją, nie jestem oczywiście fanatyczną idealistką).

2. Filip osiągnął poziom dojrzałości, którego nie podejrzewałabym dwa lata temu

Z państwowego przedszkola zrezygnowaliśmy, ponieważ według tamtejszych pedagogów Młody zbyt odstawał od norm (długa historia). Zastanawiałam się wtedy, jak to będzie, śledziłam zasady wysyłania maluchów do szkół, stresowałam się. I oczywiście koniec końców trafiliśmy na falę dwurocznikową (lucky me).

Filip nie jest modelowym bezproblemowym pierwszakiem. Jest chłopcem bardzo wrażliwym, trudno radzi sobie z porażkami, niełatwo przekonuje się do narzuconych zewnętrznie aktywności, jest też potwornie roztrzepany. Przeszło mi przez myśl, że można by coś działać z poradnią pedagogiczną, ale potem spojrzałam w lustro. To są moje cechy. Geny. Za rok będzie sobie lepiej radził z kłopotliwymi obszarami, ale one nie znikną. Coś mi wewnętrznie powiedziało, że środowisko szkolne bardziej mu pomoże niż pozostanie w przedszkolu.

3. Do klasy Filipa idzie pół osiedla.

Przedszkole, do którego przez ostatnie dwa lata chodził Filip, znajduje się jakieś 300 metrów od naszego bloku. W grupie Młodego znajdowały się właściwie tylko i wyłącznie dzieciaki z podwórka naszego i sąsiednich. Kiedy na spotkaniu organizacyjnym dyrektorka szkoły powiedziała, że nie ma problemu z przyjmowaniem przedszkolnych kolegów do jednej klasy, zorganizowaliśmy się z innymi rodzicami i złozylismy taki wniosek.

Koniec końców w klasie Filipa jest ósemka dzieci z jego zerówki i jeszcze dodatkowo dwóch chłopców z naszego bloku. Dziesięcioro znajomych dzieci w dwudziestosobowej klasie! Znają się jak łyse konie, lubią się. Już pierwszego dnia widać było, jak się wspierają. Nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego startu dla Filipowskiego.

4. Szkoła jest kameralna

Klas drugich i wyżej jest po trzy w roczniku. Pierwszaki miały mieć cztery oddziały, ale ostatecznie, z powodu liczby zainteresowanych, utworzono pięć klas. Niestety, nie udało się utrzymać wyłącznie porannego rozpoczynania zajęć, jednak wciąż jest to placówka, w której wszyscy się znają, a każde dziecko jest imieniem i konkretnym zestawem cech dla nauczycieli, woźnych i dyrekcji (co raczej nie jest możliwe w molochach z kilkunastoma klasami w każdym roczniku).

Nie będę czarować, szkoła Filipa ma swoje minusy. Warunki lokalowe są jakie są - budynek pachnie raczej PRLem, a boisko wciąż czeka na fundusze, które wydobędą sportowy potencjał z betonowej pustyni (podobno ma być zrobione latem 2016 - uwierzę, jak zobaczę). Na szczęście plac zabaw dla klas początkowych jest odnowiony.

5. Sukces edukacyjny to i tak niezbyt istotny promil sukcesu życiowego

Zauważyliście pewnie, że nie wspomniałam o wynikach Egzaminu Szóstoklasisty w naszej szkole. Szczerze mówiąc, nie znam ich i mnie nie interesują. A sensowna oferta zajęć dodatkowych jest? Żeby się dzieciaki mogły rozwijać? Coś tam chyba jest, ale nie wczuwałam się za bardzo. Pożyjemy, zobaczymy. Rankingi? Opinie? Don't make me laugh...

Edukujemy dzieci, żeby mogły osiągnąć sukces w takiej formie, jaka nam się wydaje gwarantująca szczęście. Robimy to w systemie, jaki jest dla nas dostepny - niektórzy z nas, rodziców, mają większe pole manewru z powodów finansowych i logistycznych, ale i tak zamysł jest ten sam: dziś wyślę dziecko do takiej a takiej szkoły, a za dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat jemu będzie w miarę lekko żyć (a przynajmniej lżej niż mnie).

Uderza przede wszystkim rozłożenie założeń i rezultatów w czasie. Robicie może szczegółowe plany swojego życia na najbliższe piętnascie, dwadzieścia lat? Wiecie, gdzie będziecie pracować, mieszkać w roku 2035? Pewnie nie. Bo czy dziś można to przewidzieć?

A jednak wybór szkoły dziecka to dla wielu nieprzespane noce, decyzje życia i śmierci, bo musimy dziś, tutaj i teraz zrobić krok milowy ku sukcesowi narybku we wspomnianym wczesniej 2035 roku.

Przypomnijcie sobie teraz rok 1995. Tak, wiem, to właściwie były inne czasy. I o to chodzi! Postęp technologiczny, jaki się dokonał, zmiany społeczne - niewiarygodnie. Nasze dziś to kosmos, którego wtedy nie potrafiliśmy sobie wyobrazić. 

I tak właśnie myslę o roku 2035 i drodze swojej i moich dzieci do niego. Jestem przekonana, że wiele zmian pójdzie w kierunkach, których dziś nie potrafimy nie tylko przewidzieć, ale zwyczajnie nie ogarnia ich nasza wyobraźnia. I dlatego nie ma żadnej gwarancji, że edukacja w systemie dnia dzisiejszego zapewni sukces naszym dzieciom za dwadzieścia lat.

OK, tak naprawdę to jestem nawet bardziej radykalna i twierdzę, że gros rzeczy uczonych dziś i czas nad nimi spędzony będzie o dupę potłuc za dwie dekady. I że edukacja poza systemem publicznym, mimo że dziś wydaje się bardziej zaawansowana i dynamicznie adaptowalna, pójdzie tym samym tropem.

No dobra, Fionka, ale czy to oznacza, że jest ci po prostu wszystko jedno???

Absolutnie nie. Nie powiem ci nigdy "Don't bother!" - raczej "Don't sweat it!".

Bardzo bym chciała, żeby decyzje, które podejmuję odnośnie moich dzieci, miały na ich życie pozytywny wpływ - nie uodporniłam się na ten rodzicielski atawizm. Natomiast nie potrafię przewidzieć, jak będzie wyglądać rynek pracy za dwadzieścia lat (bo idea pracy chyba raczej nie upadnie), jakie doświadczenia edukacyjne będą cenione, które umiejętności nie zostaną zautomatyzowane lub zastąpione przez dostępne powszechnie i tanio technologie. 

Dlatego właśnie skupiam się raczej na doświadczeniu edukacji, szczególnie teraz, na początku. Grupa kolegów, pozytywny (chociaż nie do końca miękki) start, placówka, która umożliwia budowanie lokalnych relacji (blisko domu!), utrzymanie kreatywności (także tej dla systemu niewygodnej) i elastyczności poznania. Twarde rezultaty są dla mnie wtórne - jestem przekonana, że przyjdą na odpowiednim poziomie, jeżeli środowisko nauki będzie odpowiednie.

I nie, nie zakładam, że wszystko załatwi za mnie szkoła. Wiem, że każdy system ma to do siebie, iż dogina uczestników pod wygodne średnie. Moja rola to nauczyć Filipa, że system systemem, jednak to człowiek jest w środku. Intuicja mi podpowiada, że nasza zgrzebnie wyglądająca rejonówka będzie dobrym miejscem, żeby to zrobić.

* niepotrzebne skreślić

Szkoła-2

Kiddos AD 2015

fiona_apple

FILIP

Lat sześć bez niespełna miesiąca. Wysoki i szczupły. Niestrudzony odkrywca świata wokół, kolekcjoner szczegółów. Równie chetnie podróżuje z nami, co palcem po mapie. Zresztą mapy to jego konik - co się tylko da, pokażcie Mamusiu i Tatusiu na mapie (Warszawy, Polski, Europy, Świata, Układu Słonecznego - skala nie ma znaczenia). Zafascynowany Nelą Małą Reporterką, cytuje fragmenty programu i książek (te ostatnie czytam wciąż ja, bo składanie liter idzie wolno, ale na to przyjdzie odpowiedni moment). Uzależniony od roweru (od wiosny z przerzutkami, 300% dodatkowo do lansu i prędkości). Zimą musiałam go ganiać po stokach narciarskich, krzycząc "Fiiiiiiiiiiliiiiiiiiiiiiiiip, woooooooolnieeeeeeeeeeeeeej!!!", a sierpień spędził na grzbiecie konia (po tym, jak ponad pięć lat kategorycznie odmawiał podejścia do tych zwierząt). Krzykacz i gadzielec, furiat, ale też niezwykle czuły i opiekuńczy wobec małych dzieci i Borysa (kiedy tylko nie zakłada mu zapaśniczego nelsona). Ułoży nawet najbradziej zaawansowany zestaw Lego, ale kręci go to jedynie za pierwszym razem (czy w Lego zatrudniają małoletnich testerów nowych kolekcji?). Zjadłby każdą ilość słodyczy, gdybym czasami nie opuszczała szlabanu. Był w sklepie sam już trzy razy.

Jedyny taki Filip na całym świecie.

 Filippo 2015

BORYS

Trzyletni nieświadomy uwodziciel płci pięknej w każdym wieku - okrągłe oczęta otoczone długaśnymi rząsami robią swoje. Dziewczynki traktuje uczuciowo, ale z gracją słonia (ciekawe, czy z tego wyrośnie - niektórym facetom zostaje to do końca zycia). Pomimo ograniczeń w diecie, wygląda na dziecko jak najbardziej dożywione - ponieważ ma nigdy nie słabnący apetyt. Fruktarianin i fan oswianki na śniadanie (ale resztą też nie pogardzi). Wpatrzony w brata jak w obrazek (chyba że brat zakłada mu zapaśniczego nelsona, wtedy uczucia słabną). Śmiga na rowerku biegowym, na klasyczny siada, ale jeszcze nie rozkminił, po co sa pedały. Fan kreskówek (co tydzień na topie inna, od dwóch dni jest to Świnka Peppa po hiszpańsku - nie pytajcie dlaczego). Uwielbia Lego - najbardziej rozmontowywać zestawy swojego brata i tworzyć hybrydy jak z horroru (na przykład auto napędzane dwunastoma parami nóg od ludzików - czy mamy szukać pomocy specjalisty?). Najszybciej zasypia, kiedy Mamusia śpiewa mu "Itsy Bitsy Spider" do uszka. Od tygodnia wychodzi sam na plac zabaw przy bloku.

Jedyny taki Borys na świecie.

Borys 2015

We will survive!

fiona_apple

Co może zrobić rodzina umęczona choróbskami przez cała jesień i zimę? Dobita pobytami w szpitalu? Przyzwyczajająca się do nowej rzeczywistości, którą rządzić miały leki, ograniczenia, ekwilibrystyka żywieniowa i ciągłe drżenie o stan zdrowia?

Mogliśmy usiąść i zapłakać. A my pojechaliśmy na wakacje. W tamtym sezonie nie było nart, były za to plaże kanaryjskiej wyspy Lanzarote i hulający po nich wiatr (nie ma jak wczasy last minute kupione na trzy dni przed wylotem).

Lanzarote_01

Lanzarote_02

Lanzarote_03

Lanzarote_04

Wiatr dął niezwykle mocno, co mnie na początku lekko przerażało (bo nie był wcale bardzo ciepły), ale po siedmiu dniach błogosławiłam jego cudowny wpływ na Potwory. Dzieciaki straciły gluta, skończyło się kichanie i pokasływanie. Jak się potem okazało, definitywnie, aż do końca wiosny. I to pomimo że wiosna w zeszłym roku była chłodna, deszczowa i nieprzyjemna – generalnie błeeeee.

Oszukiwałabym Was jednak, gdybym napisała, że weszliśmy w nową rzeczywistość jak w masło, zaakceptowaliśmy ją i z entuzjazmem nowicjuszy ruszyliśmy stawiać czoło nowym wyzwaniom.

Adaptowanie się do ograniczeń w diecie Borysa na początku szło nam jak po grudzie. Miałam bardzo mało pomysłów, co dawać mu jeść, więc jadł na okrągło krupnik i makaron z oliwą i warzywami albo duszoną wieprzowinę. Oczywiście najczęściej my mieliśmy swoje jedzenie, on swoje, czyli gotowaliśmy podwójnie, bo Filip i my, dorośli, mieliśmy po uszy tej monotonii. Dwa razy więcej roboty z obiadem przez większość tygodnia – świetnie, prawda? Jednak potrzeba matką wynalazku. 

Powolutku dokształcałam się w temacie diety eliminacyjnej i zamienników. Zaglądałam na blogi prowadzone przez mamy alergików (Mama Alergika Gotuje, Trochę Inna Cukiernia, Smakoterapia). Potem przeczytałam książkę „Zamień chemię na jedzenie”, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że nowy sposób żywienia wynikający z ograniczeń może wpłynąć pozytywnie na cała naszą rodzinę, więc ograniczyliśmy do minimum gotowanie różnych posiłków.

Natomiast największych przełomem było zdanie sobie sprawy, że żywienie Borysa podpada w dużej mierze pod zasady diety wegańskiej. Przeczytałam prawie cały internet w temacie (głównie blogi wegan) i nauczyłam się weganizować przepisy – czyli stosować zamienniki produktów odzwierzęcych oraz techniki pozwalające przygotować wegańskie odpowiedniki wielu potraw, które lubiliśmy przed diagnozą alergii.

Dziś zaskakujemy rodzinę i znajomych tym, co potrafimy stworzyć bez masła, jaj, sera, mleka i innych kluczowych w kuchni składników, które zawierają alergeny uczulające Bo. A ja piekę najlepsze na świecie domowe chleby. 

Jednocześnie niezmiennym problemem pozostaje jedzenie na mieście i w podróży oraz kupowanie gotowych nieuczulających produktów. Już wcześniej z ciekawością czytałam listy składników przy zakupach, ale teraz stałam się w tym obszarze detektywem, a wręcz snajperem.

Czytam składy obsesyjnie, wyszukuję pochodne mleka, jaja i skrobię ziemniaczaną w produktach, gdzie bym się ich nie spodziewała (chociaż dziś się już nie dziwię). Jestem koszmarem kolejek w sklepach mięsnych i piekarniach, bo niezrażona groźnymi chrząknięciami, spędzam długie kwadranse czytając z ekspedientkami składy wędlin i bułek (laktoza pod każdą postacią prawie wszędzie). Od tego zależy w końcu zdrowie moich dzieci.

Osobnym tematem jest współpraca z przedszkolem. Mamy szczęście prowadzać Borysa do cudownej prywatnej placówki, która współpracuje z nami ściśle w kwestii żywienia od początku poszukiwania diagnozy alergologicznej. Przedszkolne jadłospisy Bo są ustalane pod niego indywidualnie i w założeniu eliminują uczulające składniki, co sprawdzamy na bieżąco. O takiej woli współpracy, cierpliwości i otwartości do nauki o chorobie w placówce dziecka marzy chyba każdy rodzic alergika.

Filip z kolei od półtora roku jest na lekach wziewnych. Nie jest to sytuacja idealna, ale z pewnością od początku była konieczna. Po Lanzarote przeżyliśmy cudowne bezinfekcyjne trzy miesiące i wydawało nam się, że będzie już z górki. Pod kontrolą lekarza  stopniowo zmniejszaliśmy dawki leków. Niestety, w czasie wakacji u dziadków Filip złapał infekcję, która szybko postępowała, po czym dostał ataku duszności, którego nie potrafiłam zatrzymać (bo już wtedy udało mi się dojechać do zainteresowanego). Wtedy zaliczyliśmy pierwszą w życiu podróż karetką (bez zagrożenia życia na szczęście, w spacerowym jak na karetkę tempie) oraz odhaczyliśmy kolejny oddział szpitalny (tym razem w Radomiu).

Dziś wiem, że podałam Filipowi za małą dawkę leku rozkurczowego. I chociaż bardzo nie lubię tego wspomnienia (Marcin był w podróży służbowej, miałam do niego dojechać do Brukseli na romantico weekend, ale zamiast komfortowego łóżka w pięknym hotelu, zajmowałam co noc miejsca na wysłużonym linoleum na szpitalnej podłodze - bardzo antyromantico), wiele się wtedy i potem nauczyłam. A przede wszystkim stworzyłam z naszą alergolog plany kryzysowe na kolejne duszności - ile leku podawać, w jakich dawkach, kiedy czekać, kiedy biec do szpitala.

Jak to bardzo często bywa, do tej pory z tego planu nie skorzystałam. Od ponad roku Filipowski nie miał żadnych ataków, a poprzedni sezon przeszedł samymi przeziębieniami i jedną bardziej poważną infekcją. Ale bez skurczu oskrzeli! Jak to powiedziała nasza alergolog - nawet jeśli miałby mieć zapalenie płuc, ale bez duszności, to i tak sukces, poprawa. I tak to traktujemy.

Na początku września będziemy przechodzić na najmniejsza dawkę leku. Jeżeli przez trzy miesiące nie będzie duszności, wyeliminujemy regularne wziewy całkowicie. Bardzo na to liczę, bo może to jednak nie astma? Co nie oznacza, że luzujemy, o nie. Nie wiem, ile czasu musiałoby minąć, żebyśmy przestali żyć w ciągłej gotowości do walki z chorobą.

W każdym razie na dzień dzisiejszy czuję, że przejęliśmy kontrolę nad syfami – jednym i drugim. I wreszcie życie toczy się nie wokół, a równolegle do nich.

Alergologia, pulmonologia i wróżenie z fusów

fiona_apple

No więc gdzie i kiedy ja tam... Aha! Jesteśmy w grudniu 2013 roku. Pediatra właśnie zdiagnozowała zapalenie płuc u Filipa i wysłała Borysa do szpitala na alergologię na cito. Hajlaf.

Nasze wizyty w różnych placówkach medycznych na przestrzeni dorastania Potworów pozwoliły nam się zapoznać z całym bogactwem zachowań gatunkowych lekarzy i pielęgniarek, jednak jedno trzeba przyznać - w szpitalach zawsze pomagali nam skutecznie i w miarę sprawnie. Tak było i tym razem.

Na Działdowskiej zaskoczyli mnie bardzo tym, że na zmiany skórne Borysa od razu podali… antybiotyk! Pomijam kwestię tego, że to był jego pierwszy antybiotyk w życiu (i do dnia dzisiejszego jedyny), ale… Antybiotyk??? Jako środek w walce ze skórnym odczynem alergicznym?

Oczywiście upraszczam, bo oprócz tego Bo dostał smarowidła do ciała do pary ze specyficznym rytmem kąpieli i Zyrtec w kroplach. Ale mimo wszystko byłam naprawdę zaskoczona. Na szczęście nikomu nie brakowało cierpliwości do wyjaśniania mi wszystkich procedur i odpowiadania na niezliczone „Dlaczego?”. Zmiany na skórze Borysowskiego trwały już tak długo, że były ponadkażane, a antybiotyk miał ukrócić imprezę bakteriom ucztującym na moim dziecku. I tak się stało.

Po paru dniach kuracji i eliminującej duży wachlarz alergenów diety moje dziecko po raz pierwszy od paru miesięcy miało gładką (stosunkowo) skórę. Objawy, z którymi przez całą jesień alergolog od siedmiu boleści próbowała sobie bezskutecznie poradzić, zostały opanowane w niecały tydzień. Tydzień!!! A nie mówimy tutaj o specyfikach z nowoczesnymi nazwami produkowanych przez największe koncerny, tylko o dwu-, trzyskładnikowych maściach, które zrobi każdy farmaceuta. Za dychę, nie za stówę za opakowanie.

Równolegle należało ustalić, co tak naprawdę uczula Borysa. Testy z krwi znowu nic nie dały. Na Działdowskiej też sceptycznie podchodzili do tego, że zwykłe testy skórne testy punktowe (prick) coś wykażą. Ale zróbmy, why not? Może jednak?

I bingo! Trzy bąble, trzy alergeny – mleko krowie (laktoza), białko jaja i ziemniak. Produkty mleczne odstawiliśmy jesienią intuicyjnie, jaja podawaliśmy tylko przepiórcze, ale ziemniak? Kto by pomyślał… Lądował w każdej zupie. A potem na skórze Bo.

Kiedy Borys wyglądał już naprawdę dobrze, zrobili mu jeszcze testy kontaktowe (płatkowe) – te można robić jedynie przy remisji objawów. Potwierdziły one powyższą listę uczuleń z testów punktowych.

Jaki wniosek? Gdyby tylko zwykłe testy punktowe wykonać w pierwszych tygodniach nasilenia alergii, gdybyśmy próbowali postawić na swoim, gdyby lekarka (na której wspomnienie dziś cierpnie mi skóra) nie uparła się, gdybym doczytała o aktualnych zaleceniach dotyczących dolnego wieku pacjenta przy tych testach… Wiedzielibyśmy wcześniej. A tak trzy miesiące błądzenia we mgle. Dziękujemy, że oszczędziła pani ten jeden zestaw testowy, psze pani. Budżet sieci przychodni, której nazwy nie wymienię (bo mam schizę pozwu, hehe), uchroniony!

Nie ma jednak czasu na żale i rozpamiętywania. Mamy to! Mamy wiedzę, mamy leki, mamy kontakt do lekarza, któremu ufamy w stu procentach. Teraz tylko Fiona musi się nauczyć gotować bez mleka i produktów mlecznych, wołowiny i cielęciny (to samo zwierzę!), jaja (żadnego – zalecono nam wyeliminować jaja przepiórcze), kury oraz ziemniaka i skrobi ziemniaczanej.

Powstrzymam się od rozpisywania w tym temacie dziś, bo wyjdzie mi epopeja długości „Pana Tadeusza”, ale na początku było ciężko. Lista alergenów niby krótka, jednak szybko się okazało, że eliminuje co najmniej połowę przeciętnego supermarketu. Dziś, półtora roku później, mówię „Phi!”, przygotowując domowe mleko migdałowe i piekąc pulchniutkie wegańskie drożdżówki, jednak wciąż pamiętam biedę i monotonię diety Borysa w tych pierwszych tygodniach. Dobrze, że dzieciak lubi brokuły, bo dostawał je wtedy prawie codziennie we wszystkich postaciach poza deserem. A może w deserze też?

Roślinka

Jesssu… Ja tu gadu gadu o Borysowskim, a w domu Filip walczy z zapaleniem płuc. To znaczy walczył przez pierwszy dzień, a potem leki zaczęły działać i było już tylko dziecko z nadmiarem energii wkurzone zamknięciem w domu. Scenariusz znany wielu rodzicom, tyle że my mieliśmy młodszego na oddziale szpitalnym (z zakazem wyściubiana nosa stamtąd – oczywista oczywistość) i nikłe szanse na pomoc rodziny.

Nie pytajcie, jak poradziliśmy sobie z zamiankami pomiędzy domem a szpitalem. Nie pamiętam dokładnie. Przydali się sąsiedzi, miały miejsce rajdy wolskimi ulicami ze zdecydowanie nieprzepisowymi prędkościami. Musieliśmy też używać kanałów teleportacyjnych, bo jakoś dziś nie mogę sobie wyobrazić, że sobie bez nich poradziliśmy. Chcieć to móc, chciałoby się powiedzieć. Tyle że w takich przypadkach działa raczej zasada jak mus, to mus, bo z życzeniowością nie ma to wiele wspólnego.

W każdym razie Filipowski wspomagany farmakologią poradził sobie z syfem w płucach. Świetnie, myślałam naiwnie. Będziemy sobie smarować Borysa wazelinami w piętnastu odsłonach, wpieprzać szpinak z soczewicą i jakoś to będzie.

Nie było.

Tamtej zimy oskrzela Filipa dawały o sobie znać co dwa, trzy tygodnie. Co najgorsze, wróciły duszności (czyli skurcz oskrzeli, może być wywołany infekcją lub alergenami). A z nimi leki rozkurczowe i sterydy. Inhalacje, najróżniejsze konfiguracje inhalacji.

Szczęście w nieszczęściu (bosz, co ja dziś? przegląd przysłów i powiedzeń polskich?), przychodnia podstawowej opieki zdrowotnej na parterze w bloku. Tak więc w infekcjach chodziliśmy czasami rano i wieczorem – dwie zaufane lekarki (jedna z poprzedniego wpisu) słuchały Młodego, oglądały, liczyły jego oddechy, robiły dziwne miny, zastanawiały się. Jakie dawki? Więcej? Częściej? Już szpital? Może jeszcze nie, inhalujecie rozkurczowy o trzeciej w nocy i widzimy się rano. Uff.

I tak do końca lutego, kiedy jednak się nie dało inaczej niż Działdowska. Znowu.

Wracasz tam jak do domu. Ten sam oddział. Znasz każdy kąt, wszystkie zabawki w świetlicy. Pielęgniarki cię rozpoznają. To Filip, brat Borysa. Naprawdę? Niepodobny. I lekarz prowadząca ta sama. I znowu nam pomogła.

Filip opuszcza szpital z lekami na stałe. Z nebulizacji przechodzimy na wziew z inhalatora przez tubę. Nie wiadomo na jak długo. Może miesiące, może lata. Astma? Podejrzenie. Obserwowany w kierunku. Za mały na spirometrię, nie da się więc podbić pieczątki pod diagnozą. Ale w każdej przychodni, gdyby pytali, mówcie, że astma. Prościej niż wdawać się w detale. I leki wtedy też powinni przepisać bez problemu, jeżeli będziecie potrzebować.

I tak właśnie, pod koniec zimy, półtora roku temu, w moim domu zamieszkały wcześniej ukrywające się, a teraz wydarte na światło dzienne, dwie choroby przewlekłe.

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci