Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

Mikołaju Święty, przynieś nam prezenty!

fiona_apple

Nie pamiętam, kiedy przestałam wierzyć w Świętego Mikołaja. Nie mam żadnych wspomnień z uświadamiania na szkolnym korytarzu czy kłótni z kuzynem albo siostrą o to, czy Święty istnieje, czy nie. A przecież wyjście z krainy mikołajowej naiwności musiało kiedy nastąpić!

Pamiętam za to świetnie czas, kiedy w prawdziwość, ale też i moc Świętego wierzyłam bardzo mocno. Trudno było nie wierzyć, skoro przybywał co roku. Pojawiał się w moim przedszkolu w swojej wysokiej czapie i złotym stroju, wspierając się na srebrnej lasce.

Mikoajki_01

Mikoaj_2015_02

Moje dzieci słysząc taki opis postaci nie wiedziałyby zapewne, o kim mówię, bo oni znają Mikołaja jedynie w czerwieni. Ja natomiast chodziłam do przedszkola przykościelnego prowadzonego przez siostry zakonne* i dla mnie w ich wieku Mikołaj nie był jowialnym staruszkiem, ale dostojną personą podobną do postaci z obrazów w kościele. Podchodziłam do niego z nieśmiałością, złamanym głosem deklamowałam wierszyki, a także - jak widać powyżej - robiłam za ochroniarza Sis w kontaktach ze Świętym.

Minęła dekada, może więcej - pamiętam, że byłam wtedy w liceum. Przeglądałam stary kajet z przepisami mojej Mamy, brązowy zeszyt zapisany charakterystycznym pochyłym pismem, z powpinanymi dodatkowymi kartkami i zdjęciami potraw z pierwszych w Polsce kolorowych magazynów. Pomiędzy przepisami walały się notatki wszelakiego rodzaju, stare rachunki, zdjęcia, powyrywane z gazet artykuły. Wszystko poplamione, wytłuszczone, z dopisanymi na marginesach notatkami w wielu kolorach. Mama, rzecz jasna, jako jedyna zawsze wiedziała, gdzie tam coś znaleźć i czy czegoś brakuje - to była jej magiczna moc.

Musiałam szukać czegoś w kajecie, może przepisu na kruche ciastka? Ostrożnie, wręcz nabożnie kartkowałam zeszyt, uważnie odkładałam wszystkie świstki na swoje miejsce. Wtedy mój wzrok przyciągnęła zniszczona kartka w kratkę napisana ręką Taty. Było tam kilka punktów. Nie pamiętam ich dosłownie, ale na pewno zawierały zalecenia, aby: "wziąć okulary, zdjąć obrączkę, dobrze przymocować brodę i czapkę".

Szybko połączyłam fakty - to Tata... Mój Tata... Tak, właśnie on! Mój Tata był Świętym Mikołajem w przedszkolu!

Nie chciał się przyznać. Upierał się, że nie pamięta, o co chodziło w tych notatkach (ale nie pozwolił ich wyrzucić - wylądowały z powrotem w kajecie). Za to ja szybko wygrzebałam stare zdjęcia z chaotycznych archiwów w tekturowych pudełkach. I tak - to on. To niesamowite, że nigdy jako dziecko go nie rozpoznałam. Po odkryciu tajemnicy rozmawiałam z kolegami i koleżankami, którzy chodzili ze mną do przedszkola i wszyscy zgodnie twierdzili, że od zawsze wiedzieli, kto się przebiera. No proszę, proszę...

Tata jako Święty to jedna z rodzinnych historii, które uwielbiam. Musiałam jednak urodzić własne dzieci, żeby się przekonać, o co w ogóle tyle zachodu.

To, że Borys wierzy w Mikołaja, nikogo nie zdziwi, natomiast zastanawiałam się, czy w szkole ktoś "uprzejmy" nie będzie próbował uświadomić Filipa co do faktów. Gdzie tam! Młody wierzy mocno, z całym zaangażowaniem pisze listy z prośbą o prezenty (zawsze jako pierwsze zadanie z kalendarza adwentowego pierwszego grudnia - bo przecież). A ja biorę przykład z Taty i robię wszystko, żeby mikołajowa niewinność trwała jak najdłużej.

W tym roku szóstego grudnia Marcin wyjeżdżał w podróż służbową zaraz po śniadaniu. Chłopcy mieli tego dnia dostać od Mikołaja gry, ale co to za radość, żeby je tylko Ojcu Rodziny pokazać, a nie mieć czasu pograć? Tak więc Matka zawczasu dała Świętemu znać, że tu ambaras i grande problema, działać trzeba.

Piątego pojechaliśmy z połową stolicy oglądać iluminację Starego Miasta. Po powrocie nie zdążyłam odwiesić płaszczy, kiedy z salonu odezwał się pisk, że był! Był, był, był już! Mikołaj był! I nawet stosowną notkę zostawił:

Mikoaj_2015_05

Ochom i achom nie było końca, a w szczególności zachwytom, jak ten Mikołaj wszystko wie, zna nawet daty i godziny lotów Tatusia.

Potem okazało się, że Święty czasami przychodzi wcześnie, a czasami ledwie zdąża - tak było z drobnymi upominkami dla klasy Filipa. Nie zdążył bidula odstawić ich w szkole, tylko podrzucił do nas do samochodu, bo wiedział, że mamy spory bagażnik i wszystko się zmieści. No więc wyobraźcie sobie okrzyk zdziwienia, który wydałam z siebie, kiedy otworzyłam bagażnik rano siódmego w garażu. Domyślam się, że moje improwizowane zaskoczenie godne najlepszych szkół aktorskich można było usłyszeć aż na ostatnich piętrach bloku.

Nie zdziwicie się chyba, kiedy powiem, że w Wigilię też rozminęliśmy się z Mikołajem. Wpadł do domu moich rodziców akurat wtedy, kiedy odwiedzaliśmy Prababcię. Babcia Ania zamieniła z nim dwa słowa, odebrała wytyczne, żeby prezenty odpakowywać dopiero po kolacji, a potem odpowiadała na pytania, skąd przyjechał, jak wszedł do domu i gdzie się dalej udawał.

I tak snuliśmy przez cały grudzień mikołajową intrygę, zastanawiając się, kiedy absurdalnych zbiegów okoliczności będzie za dużo, kiedy wszystko się wysypie. Ale dzieciaki łykają nasze opowieści jak młode pelikany i koniec końców to ja zazdroszczę im wolności od cynizmu dorosłej perspektywy.

Bo to właśnie o to chodzi. O bycie częścią bajki. O te uśmiechy szerokie jak szafa trzydrzwiowa, okraszone przeszczęśliwym kociokwikiem. I o szept do maminego ucha wieczorem: "Jejku, jak ja uwieeeeeelbiam Święta i Mikołaja!"

 

* To jest niezwykle ciekawe w kontekście faktu, że dziś żyję ze swoją rodziną daleko od Kościoła Katolickiego i nie ochrzciłam dzieci (co w Polsce jest wciąż dużym odstępstwem od normy). To temat na zupełnie inną notkę. Nie chciałam, żeby zdominował tekst o brodaczu, który rozdaje prezenty. :)

Najlepsza zimowa herbata pod słońcem

fiona_apple

W dni takie jak dziś intensywnie poszukuję odpowiedzi na egzystencjonalne pytania.

Pogoda najgorsza z możliwych. Termometr usypia czujność, pokazując parę stopni powyżej zera, ale wystarczy wyjść za próg domu, żeby prawda sieknęła w twarz - deszcz, przenikliwe wietrzysko, a na niebie chmury wyglądające co najmniej tak złowrogo, jak te nad tolkienowskim Mordorem. Jak żyć, Panie Premierze, jak żyć?

Zeszłej zimy na taką depresyjną aurę, ale także na mrozy, jesienną słotę i przygnębiające przedwiośnie, wymyśliłam przepis na najlepszą rozgrzewającą herbatę pod słońcem.

Herbata_zimowa_011

Kroimy parę plastrów imbiru i przygotowujemy kilka goździków.

Herbata_zimowa_021

Imbir i goździki wrzucamy do dzbanka, który wytrzyma temperaturę wrzątku. Dodajemy kilka torebek dobrej malinowej herbaty i zalewamy. Dobra herbata malinowa ma duży udział szuszu malinowego w składzie (co najmniej 50% - a nie na przykład 80% hibiskusa i 1% maliny), idealnie, jeśli nie ma w ogóle aromatów. Z marek szeroko dostępnych najbardziej smakuje mi herbata malinowa firmy Malwa, chociaż niestety ma w składzie aromaty. 

Herbata_zimowa_031

Zaparzamy przez parę minut.

Herbata_zimowa_041

Kiedy herbata się zaparza, kroimy kilka plasterków cytryny i pomarańczy. Idealnie, jeśli cytrusy nie są woskowane, ale w każdym wypadku należy je dokładnie wyszorować szczoteczką przed krojeniem.

Herbata_zimowa_051

Do zaparzonej herbaty dodajemy cytrynę i pomarańczę, po czym owoce ugniatamy w dzbanku jednym z moich ulubionych narzędzi koktajlowych (którego nie potrafię nazwać ;) - zerknijcie na zdjęcie), aby puściły sok.

Herbata_zimowa_061

Napój słodzę pół na pół miodem i syropem z agawy. Pewnie sam miód byłby zdrowszy, ale nie jestem aż tak wielką fanką jego smaku. Mądre głowy w internetach i realach mówią, że powyżej 40ºC miód traci swoje dobroczynne właściwości, więc powinniśmy poczekać ze słodzeniem nim, aż herbata ostygnie. Ja najczęściej nie mam do tego cierpliwości.

Herbata_zimowa_071

Teraz wystarczy tylko zamieszać, zaserwować osobom potrzebującym rozgrzania ciała i duszy oraz zbierać hołdy, ponieważ postawienie kubka takiej herbaty przed delikwentem wchodzącym do domu z ziejącego parszywą aurą zewnętrza poskutkuje ozłoceniem was na wieki wieków. Sprawdzone i gwarantowane.

A tak w ogóle śliczna ta herbatka jest. Dobrze się będzie prezentować na waszych fejsbuniach i instagramach. Nawet w najtańszym dzbanku z IKEA.

Tak tylko podpowiadam. 

Herbata_zimowa_082

Nie w ciemię bity

fiona_apple

Zomek

Środek nocy. Budzi mnie cichy głosik:

- Mamooo... Mamooo...

Siadam gwałtownie na łóżku. Przede mną Filip. Szybkie zerknięcie na zegarek - jest koło trzeciej. W pół sekundy gonitwa myśli: druga połowa łóżka pusta, Marcin w podróży służbowej od niedzielnego południa, zaraz trzeba wstawać.

- Synku... Co się stało? Miałeś zły sen? Chcesz się przytulić? Położyć ze mną?
- Nie, nic mi się nie śniło. 
- W takim razie co się dzieje?

Filipowski wyciąga ręce przed siebie i wtedy zauważam, że coś trzyma. Skarbonkę???

- Zapomniałaś mi dać kieszonkowe na ten tydzień.

Dlaczego przestałam kupować prezenty świąteczne dla dzieci w listopadzie

fiona_apple

XMas_time

Na zdjęciu restauracja Chata Walichnowska w Walichnowach w okolicy Wielunia., na którą trafiliśmy w drodze na te zimowe wakacje. Dobrze karmią w pięknym wnętrzu.

To było trzy lata temu.

Filip był trzylatkiem i miał po raz pierwszy świadomie przeżyć przygotowania do świąt, więc sumiennie przygotowywałam się do grudnia. Być może niektórzy pamiętają mój entuzjazm. Kupiłam kalendarz adwentowy, wymyślałam zadania, które miały do niego trafić, planowałam ozdobienie mieszkania, a prezent dla Filipowskiego miałam kupiony na koniec listopada. Wyszukany, przemyślany. Super extra wow!!!

Upominek leżał zachomikowany w szafie, ja czułam, że tytuł królowej Żon ze Stepford należy mi sie, jak psu buda. 

Co roku pierwszy dzień w kalendarzu adwentowym jest przeznaczony na pisanie listu do Świętego Mikołaja. Tak więc pierwszego grudnia zasiadłam z Filipem przy stole z kartką i zamiarem napisania takiego listu, że Mikołajowi buty spadną. Młody miał rysować swoje życzenia, a ja je podpisywać.

- Synku, co byś chciał dostać? - spytałam.

Wtedy Filipowski miał wymienić jedną z rzeczy, które padały w improwizowanych rozmowach na ten temat z poprzedniego miesiąca: kawałek chlebka, prąd, kamień, muffinki czekoladowe. Potem ja miałam mu podrzucić jako pomysł klocki, które leżały w naszej szafie i za które daliśmy kupę kasy. Jak to bywa w takich sytuacjach, moje dziecko miało dla mnie niespodziankę:

- Nie, mama. Klocków nie. Chcem kuchnie. I galnki. I łyski. I jedzenie.

Zaskoczył mnie. Nie samą ideą, bo świetna, ale takim konkretnym pomysłem, który nie padł wcześniej.

I wtedy popełniłam błąd. Zamiast szybko obliczyć, że zwrot klocków pozwoliłby na zakup fajnej drewnianej kuchenki, zapytałam, jak ten matoł:

- A może klocki jednak? Fajne takie? Dużo klocków?

Czy ktoś zauwazył ciśnionko w określonym kierunku? Spostrzegawczy jesteście. W każdym razie Filip albo nie zauważył, albo miał to centralnie w pompie:

- Nie, mamo. Kuchnie chcem. Na kjockach nie moge gotować.

No więc tak. Żona ze Stepford przygotowana, ale dzieciak nie chce współpracować. Znajdzie się i na to sposób - przecież trzylatki zapominają, zapomni i Filipowski. Poza tym skoro dziś pierwszy raz o tym słyszę, tym bardziej nie będzie przywiązania do pomysłu.

Tak, to był błąd numer dwa. Myślę, że wielu z was zgaduje, co było dalej. Nie pamiętam, czy w tamten wieczór wigilijny odwiedził nas Mikołaj (w sensie czy któryś z wujków się przebrał), czy otwieraliśmy paczki spod choinki. Pamiętam jednak bardzo dobrze krótkie dwa zdania Filipa:

- Ale fajne kjocki! A gdzie moja kuchnia?

No to żeś, Matka, zmaściła po całości. Gratulacje! Zaprawdę, powiadam Ci - nie powielaj swojego błędu!

Zmądrzałam. Od tamtej pory co roku czekam z kupnem prezentów dla Potwrów na po pierwszym grudnia. A wymarzona kuchenka dotarła do nas w pierwszym tygodniu stycznia po tamtych świętach i jest w obrotach do dziś.

A czy ty porozmawiałeś już ze swoim kilkulatkiem o terrorystach i innych okropieństwach tego świata?

fiona_apple

Krople_deszczu

Piątkowy wieczór spędziłam z grupą znajomych z pracy w Centrum Zarządzania Światem na warszawskiej Pradze, gdzie zaszyliśmy się w podziemiach, aby zagryzać pyszne placki po alzacku i snuć plany podbicia naszej galaktyki (z każdym cydrem coraz śmielsze). Kiedy po pięciu godzinach narad na szczycie kolega odwoził mnie z imprezy, dostałam pierwsze info o zamachach w Paryżu. Po powrocie do domu przykleiłam się do telewizora na półtorej godziny i z przerażeniem oglądałam relację ze stolicy Francji, podczas gdy Miśku spał już w błogiej nieświadomości.

W sobotni poranek nie chciało nam się wychodzić z ciepłego, bezpiecznego łóżka, ale świat stanął tylko we Francji i tylko w kilku aspektach. U nas trzeba było się ogarnąć, przygotować śniadanie, a w międzyczasie sprawdzić, czy jakiś cud się nie zadział w nocy z zamrażalnikiem. Nie, nie zadział się.

A potem usiadłam z Filipem i opowiedziałam mu, co się zdarzyło we Francji.

Robię to zawsze, kiedy na świecie dzieje się coś, co opanowuje umysły społeczeństwa i kanały medialne. Opowiadam Młodemu o rzeczach fantastycznych, ale też o tych przykrych i tragicznych.

Zaczęło się parę lat temu od pierwszego w miarę świadomie przeżytego (przez wtedy chyba trzylatka) święta Wszystkich Świętych. Spacerując po cmentarzu, zeszliśmy na temat śmierci i Filip zadał kilka trudnych pytań o rzeczy ostateczne. Rzecz jasna, te pytania były trudne dla mnie, nie dla niego - "Mamusiu, cy ja umarnem"? ścięło mnie znóg, a on chciał po prostu wiedzieć. Jako że zawsze robię wszystko, żeby nie okłamywać swoich dzieci, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że tak, wszyscy umrzemy, bo taka jest kolej rzeczy, ale mam nadzieję, że jeszcze długo nie, a moje dzieci wiele lat po mnie. 

Od tamtej pory kilka razy rozmawiałam z Filipem o sprawach trudnych i niezrozumiałych nawet dla dorosłych. Nie wyliczę wszystkich, bo nie pamiętam, ale z ostatniego roku przychodzą mi do głowy katastrofa samolotu German Wings, skierowanego na zbocze góry przez pilota, samobójstwo zaszczutego czternastolatka i sprawa uchodźców z Syrii.

Wiem, że niektórym z was mogą włosy stawać dęba na samą myśl - Fiona oszalała! Prowadzi z dzieckiem dysputy o samobójstwach, kiedy nie jest ono nawet uczniem! Spaczy go totalnie!

Miejcie wiarę. To nie są rozmowy na miarę dorosłych, o nie! W zależności od wieku Filipa trwały od kilkudziesięciu sekund do paru minut i zawsze były skrojone na miarę mojego dziecka, a nie moją. Tak więc nie opowiedziałam o bolesnych szczegółach samobójstwa nastolatka, tylko zapytałam Młodego, czy wie, że są ludzie, których ogarnia taki smutek, że potrafią sami skończyć swoje życie. I że właśnie młody chłopak tak zrobił - poczuł taki żal do świata i taką samotność, że nie potrafił przyjść do mamy po pomoc.

Ale dlaczego, po co, z jakiego powodu??? Przecież ta wiedza nie jest kilkulatkowi potrzebna. Kiedy dorośnie, nie ucieknie przed okropieństwami tego świata, po co mu je tak wcześnie serwować na tacy?

Ja wychodzę z innego założenia. W dzisiejszych czasach żyjemy otoczeni aktywną informacją i ona tak czy owak do przedszkolaka czy wczesnoszkolniaka dotrze. Jeżeli mieliście ambicje wyczyścić przestrzeń dziecka z takich bodźców i udało się wam, mogę tylko pogratulować. Ja nawet nie próbowałam. W naszym domu o większości istotnych wydarzeń dyskutuje się przy stole, w łazience, w kuchni, w samochodzie, w kawiarni, w knajpie. Drastyczności chowamy w najprywatniejszcyh rozmowach, ale poza tym - perorujemy ostrożnie, aczkolwiek otwarcie. Ja z Marcinem, my z dalszą rodziną, my ze znajomymi. Poza tym dziecko słyszy rozmowy dorosłych poza domem rodzinnym w różnych sytuacjach.

Jest jeszcze telewizja. W naszym domu dla Potworów regularnie są dostępne jedynie kanały z kreskówkami (pod nadzorem oczywiście), inne programy oglądamy, kiedy dzieciaki śpią. Są od tego wyjątki, ale Filip i Borys zdają sobie sprawę, że telewizja włączona za ich urzędowania to albo wielkie święto (najczęściej sportowe), albo wydarzenie najwyższej rangi. Nie wyobrażam sobie, że przy takim podejściu do telewizji mogłabym włączyć transmisję z Paryża w sobotni poranek i nic nie powiedzieć. Najzwyczajniej w świecie nie mogę sobie pozwolić, aby w gąszczu informacji mało przystających do dziecięcego świata moi synowie zostali pozostawieni bez przewodnika.

Dlatego zawsze oceniam czy, co i jak powiedzieć. I muszę przyznać, że ani razu nie żałowałam jeszcze żadnej z tych rozmów. Być może twoje dziecko by tego nie udźwignęło, być może jest za młode - sami znacie swoje dzieci najlepiej. Moje dziecko po tych rozmowach nie zrobiło się za poważne jak na swój wiek, nie rozpamiętuje otrzymanych informacji, bo są mu podane z odpowiedni sposób. Natomiast gromadzi je i zaczyna wyciagać wnioski. Wnioski dziecięcej rzeczywistości, która dostała kontrolowany wgląd przez dziurkę od klucza do świata dorosłych.

Wierzę też, że tymi rozmowami dziś rozpoczynam setki konwersacji z przyszłości. Wychodzę naprzeciw problematycznym sytuacjom zanim zaistnieją, zaczynam rozplątywać węzły gordyjskie zanim sprawią nam największy kłopot. Nie oszukuję się, że mam receptę na uniknięcie problemów komunikacyjnych z dziećmi, ale jakikolwiek temat nie przyjdzie, moi synowie nigdy nie usłyszą, że nie będę z nimi o tym gadać, bo nie.

No i oczywiście korzystam skwapliwie z szansy, żeby przekazać swoje spojrzenie na wiele kwestii, zanim chłopcy przestaną chcieć mnie słuchać. Opowiadam o tym, że świat nie jest czarno-biały, że oprócz szczęścia, bywają też przykrości. Staram się przekazać, że oprócz pięknego życia, musimy sobie radzić z perspektywą śmierci. Że to wszystko bywa wyzwaniem. I że my, rodzice, zawsze będziemy obok, jeśli tylko będziemy potrzebni. 

W sobotni poranek opowiedziałam Filipowi, że poprzedniej nocy grupa terrorystów zabiła w Paryżu wiele osób i że mnie to bardzo poruszyło. Młody chciał wiedzieć, ilu było zabitych, czy wszystko działo się w poblizu Wieży Eiffla i czy w stolicy Francji było dużo policjantów na ulicach, po czym pobiegł budować zoo z Borysem. Temat wrócił następnego poranka.

- Mamusiu, te zabijania, co były wczoraj...
- Tak, synku?
- Powiedz mi mamo, czy w tych zabijaniach były dzieci? Czy tam umarły jakieś dzieci?
- Nie wiem, kochanie. Było późno wieczorem. Myślę, że nie albo mało, ale to możliwe.
- A powiedz mi...
- Tak?
- To my chyba szybko nie pojedziemy do Paryża, żeby zobaczyć Wieżę Eiffla?
- Nie wiem, synku. Nie wiem.

A ty, Czytelniku - czy rozmawiałeś już ze swoim kilkulatkiem o śmierci, terrorystach, samobójstwach i uchodźcach?

Coming out

fiona_apple

Fiona_31

Mogłabym dorabiać do tego filozofię, mogłabym nakreślać tło, mogłabym wyłuszczać, dlaczego teraz. Mogłabym nawiązywać do notki o blogowaniu w wersji cioci z prowincji i dywagować o moim postrzeganiu postaci autora bloga AD 2015. Mogłabym rozwlec wstęp do mostrualnych rozmiarów.

Ale lepiej chyba jednak będzie powiedzieć Hop! i skoczyć na główkę.

Fiona_w_kawiarni1 

Cześć, nazywam się Iza Oszust. Izabela przez jedno "L". Tak, wiem, mam dość niestandardowe nazwisko. Po Tatusiu. Nie, nie przyjęłam nazwiska Miśka - to nudna historia, w ogóle bez ideologii, więc zostawię ją sobie na inny moment. Znacie mnie jako Fionę i do spotkań blogowych niech tak już zostanie, bo kocham swoje pseudo miłością bezgraniczną.

Mam 172 cm wzrostu, co chyba zalicza mnie do kategorii wysokich, ale lubię dodać do tego jeszcze dziesięciocentymetrowy obcas - cóż poradzę na to, że lubię na wszystkich spoglądać z góry, szczególnie na facetów. Kolor włosów stworzyła natura w probówce - naturalny to szary polski blond (to jest nazwa mydląca oczy i ukrywająca, że chodzi o urokliwy inaczej odcień sierści szczura z kanałów ściekowych). Kiedyś flirtowałam z jasnym blondem, ale poszłam po rozum do głowy i jestem szczęśliwą farbowaną brunetką. Co tam można jeszcze powiedzieć o wyglądzie, żeby nie iść w stronę gadania o rozmiarach tyłka... Mam długi tułów, większość koszul i T-shirtów jest na mnie krótkawa. Fascynujące, prawda?

Nie przepadam, kiedy ktoś fotografuje mi twarz z bliska i zazwyczaj kryję się wtedy za wielkimi okularami przeciwsłonecznymi. W związku z tym moja osobista galeria portretów (niewielka, bo zazwyczaj to ja latam z aparatem) wygląda mniej więcej tak:

Okulary1
Jak widzicie, jedna mina - jak Nicolas Cage we wszystkich swoich filmach. Bo w ogóle nie jestem zbyt fotogeniczna. Kiedy staram się zapozować przed aparatem, mięśnie mojej twarzy zaczynają wykonywać małe nieskoordynowane spazmatyczne ruchy i koniec końców na zdjęciach wyglądam jak przerobiona przez filtr "Picasso-Guernica". Miśku na moją prośbę (błaganie...) robi mi serie po dwadzieścia, trzydzieści zdjęć, z których wyciągam jedno (lub zero) i kategoryzuję: "ujdzie" albo "dobrze, że w ogóle podobna do człowieka". Moim marzeniem jest wyglądać na zdjęciach tak, jak widzę siebie w lustrze - normalnie, naturalnie. Ale nie - ze spustem migawki włącza mi się tryb "kołek".

Zdjęciowy fatal error to oczywiście jeden z jakiegoś tysiąca kompleksów, które mam jak każda inna babka. Jedne są bardziej słuszne, inne mniej. Oczywiście tych mniej słusznych i całkowicie bezpodstawnych, a wręcz szalonych jest najwięcej. Natomiast przeżywam teraz wzrost zadowolenia swoją cielesnością, więc wykorzystuję moment, żeby się tu pokazać. Jak mi się zmieni to powykasowuję wszystko, a potem wynajmę białoruską mafię, która wybuchnie internetowe serwery i będzie pozamiatane. Taki jest plan awaryjny.

No dobrze, ale co z tą żabą?

fiona_apple

Co_z_t_ab

Piękną mamy tę jesień. Za oknem drzewa w soczystych kolorach i błękitne niebo, Fionka rozpisuje się na blogu, na Facebooka wrzuca zdjęcia rodzinnego pieczenia w czasie idyllicznych weekendów, pokazując, że możliwe jest piękne życie z upierdliwymi dziecięcymi choróbskami, a w tle Miśku, mąż i ojciec, co Potwory na cały weekend wywiezie, żeby Królowa mogła sobie odpocząć. Halo, halo – czy jest tam telewizja śniadaniowa, mająca ochotę zrobić materiał o kobiecie, która ma prawie WSZYSTKO?

Oczywiście ironicznie to piszę, ale takie właśnie wrażenie mógłby mieć przypadkowy gość Wylęgarni w ostatnim miesiącu. Wystarczy jednak cofnąć się o kilkanaście notek na tym samym blogu, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie. A co pomiędzy?

Powiem wam, że bardzo trudno mi o tym pisać. Mam gęsią skórkę, kiedy sobie przypomnę, jak wyglądało moje życie wiosną 2013 roku i w kolejnych miesiącach. To był taki ciemny czas. Przydymiony. Przymglony. Czas potwornej samotności i braku zrozumienia. To chyba było najgorsze - nie same problemy, jedne większe, drugie mniejsze, ale dojmujące poczucie, że nikt, absolutnie nikt mi nie pomoże. Bo nie chce, bo nie potrafi, bo to nikogo nie obchodzi.

Dziś mam w sobie wiele zrozumienia i dla siebie samej, i dla ludzi wokół. Nic a nic mnie nie dziwi, że akurat wtedy rzeczywistość mnie przygniotła. Zresztą sami poczytajcie: wróciłam do pracy i prawie od razu Potwory złapały ospowego syfa (Filip i Borys oczywiście też, razem cztery tygodnie w gencjanie) - super timing dla laski, która chciała udowodnić swoją przydatność w Fabryce po macierzyńskim. Szybko jednak zadowolenie pracodawcy zeszło na drugi plan, bo musieliśmy się zmierzyć z jąkaniem Filipa. Daję sobie ręce i cycki uciąć, że bylibyście przerażeni, oglądając jego wysiłki językowe w tamtym okresie. Ja obserwowałam te próby jako matka i myślałam, że zwariuję ze strachu. Pomimo że wszystko przeszło, groza sytuacji zeżarła mi bezpowrotnie kawałek serca. Jakby tego było mało, rzeczywistość raczyła mnie permanetną torturą braku snu. I całą listą drobniejszych kłopotów, których wypisywanie sobie daruję. Takie moje małe prywatne Guantanamo na warszawskiej Woli.

Paradoksalnie, problemy zdrowotne chłopców w pewien sposób mi pomogły, bo wytrąciły mnie z pętli użalania się i udowadniania samej sobie, że jestem skazana na emigrację wewnętrzną po wsze czasy. Priorytety zostały przestawione. Nie piszę tego w znaczeniu filozoficznym, ale bardzo przyziemnym. Nie ma czasu na wewnętrzne dialogi, kiedy rytuały kąpielowe i wieczorna lekomania zajmują godziny (tak bywało). Człowiek się przestawia na tryb automatyczny, a po pewnym czasie zauważa, że funkcjonuje w miare normalnie, a nawet idzie do przodu. Małe zwycięstwa budują tak bardzo istotne poczucie wpływu na rzeczywistość.

Napiszę to wielkimi literami: ŹLE ZROBIŁAM, ŻE NIE POPROSIŁAM WTEDY NIKOGO O POMOC. To był ogromny błąd. Oczywiście, opowiadałam komukolwiek, kto chciał słuchać (albo nie zdążył uciec) długie historie o tym, co się nam przytrafiało. Pisałam też tutaj, to nie była tajemnica. Ale wszyscy, absolutnie wszyscy wokół postrzegali mnie jako siłaczkę, która sobie tak świetnie radzi. Ileż poklepywania po ramieniu wtedy przyjęłam... Stara, ależ ty dzielna jesteś! No właśnie nie. Wcale nie.

Dlatego jeżeli kiedykolwiek dotrzesz do punktu, kiedy będzie ci się wydawało, że nie dajesz rady - powiedz to komuś i poproś o pomoc. Znajdź lekarza, terapeutę, wypłacz się przyjaciółce, wyłuszcz to chłopu, powiedz mamie, napisz do mnie albo do innej blogerki, z którą wydaje ci się, że masz dobry kontakt albo nawet załóż bloga. Ale pamiętaj - musisz powiedzieć, że potrzebujesz pomocy. Głośno. Wyraźnie. Bo sami się nie domyślą. Zresztą ludzie nie są od domyślania się - im wcześniej zdasz sobie z tego sprawę, tym lepiej.

Ja odbudowywałam siłę sama, powoli, krok po kroku. Stopniowo przechodziłam od podejścia przedszkolaka (tupnę nóżką, a wszystko ma być tak, jak chcę, natychmiast!!!!, a jeśli nie będzie, to się wkurzę i będę tupać nóżką jeszcze głośniej) do trzeźwiejszej oceny sytuacji (na pewno nie wszystko będzie tak, jak chcę, więc muszę się zastanowić, gdzie tupnąć nóżką, a gdzie olać). I właśnie ta praca nad określeniem rozsądnej dawki zdrowego egoizmu dała mi najwięcej - przede wszystkim siły, żeby się mierzyć z rzeczywistością, zamiast marzyć o ukryciu się pod kołdrą do roku 2026.

Rzecz jasna, to nie jest tak, że nastąpiło oświecenie i dam! dam! dam! - teraz jestem zupełnie zreformowana. Voilà, zupełnie nowa Fiona, edition 2015. To jest proces, w którym postawienie granic to tylko początek, a resztę wieczności zajmuje ich obrona oraz oswojenie się z nieuchronnością porażek. Natomiast bardzo mi się podoba kierunek, w którym wszystko zmierza.

Dwa lata temu widziałam przed sobą ścianę, rok temu światłko w tunelu, dziś mam przed sobą listę marzeń i celów. I jestem bardzo z siebie dumna.

Trudne słowo na "P"

fiona_apple

Hands_up

Moje dzieci nie znają wstępów, wprowadzeń, opisów tła sytuacji, werbalnej gry wstępnej. Gdy chcą coś przekazać, wrzucają mnie od razu w sam środek akcji, bez bufora czy kamizelki ochronnej.

- Mamo, a wiesz, że w łazience dla starszych chłopców są penisy?

Jakimś cudem nie udziabałam sobie palca nożem, którym kroiłam cukinię.

- Że co? Słucham? Hę?

Filip obrzucił mnie pogardliwym wzrokiem - że niby mówi coś oczywistego, a mój ptasi móżdżek nie ogarnia.

- W łazience chłopców dla klas czwartych, piątych i szóstych są penisy. Trzy penisy.

Mój mózg pracował na pełnych obrotach. Penisy? Penisy??? Bożyszcze... Pewnie namalowane. Cholerni mali wandale! Trzeba zgłosić. Niech zamalują. Mam nadzieję, że to tylko tyle... Że nic gorszego...

- Kotku... Ekhem... A jak one wyglądają, te pe... penisy? I gdzie są dokładnie? Wytłumaczysz? Bo chyba będę musiała powiedzieć o tym pani Karolinie.
- Przecież pani Karolina wie.
- Wie?
- No jasne, że wie!

Że co? Ja już nic nie rozumiem!

- Ale jak to - wie? I nic z tym nie robi?
- A co ma zrobić?
- No jak to co, zgłosić do dyrekcji!
- A po co?
- Żeby zamalowali.
- Zamalowali? A jakim kolorem? I po co?
- Jakim kolorem? No, kolorem ścian. Albo drzwi. Tam, gdzie te penisy są, to tym kolorem właśnie. To gdzie są?
- Na ścianie. Trzy na ścianie. Penisy dla starszych chłopców, gdzie można robić siku. W naszej łazience nie ma penisów, bo jesteśmy za mali.

...
...
...

- Pisuary? Myślisz, o pisuarach? W łazience starszych chłopców są pisuary?
- Tak, trzy pisuary. A co ja powiedziałem? 

Quo vadis, Wylęgarnio?

fiona_apple

Uscita

Tak więc jestem znowu tutaj, w blogosferze. W jej kątku, oczywiście, malutkim, ale w stu procentach moim. Klikam sobie coś tam co parę albo paręnaście dni i wygląda na to, że zaczynam się wciągać w jakąś formę regularności. A że jestem domorosłym filozofem, do wszystkiego dorabiam ideologię i lubię każdą kwestię życiową (każdą! słownie: K.A.Ż.D.Ą) roztrząsać do bólu, przed wami strumień świadomości na temat Wylęgarni i blogowania - w ogóle i w szczególe.

Separacja z blogiem była naturalną kulminacją splotu wydarzeń (odsyłam do tego wpisu i kolejnych, kontynuacja jeszcze się tutaj pojawi). Dziś widzę, jak wiele straciłam przez tę przerwę - grupa czytelników była stała i dość liczna, ale bez dokarmiania ostało się tylko stadko najwytrwalszych (desperatów??? żaaarcik...). Oczywiście można też spojrzeć na to z bardziej optymistycznego punktu widzenia - yay! potrafiłam zainteresować ludzi na tyle, żeby ich obchodził mój anonimowy los po długich miesiącach ciszy (tak, to o was mówię, chyba powinnam jakieś nagrody dla najcierpliwszych przygotować), ale nie oszukujmy się - w blogowaniu liczba zaangażowanych czytelników ma znaczenie. Ogromne znaczenie.

Z drugiej strony potwierdziła się jedna rzecz - kiedy jest mi źle, nie mam weny i najzwyklej w świecie nie potrafię pisać. I nie chodzi tu o jakiś ukrywanie prawdy czy o lukrowanie swojego (uwaga, wielkie słowo!) wizerunku, tylko o prosty mechanizm: jest ok - słowa się składają, nie jest ok - słowa nie kleją się, wręcz uciekają od siebie. Zapewne ma na to wpływ fakt, że ja się bardzo nie lubię użalać nad sobą na forum publicznym. Nie wstydzę się niczego, ale jeśli mam przysiąść do tekstu, z którego może wyjść jojczenie, wynajdę sobie tysiąc innych zadań. Nawet koszule Marcina uprasuję. Serio. 

Dwa lata bez regularnego blogowania sprawiły, że przespałam teleportację do nowej ery. (Teraz będę gadać jak tetryk, wygłaszając oczywiste oczywistości, bear with me.) Dziś dobry bloger musi mieć własną domenę plus kilka sprawnie działających kanałów social media. A potem staje taka Fiona pomiędzy fejsami, instagramami, snapczatami (whaaaat???), stópką próbuje zamieść fakt bycia WCIĄŻ na darmowej platformie pod dywan (Blox, bożyszcze, jaki anachronismus!) i w ogóle czuje się jak biedna stara ciocia. Taka nie stąd zupełnie, ale z, nie przymierzając, Wilkołaza Pierwszego. Z Wilkołaza w 1992.

Ale że ciocie z lat dziewięćdziesiątych szybko nauczyły się jak przetrwać, tak i ja się nauczę, jakem Fiona, chociaż pewnie chwil parę mi na to zejdzie. Równolegle zajmują mnie natomiast inne kwestie, chyba bardziej ważkie.

Przynam się, że regularnie obserwuję teraz niezbyt wiele blogów - może z dziesięć, może kilka więcej. Musiałam dokonać ostrej selekcji, bo przy ilości informacyjnej dobroci, która może nas zalać, należy strzec granic swojej wytrzymałości. Wciąż jednak quazi-biernie poglądam blogów dużo więcej przez znajomych, którzy na Fejsbuku podrzucają mnóstwo dobrych treści. I taka Fionka zaczyna się zastanawiać, czy jest w stanie wyprodukować cokolwiek, co nie zdubluje dwóch tuzinów innych kanałów. Bo ileż można mielić te same tematy! Nawet najgenialniejsze sporzenie na problem, jeżeli jest spojrzeniem dziesiątym, niechybnie skończy się dla aktywnego uczestnika medio- i blogostery centralnym rzygiem na monitor lub ekran telefonu. 

W prostych żołnierskich słowach: co cennego, w miarę oryginalnego i mojego mogę zaproponować publice? I czy cokolwiek, tak naprawdę, bo w innym wypadku nie ma raczej sensu strzępienie klawiatury. 

Takie właśnie dywagacje o pograniczu blogowych ambicji i możliwości zaprzątają ostatnio mój umysł. Bo jak już iść, nawet jesli bez celu, to co najmniej w jakimś kierunku.

Najłatwiej będzie na początek ustalić fakty.

Tekst jest najważniejszy, nie ma wartości ponad tekst. (Chyba sobie to druknę i powieszę nad biurkiem w Fabryce.) Dodatkowo nie potrafię pisać krótko, po prostu nie potrafię. Jasne, jeśli mam do przekazania bardzo krótką wiadomość, jak tutaj albo tutaj, zrobię to w dwóch zdaniach, ale generalnie jestem mistrzynią form rozwlekłych. Zaprawdę, powiadam wam, na nagrobku będzie mi trzeba wyryć TL;DR. :) A tak poważnie, to nie jest współczesne, to nie jest modne, to nie jest "in". Ale ja najzwyczajniej w świecie sama lubię czytać takie teksty! Lubię blogi, w których notki porywają mnie na dłużej niż 10 sekund, przy których wypijam kubek, a nie łyczek kawy. I liczę na to, że znajdzie się grupka osób, która podzieli mój entuzjazm do kwiecistej narracji, zawile rozbudowującej tło problematyki, zawierającej enigmatyczne nawiązania, wymyślne słownictwo i obcojęzyczne wtrącenia. 

Słowo liczy się o wiele bardziej niż zdjęcie, o ile autor nie zaznaczy inaczej. Tak więc blog fotocentryczny to na pewno nie jest mój kierunek, chociaż fotografować uwielbiam. W ogóle liczę na to, że przepastne archiwa na twardych dyskach plus dzieła stworzone w przyszłości pozwolą mi wciąż zamieszczać na blogu tylko i wyłącznie swoje zdjęcia, unikając beznamiętnych fotografii ze stocków.

Uwaga, teraz wyznanie: denerwuje mnie nazwa Wylęgarnia. Nie, oczy was nie mylą. Kiedyś była strzałem w dziesiątkę, ale teraz mnie niemożebnie drażni. Patrzę na nią i od razu myślę - kurczę, no, czy ja jestem tylko od rodzenia dzieci? Co ma tutaj rządzić - moja głowa czy moja macica??? Tak, wiem - soooooo drama queen! Ale wciąż myślę, jakby nazwać mój kącik internetu, żeby to miało sens dla starych i nowych czytelników i, co najważniejsze, dla mnie. W międzyczasie - sukces! Udało mi się wreszcie wymyślić aktualny podtytuł bloga. Od dwóch dni ogłasza, że dokumentuję tutaj Metamorfozę matki w człowieka. Wciąż w toku. (Tylko ja mogę mieć tak słowocentryczny umysł, żeby nad tymi zdaniami myśleć trzy miesiące - jakby od tego zależało moje życie.)

No dobrze, ale o czym szanowna autorka pisać zamierza, bo to jest jakoś chyba niejasne, chociaż wszyscy rozumieją, że będzie pisać długaśnie (a internet cierpliwy wszystko przyjmie, hyhy). Tutaj niespodzianka, głównie dla mnie - powrót do w miarę regularnego pisania rozwiązał worek z pomysłami na teksty. Chyba sobie kupię stustronnicowy kajet w dużym formacie, gdzie będę wypisywać wszystkie przychodzące mi do głowy koncepcje. Moja głowa rodzi je w takich ilościach, że mogłabym publikować codziennie po dwie notki. Na szczęście dla wszechświata to się nigdy nie zdarzy, bo pomiędzy blogiem, pracą, dzieciakami i mężem wydarza się jeszcze życie, które dramatycznie ogranicza czas na wystukiwanie mądrości na klawiaturze. Natomiast gdybym zarabiała pieniądze w takim tempie jak wymyślam potencjalne tematy na bloga, w najbliższe święta mogłabym sobie sprawić jacht.

A o czym chce mi się pisać dziś? Na pewno szerzej niż wcześniej. O ile moje dzieci wciąż mnie zachwycają i uczę się od nich codziennie niezwykle dużo, teraz o wiele bardziej od maluchów interesują mnie rodzice, ich sprawy i relacje, ich marzenia i cele. To w dużej mierze wynika z faktu, że Potwory podrosły i nagle jest przestrzeń na te przemyślenia. Wiadomo, że to nie jest tak, że kiedy już nie zajmuje nas rozszerzanie diety ani odpieluchowywanie to nagle - bam! - priorytetyzujemy swoje sprawy. To ewolucja, czasami szybsza, czasami wolniejsza. Metamorfoza rodzica z powrotem w człowieka. You get the point?

Resumując: oficjalnie ogłaszam, że przez najbliższe miesiące, może rok, Wylęgarnia (lub jej następca) będzie miejscem eksperymentów - z tematyką, formatami, kierunkiem. Lecimy metodą lean startup, czyli będę testować różne rozwiązania, mając nadzieję, że Wy będziecie się chętnie dzielić opiniami na bieżąco. Ja obiecuję przyzwyczaić się do tego, że duża część dyskusji blogowej przeszła na FB i inne social media, szatkując spójność dialogu (to mówiła stara ciocia, wybaczcie). A jak obniżę granicę obciachu, będę prosić was, żebyście mnie podpromowali dobrym słowem wśród znajomych, lajkami i udostępnianiem tekstów na FB, bo dziś bez tego ani rusz. 

Niniejszym, okres zbierania wniosków, skarg i zażaleń ogłaszam za otwarty.

Plastyka w szkole wrogiem rodzica czyli historia kołem się toczy

fiona_apple

Projekt_plastyczny

Pewnie każdy z nas ma taką historię ze szkoły.

Późny wieczór, godzina ósma albo dziewiąta. Pora jesienna lub zimowa, za oknem nieprzebrane ciemności i sieka deszczem. Leżałeś już w łóżku, ale nagle dostajesz olśnienia i biegniesz do rodziców - jutro do szkoły na ósmą rano potrzeba ci na plastykę liście miłorzębu japońskiego podlewanego wodą z górskiego źródła przy akompaniamencie pięciu fletów poprzecznych. Albo trzy motki grubej turkusowej wełny angorskiej i dwa pudła po telewizorze.

Ja nigdy nie zapomnę, kiedy w podobnych okolicznościach poinformowałam Mamę, że mam przynieść na plastykę dziesięć (DZIESIĘĆ!!!) pudełeczek tekturowych różnej wielkości, bo mieliśmy robić miasto. Zrobiłyśmy atak na półkę z lekami, gdzie wyłuskałyśmy wszystkie buteleczki i pastylki z pudełek (a pamiętacie na pewno, że wtedy rzadko które leki miały opakowania tekturowe). Miałyśmy może połowę pudełek, reszta została naprędce wyżebrana od sąsiadów.

Dziś szkoła bardzo ułatwia rodzicom życie - prośby wiszą na tablicy informacyjnej i są wpisywanie do dzienniczka. Czekam tylko na powiadomienia sms, aplikację z przypominajkami połączoną z systemem e-zakupów albo usługi consierge w termacie. Co nie zmienia faktu, że kiedy obowiązek dostarczenia materiałów na pierwszy projekt plastyczny dosięgnie cię, rodzicu, jest to w jakimś stopniu stresujące przeżycie.

Wreszcie przychodzi ten dzień. Czytasz:

Bardzo proszę o przyniesienie na zajęcia plastyczne we wtorek:
- wstążkę koloru białego dosyć długą
- wstążkę koloru czerwonego również długą
- dwa okręgi (nie koła) wycięte z tektury, mniejszy o średnicy 9 cm i szerokości 2,5 cm oraz mniejszy o średnicy 6cm i szerokości 2 cm
- czerwone koło z materiału lub tektury o średnicy 2,5 cm

Powiedz mi, co wtedy robisz rodzicu?

  1. Sprawdzasz szufladę z nićmi. Dobrze pamiętasz, metr gumki do majtek wciąż tam jest - biała wstążka odhaczona. Przypominasz sobie, że sąsiadka z mieszkania naprzeciwko miała imieniny w weekend i szła pod blokiem z kwiatami z czerwoną wstążką. Sąsiadka jest pomocna, użycza wstążki - odhaczone. Tektury w domu niet, wyciągasz ostatni numer "Party". Nie, ten jeszcze nie jest przeczytany - szukasz poprzedniego. Okładka w miarę twarda, nada się. Rysujesz okręgi na oko, wycinasz na oko - odhaczone. Czerwone kółko każesz dziecku wyciąć w szkole z papieru wycinankowego kolegi z ławki - odhaczone.

  2. Cieszysz się, że hurtownia pasmanteryjna tak blisko Twojej pracy. Czytasz wymiary okręgów, wizualizujesz je. W hurtowni kontemplujesz setki odcieni wstążek, ich grubość - w końcu wybierasz dwie i kupujesz po dwa metry każdej. Nie za mało? No dobra, po trzy metry. Wracając do domu przypominasz ojcu rodziny, że ma kupić cyrkiel i ignorujesz jego jęczenie, że po co. Wieczorem orientujesz się, że twoje wyobrażenie o tych cholernych okręgach jest o dupę wytłuc, bo zwizualizowałeś sobie promień 9 cm, nie średnicę, więc wstążki są za grube na to, co wydaje ci się, że będzie robione. Z okręgami idzie lepiej - nie masz tektury per se, ale przy każdym spotkaniu w sprawie obsługi kredytu mieszkaniowego dostajesz od banku teczkę na dokumenty z tysiącem podpisów, z których jedna idzie teraz pod nóż. Pod nożyczki, znaczy się.

  3. Wystosowujesz zapytanie do nauczycielki o uściślenie: jak szerokie mają być wstążki z (tolerancją 5 mm), jakiej mają  być długości (z tolerancją 10 cm), jaki ma być ich odcień (wytyczne najlepiej przy użyciu skali barw CMYK lub RGB), czy tektura na okręgi ma być zwykła czy falista + preferowana gramatura. Dodajesz prośbę o ujednolicenie materiału dwuipółcentymetrowego koła (po co wprowadzać pomiędzy uczniów niepotrzebne napięcia?) i upewniasz się, że odcień koła ma być taki sam jak odcień czerwonej wstążki. Dopiero po uzyskaniu informacji możesz spokojnie zrobić zakupy.

  4. Prosisz o uściślenie jak w punkcie 4, po czym wzdychasz nad stanem ludzkości i w tej samej korespondencji wyrażasz nadzieję, że pani nauczycielka zdaje sobie sprawę, że okrąg to zbiór wszystkich punktów płaszczyzny odległych od ustalonego punktu, nazywanego środkiem, o zadaną odległość i jako taki nie może zostać wycięty, bo nie ma grubości. Domyślasz się jednak, że chodzi pani o obręcze tekturowe, które oczywiście przygotujesz, nie ma problemu, współpraca ze szkołą to priorytet. 

  5. Wytyczne przyprawiają cię o białą gorączkę, bo żadnej z wymienionych rzeczy nie masz w domu. Wieczorem w dniu przed plastyką dziecko dopytuje się, czy wszystko jest kupione, a ty zapewniasz, że jutro wszystko będzie w porządku. Kiedy szkolniak idzie spać, wypijasz butelkę wina (może być w takim stylu). Rano informujesz szefa, że bierzesz urlop na żądanie i opowiadasz dzieciakowi o nowej sekretnej tradycji - co jakiś czas będziecie sobie robić wagary bez powodu (tylko ćśśśśśśśś!), zamawiać pizzę na obiad i oglądać kreskówki na vod. Projekt plastyczny natychmiast odpływa w niepamięć. 

No właśnie, rodzicu - co w tej sytuacji robisz? 

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci