|
sobota, 28 stycznia 2012
Tymczasowa zmiana składu osobowego
Dobra żona ze mnie. A nawet bym powiedziała - najlepsza. Skoro w tym roku z powodu zaciążenia nie mogę szaleć na stokach, postanowiliśmy, że Miśku pojedzie sam. Dwa lata temu zaciągnęliśmy trzyipółmiesięcznego Robaka do Austrii, rok temu we dwójkę zerwaliśmy się ze smyczy, a teraz Ojciec Rodziny dostaje szansę, żeby odespać. No powiedzcie mi - czy to nie oznacza, że jestem niewiarygodnie wręcz cudowna? Tym bardziej, że od przeprowadzki do Polski żadne z nas nie zostawiało drugiego z Potworem na dłużej niż dwa dni. A teraz od razu - TYDZIEŃ!!! Dziwnie się czuję, że w przedpokoju stoją tylko JEGO narty. I tylko JEGO kijki. I walizka jakaś taka mała. Ale co tam - w końcu obejrzę te kilka filmów, na które w życiu bym go nie namówiła, będę do zamulenia smażyć chleb w jajku i nikt mi nie powie, że potem całe mieszkanie śmierdzi, a może nawet uda mi się wyklikać więcej notek blogowych niż żałosna średnia z ostatnich miesięcy. Przeżyję i zrobię to w wielkim stylu. Szczególnie, że takich cudowności nie ma za darmo i przez ten tydzień na pewno uda mi się dojść ze wszystkimi zachłannymi stronami mojej osobowości do konsensusu, jaka będzie CENA... <W tle słychać złowieszczy śmiech ciężarnej.>
środa, 25 stycznia 2012
Cud
O ząb chodzi. O górną jedynkę ogłoszoną martwą w pierwszej połowie listopada. Wyobrażałam sobie horrory z ropą w roli głównej i dentystycznymi torturami małego niewinnego obywatela. (Czy ja właśnie napisałam niewinnego??? Chyba się zagalopowałam…) A tu cud się stał! W weekend udało mi się przyjrzeć przebarwiającemu się skurczybykowi i… zbladł! Wyjaśniał! Ujednolicił się! Od tamtej pory zaglądam Młodemu w paszczę codziennie (tak, palce mam pogryzione, dzięki za troskę), żeby sobie udowodnić, że nie mam omamów wzrokowych. Cholerny siekacz ma dziś prawie taki sam odcień jak reszta zębów. Czy to oznacza, że włosy pod farbą też mi odsiwiały?
wtorek, 17 stycznia 2012
O niezwykle ekscytujących wieczorach i nocach ciężarnej
17:30 – Obiad. Gapię się na racuchy z jabłkami leżące na talerzu – mają rozmyte kontury. I zaczynają falować. Czyżbym usypiała przy stole? Espresso potrzebne na już. 18:30 – Miśku, zmęczona jestem po niedzieli. Zajmiesz się, Młodym – pliiiz? Muszę się położyć. 19:00 – Z pokoju Filipa dochodzą dźwięki wyścigów samochodowych. Młody dał za wygraną i przestał przychodzić z kolejnymi książeczkami do sypialni, więc skorzystam z okazji i przykryję się narzutą. Och, jak cieplutko… Na chwilę tylko przymknę oczy… 20:00 – Budzi mnie Miśku. – Właśnie położyłem Filipa spać. Idę na moment do sklepu. Chcesz coś? – Nie, nic nie potrzebuję. Zaraz wstaję. 23:00 – Która godzina? – Jedenasta. – Już jedenasta??? Dlaczego mnie nie obudziłeś? – Tak smacznie spałaś… 5:30 – Dzwoni budzik nastawiony na wcześniej niż zwykle, żeby tym razem sprawniej dojechać do pracy, a potem wcześniej wyjść. Ciało protestuje. – No way! No way! No freakin’ way!!! Przekręcam się na drugi bok. 6:00 – Nie ma ucieczki przed rzeczywistością – trzeba zwlec zwłoki z łóżka. 11 godzin? Naprawdę spałam 11 godzin? Ech – i tak przydałaby się jeszcze jedna godzinka…
środa, 11 stycznia 2012
niedziela, 08 stycznia 2012
Informator
- Ciacia! Filippo stał w kuchni i pokazywał palcem na półkę nad piekarnikiem. - Chcesz ciasteczko? No proszę – tylu rzeczy nie pamięta, a lokalizację słodkich zapasów zawsze. (A swoją drogą, to zabawne, że moje dziecko nie potrafi po prostu powiedzieć Tak. Zawsze ten wyraz rozwleka ze specyficzną śpiewną intonacją – jakby potwierdzał największe truizmy świata.) Filippo nie odszedł nawet od szafek kuchennych, tylko pałaszował ciastko pod piekarnikiem. Nagle jego twarz rozjaśnił wielki uśmiech. - Dziadzia! Mały pulchny paluszek wskazywał na półkę z ciastkami. - Dziadek dawał ci stamtąd ciastka? No proszę! - Czy Dziadek dawał ci stamtąd dużo ciastek? No proszę! Ten uśmiech, ten entuzjazm… Wydało się. A sam Dziadzia? Dziadzia kategorycznie nie przyznaje się do winy. ;)
środa, 04 stycznia 2012
Wtedy i teraz
Skoro Wylęgarnia z przytupem wróciła do blogowej kategorii “ciążowe”, będzie więcej o rozstępach, jazdach hormonalnych, niemowlęcych wyprawkach i innych okołobrzuchowych sprawach. Ale to chyba nikogo nie dziwi. Nie będą to jednak odgrzewane kluchy, bo dziś każda refleksja otagowana ciążowo automatycznie wywołuje porównanie. Bo przecież wtedy to… A poprzednim razem tamto… O proszę - zupełnie tak samo… A tu wręcz przeciwnie… Zasadnicza różnica polega na tym, że przy Pierwszej mogłam się zatrzymać, pomyśleć, pomartwić się, ale też napawać się odmiennością mojego stanu. Dziś refleksja zajmuje tylko parę chwil, a potem biegnę, bo jest maluch do obudzenia, koszulka do przeprasowania, żłobek do odwiedzenia, wypełniony obowiązkami i problemami dzień w pracy do ogarnięcia i tak dalej. Mózgu nie starcza na zaawansowane dywagacje. Ale poza tym na całe szczęście kończący się właśnie pierwszy trymestr jest znowu przyjemnie nudny. Lekarz na wizytach ogląda wyniki badań i wciąż powtarza: w porządku, w porządku, w porządku… Znowu nie zaliczyłam mitycznych żołądkowych sensacji (nie licząc dwóch dni nudności). Nawet jeść mi się chce jak przed ciążą, choć w Pierwszej wszystko mi śmierdziało. Tylko brzuch zachowuje się zupełnie inaczej. W Pierwszej z nadzieją wyczekiwałam momentu, kiedy BĘDZIE WIDAĆ. Stawałam przed lustrem i wypinałam brzuch, żeby choć przez chwilę poczuć się jak pecet: Prawdziwa Ciężarna. Tym razem jednak żadnego czekania nie było. W momencie, kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście, wyłączyła mi się możliwość wciągnięcia brzucha. Klik - option disabled. Wynik pozytywny równał się pojawieniu się flaczka na podbrzuszu. Od tamtej pory ciągle wyglądałam, jakbym się porządnie najadła. Chwilę przed Bożym Narodzeniem powiedziałam o ciąży szefowi. I znowu jakaś zapadka mi się w głowie zablokowała - klik! w ciągu jednej nocy flaczek zamienił się w sporawą kulkę. Zaczęłam wyglądać, jakbym trochę przytyła. Dziś natomiast bezwzględnie potrzebuję ciuchów ciążowych. To jednak temat na oddzielną notkę pod tytułem Dlaczego trudno znaleźć ładne i dlaczego tak cholernie drogo?
niedziela, 01 stycznia 2012
Krótko i na temat
To będzie ciekawy rok - w lipcu Filippo będzie mieć rodzeństwo. No i tyle w sumie. :)
czwartek, 29 grudnia 2011
Stylista
Wybieramy się do sklepu. Wynoszę do przedpokoju czarne kozaki. Już mam je zakładać… - Mama, bu nie! Filippo biegnie do garderoby. Wraca z… brązowymi kozakami! - Mama, tu bu. Tam bu nie. Mamma jest skonfundowana. - Synku, chciałam założyć czarne. Filippo patrzy na mnie, jakbym nie zrozumiała najprostszej rzeczy pod słońcem. - Tam bu nie. Nie! Tu bu! Uśmiecham się i zakładam buty. Ale nie doceniłam przeciwnika. - Bu nie! Bu nie!!! Nie, nie, nie! – Filippo zawodzi, jakbym popełniała najgorszy błąd świata. Zakładam brązowe. Przeglądam się w lustrze. - Rzeczywiście pasują. Chyba nawet bardziej niż czarne. Kiedy Filippo się urodził, myślałam, że pójdzie drogą Ireneusza Krosnego. Rok temu obawiałam się, że skończy jak Gołota. A dziś jestem pewna, że będzie drugim Jacykowem.
czwartek, 22 grudnia 2011
A to? A to? A to?
Czytamy książeczki. Świnka Olivia, kotek Splotek, królik Hopek, kaczka Dziwaczka – zaliczamy całą dostępną menażerię. I nagle Filippo bierze do ręki… Nie! To nie może być! Ja nie chcę!!! A jednak. Książka, która jest z nami od wielu miesięcy (od ponad roku chyba nawet). Do tej pory nieszkodliwa, od kilku dni jest moim najbardziej znienawidzonym narzędziem tortur. Pierwsze rymowanki są jeszcze do przeżycia. Jeden jeż, dwa niedźwiedzie, trzy tukany… Potem jest coraz gorzej. Bo wiecie, mili Państwo, od kilku dni Filippo ma manię zmuszania mnie do nazywania WSZYSTKIEGO na kartach książek. Pokazuje każdy szczególik i wypytuje: A to? Co więcej, wciągając się w zabawę w Pytającego i Niewolnika (dlaczego ja zawsze muszę grać tą drugą rolę, dlaczego???), w swoim podekscytowaniu zaczyna reduplikować pytanie. Stoi nade mną i nieznoszącym sprzeciwu tonem wykrzykuje: A to? A to? A to? A to? A to? A to? A ja w stresie odpowiadam jak najszybciej, bo się boję, że mi się dziecko zatnie i co wtedy? Będę słyszeć A to? A to? A to? A to? A to? A to? przez trzy dni??? - „Osiem sów bez zbędnych słów robi gimnastykę głów.” I tym oto sposobem na stronie, na której widniała cyfra osiem, zdołaliśmy policzyć 34 sowy.
czwartek, 15 grudnia 2011
Dydyn
Ponad dwa lata temu napisałam na tym blogu, że czekam na pierwsze welarne Robaka. Szybka teleportacja w 2011 – welarne są, ale ja w temacie językowym na nic od dawna nie czekam, bo bym osiwiała porównując dziecko me z tabelkami (a tak siwieję sobie z innych całkiem powodów). Filippo polski język ma generalnie gdzieś. Owszem, robi postępy w naszym narzeczu, ale głównie tworzy swój system językowy – co jest równie, jeśli nie bardziej fascynujące. Słownik mojego dziecka to całkiem pokaźna grupa wyrazów, oscylujących głównie wokół tematów zwierzęcych i jedzeniowych, a ogromna większość z nich to raczej wariacje na temat niż bliscy krewniacy polskich słów. To znaczy, ja twierdzę, że wariacja, a dla Młodego związek jest zapewne oczywisty. Problem pojawia się wtedy, kiedy powinnam rozumieć, a nie rozumiem. Kochani, co się wtedy dzieje... Krzyk przede wszystkim się dzieje i głośne powtarzanie wyrazu, żebyś w końcu matka zro-zu-miaaa-łaaaaa! Przypomina mi się wtedy, jak parę lat temu pomogłam parze Amerykanów na Starym Mieście, kiedy pani w spożywczaku próbowała im GŁOŚ-NO i WY-RAŹ-NIE wytłumaczyć, że karton napoju jabłkowego kosztuje SZSZSZEŚŚŚĆĆĆ ZŁOOO-TYYYCH. SZSZSZEŚŚŚĆĆĆ! Na szczęście jednak głównie rozumiem. Wiem, że bakam to jabłko, pumpum to słoń i już nie mylę brumbrum (samochodów) i bumbum (autobusów), co jeszcze jakieś trzy tygodnie temu sprowadzało gromy nad moją głowę (bo przecież wcześniej wszystkie pojazdy małe i duże były brumbrumami, do jasnej Anielki!). Nawet czasami mogę zrobić za eksperta – na przykład, kiedy Miśku wpada do kuchni z kredką w ręce i rozbieganym wzrokiem, podczas gdy z pokoju Filipa dobiega wycie: - Co to jest gygy? Muszę to narysować Filippowi, ale nie wiem, co to jest! Co to jest gygy??? Żeby nie było – w słowniku Robaka jest też kilka najzupełniej polskich wyrazów. Mama. Tata. Ciocia (od jakiegoś czasu już nie Cioci!). Oraz dwa najnowsze hity – kupa i ogon (ha! głoski welarne jak byk!). O ile kupa to temat przewijający się parę razy dziennie, to ogon pojawił się zupełnie niespodziewanie. Może przyszedł ze żłobka? Nie wiem. W każdym razie teraz ogonów szukamy wszędzie – miaumiau ogon, mu ogon, łał ogon – ale mama ogon nie i ciuciu (pociąg) ogon nie. No właśnie – gramatyka języka filipiego neguje zawsze na końcu, nie deklinuje i nie uznaje czasowników. To sprawia, że konwersacja z Młodym nie zawsze jest łatwym zadaniem: - Tata Ninio be, mama be nie. Mama e-e. Bez kontekstu ani rusz. Czasami w przypływie desperacji prosimy Robaka, żeby powtórzył coś po nas, żeby się może nauczył nowego wyrazu. I co? Dostajemy zawsze tę samą odpowiedź, swoistego „pomidora”: DYDYN. - Synku, przyjeżdża do nas Babcia. - Tata? Oglądamy książkę. Czy mi się wydaje, czy DYDYN nie brzmi trochę jak ODWAL SIĘ? |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu też czasami coś wypocę
Dzieciowisko
Ładne rzeczy
Miszmasz
Tu i tam
|