Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

Idzie nowe czyli początek metamorfozy pokoju chłopców

fiona_apple

Pokj_dziecicy_2016_00

Jak to jest, że niektóre zjawiska i procesy pędzą na łeb, na szyję, podczas gdy inne ciągną się jak flaki z olejem? I dlaczego tempo jest zazwyczaj nieadekwatne do tego, jakie by nam pasowało?

Dajmy na to ostatnie parę tygodni. Pogoda zrobiła się piękna, w sam raz na leniwe rozkoszowanie się wiosną przechodzącą w lato. A tu moja rzeczywistość pędzi tak, że ledwie wyrabiam na zakrętach. Ojciec Rodziny jak nie wyjęty z życia na jakiejś Anakondzie czy innym Boa Dusicielu, co to go porywa na kilkunastogodzinne zmiany bez weekendów przed dwa i pół tygodnia ciurkiem, to na wyjazdach służbowych (dziś na przykład wylądował w Brukseli). I nie ma, że nóżka za nóżką, że slow life, nie w Warszawie przynajmniej. Fuckin’ fast life w tej stolycy, ja Wam powiem. Z drugiej strony, jak się w końcu wszystko zgrało z pomysłem na remont pokoju chłopców, jest pomysł, jest kasa, jest plan, to wiecznie coś wchodzi z drogę i robimy to w tempie żółwia.

A nie można by tak żyć spokojnie, a remonty odfajkowywać na szybko? No widocznie nie można.

Pokój chłopców wymagał zmian przede wszystkim ze względu na fizjologię – rosną nam Potwory, nogi coraz dłuższe, a łóżka nie chcą się rozciągnąć, ni chu chu. A poza tym, panie święty, jak tam już było brudno! Ściany, pomalowane na biało w 2013 roku, tej zimy uwydatniły aktualny odcień szarobeżu po wybuchu bomby atomowej. Zmywalną farbę kupić, mówili. No powiem Wam, że jakbym miała zmywać każdy ślad po zabawkach, ubraniach, brudnych stopach, jedzeniu, piciu, kredkach, mazakach, pastelach, farbach, kleju i bogowie wiedzą czym jeszcze, to nie ma bata, w pokoju Potworów miałabym już pewnie gołe cegłówki. Chociaż bardzo modne są teraz… Może trzeba było robić konsekwentnie te przecierki?

Oczywiście nie było tak, że pokój pierwotnie przeznaczony dla Filipa (ach, wciąż uwielbiam te zdjęcia z 2012 roku!) w ogóle nie ewoluował. Kiedy Borys miał rok, dołączył do brata i musieliśmy poprzestawiać parę mebli, ale nie była to rewolucja. Przez ostatnie trzy lata pokój chłopców wyglądał jak na tych zdjęciach – znajdź pięć różnic między tą a pierwotną wersją i wyślij smsa na numer 12345 o treści ŁADNIE_TU za milion monet polskich.

Pokj_dziecicy_2016_01

Pokj_dziecicy_2016_02

Pokj_dziecicy_2016_03

Pokj_dziecicy_2016_04

Pokj_dziecicy_2016_05

Pokj_dziecicy_2016_06

Kiedy jednak udało się nam trochę znaleźć i zamówić łóżko piętrowe zaprojektowane jakby w odpowiedzi na nasz specyficzny zestaw potrzeb, trzeba było malować te uwalone ściany (nic że po nocach) i nie ma już odwrotu.

A co zmieniamy?

KOLORY

Przede wszystkim neutralizujemy paletę kolorów. Do tej pory pokój był feerią barw, która bardzo mi się podoba, ale czas na zmiany - stonowanie odcieni będzie odzwierciedleniem dojrzewania maluchów. Nie oznacza to, że zrobię z pokoju skandynawski minimalizm, nie mam aż takiej samodyscypliny, ale większość elementów zamkniemy w bieli, czerni i odcieniach szarości. Na ten moment ostają się kolorowe pasy na ścianie – będę sprawdzać, czy zdadzą egzamin jako przeciwwaga i tło dla stonowanych odcieni. Rzecz jasna zostaje też naklejka, bo ja ją wciąż absolutnie LOVE.

ŁÓŻKO

Filip bardzo chciał spać na łóżku piętrowym. Myśleliśmy o tym, żeby kupić antresolę z materacem i wstawić pod spód łóżeczko Borysa pod kątem 90 stopni. Przymierzaliśmy się do tego jak pies do jeża. Aż kiedyś zupełnie przypadkiem natknęłam się w internecie na stronę firmy Interbeds i zachwycił mnie ten model trzyosobowy. Dolne łóżko ma szerokość 120 cm - idealne na podsypianie z młodszym dzieckiem. Górne zaś ma 80 cm, czyli jest węższe niż standard, ale jeśli Filipowski pozostanie takim szczuplakiem jak teraz, mam z głowy wymianę łóżka z powodu gabarytów aż do jego wyprowadzki z domu. Na dodatek zupełnie przypadkowo zagłówek łóżka idealnie mieści się nam pod parapet. To przeznaczenie!

Nowością i jednocześnie błogosławieństwem jest dla nas skrzynia na pościel - pa, pa, kołdry wiecznie na wierzchu! Dodatkowo schody na górne łóżko skrywają szuflady, które są idealnym miejscem do przechowywania klocków i resoraków. Minus łóżka MAX 3? Ma w zestawie słabe piankowe materace, których nie można podmienić na lepsze za dopłatą jak w przypadku innych łóżek tej firmy ze względu na niestandardowe wymiary. Pomogło Allegro – wymieniliśmy materace na porządne modele sprężynowe z matą kokosową. Koniec końców było to dość kosztowne rozwiązanie, co również plusem nie jest.

Kupiliśmy też grube prześcieradła z gumką w odcieniach szarości i jak na razie tak wygląda łóżko w ciągu dnia. W planie jest kupno ozdobnych poduszek z graficznymi wzorami w czerni i bieli. A znacie może jakieś miejsca w sieci lub poza nią, gdzie kupię pościele w graficzne wzory bez tęczowych kolorów, z cenami, które mnie nie zrujnują? Ja oprócz IKEA lubię H&M HOME, natomiast w innych miejscach trafiam na ceny zaporowe.

KĄCIK DO NAUKI

Filip nie ma biurka. Kończy pierwszą klasę i nie ma biurka. No patrzcie, przyznałam się i jeszcze we mnie piorun nie strzelił. A dlaczego nie ma? Jakoś tak wyszło. Ale będzie miał, pewnie na początek wakacji... ("Przez tłum, do którego szybko doszedł absurd tej sytuacji, przeszedł szmer dezaprobaty.") Aaaaaanyways, nie możemy się zdecydować. Najchętniej kupilibyśmy biurko w stylu skandynawskim (a jednak!), natomiast one są zazwyczaj dość spore, a dla nas idealne byłoby takie o szerokości 100 cm, maksymalnie 110 cm. W innym wypadku szuflada na pościel będzie się wysuwać jedynie symbolicznie, co zmniejszy jej błogosławieńczość. Tak, wiem - nie ma takiego słowa. Dodam jeszcze, że mam wątpliwości, czy biurko skandynawskie, jakiekolwiek byśmy nie wybrali, w swojej lekkości będzie pasować do masywnej bryły łóżka. Owszem, szukam dziury w całym. Miśku mi już powiedział.

W każdym razie przynajmniej z krzesłem do biurka łatwiej – prawie na pewno będzie to Casper firmy Kinnarps. Tylko trzeba na Puławską dojechać. Pół świata od nas. To wyzwanie. 

OŚWIETLENIE

Zielona lampka nie będzie nam do niczego pasować, więc przenosi się do lepszego świata. Bye, bye, baby. Na biurku wyląduje lampka przegubowa, która będzie źródłem światła na wieczorne czytanki i dodatkowo u wezgłowia górnego łóżka jakaś lampka punktowa z elastycznym wysięgnikiem dla Filipa, obie czarne albo ciemnoszare. Pewnie przydałoby się jeszcze jakieś przytłumione źródło miękkiego, nastrojowego światła na noc, ale muszę się zastanowić, co wybrać. W porywie zafiksowania na detalach kupiliśmy też nowe kable do lampy sufitowej – w oplocie czarno-białym. Pisałam, że nie mamy remontowo-dizajnerskiej samodyscypliny? Hmmm, sama powoli zdaję sobie sprawę, że może mamy. 

KOMODA

Fronty będą przemalowane na szaro, zmienimy też uchwyty. 

FOTEL

Znika. Nie będzie pasował kolorystycznie i w ogóle nie będzie na niego miejsca. Trudna to była decyzja, bo lubiłam na nim czytać chłopakom, ale oni sami traktowali fotel li i jedynie jako powierzchnię do układania stosów książek, posypywania ich klockami lego i przykrywania ubraniami. Tak że tak – książki czytam wyciągając się wygodnie na łóżku chłopców, z Borysem wtulonym w mój bok. Nie jest źle. 

DYWAN

Wymieniony już zimą, bo stary był uwalony na maksa. Uświniony. Ten ze zdjęć to rozwiązanie tymczasowe, jeden z najtańszych modeli z IKEA, kosztował bodajże 60 PLN. Szukam alternatywy na stałe, ale chyba poczekam, aż pojawi się biurko i będzie łatwiej zdecydować, jakie proporcje dywanu będą nam najlepiej pasować.

ROLETA

Zakupiona nowa, jednolicie szara, wytłumiająca światło. 

OZDOBY NA ŚCIANĘ

Będę robić sama (cytaty z Potworów!) albo ściągać z internetu darmowe grafiki. Na razie kupuję ramki w różnych rozmiarach, kiedy tylko natrafię na ciekawe za dobrą cenę. Na ścianie z pasami zostaje plakat z Układem Słonecznym, bo Filip nie chce słyszeć o jego usunięciu. Żeby nie było, że z szaleństwem w oczach wywalam za okno rzeczy, do których moje dzieci są przywiązane. #disclaimer

BIBLIOTECZKA

No więc ten, za mała jest - ma tylko 150 cm wysokości. Marzy mi się jakiś dizajnerski regał o wysokości około dwóch metrów, a może nawet coś pod wymiar przykręconego do ściany, ale coś mi się zdaje, że po reszcie zakupów zostanie mi środków jedynie na ikeowskiego Billy'ego. Muszę w Totka zagrać na ten cel. Albo nerkę sprzedać.

Urodziny na świeżym powietrzu czyli kinderbal wyjątkowy i niskobudżetowy

fiona_apple

Urodziny_2016_001

W mojej rodzinie nigdy nie było wielkiej tradycji celebrowania urodzin. Wiadomo – upominek, całuski, ulubione ciasto. A ja zazdrościłam wszystkim koleżankom i kolegom, do których zjeżdżały się rodziny na uroczyste obiady, marzyłam o dmuchaniu świeczek z klasycznego wielopoziomowego tortu z kremem przez tłumem ludzi. I nigdy, przenigdy nie chodziło o prezenty – chciałam tylko przez cały jeden dzień w roku być koronowaną głową.

Odbijam sobie teraz przy dzieciach. Każdy z Potworów ma co roku swoją imprezę, w czasie której nie może być wątpliwości, kto jest najważniejszy. Nic się wtedy nie liczy, nie ma ograniczeń wyobraźni ani kosztów. Hulaj dusza, piekła nie ma, kredyt urodzinowy spłaci się później.

Hahahahahaha! Hahaha! Ha!

No właśnie.

Chyba się domyśliliście, że wygląda to nieco inaczej.

Co roku dokładam starań, aby dzieciaki miały fajne wspomnienia ze swoich urodzin, to fakt. Ale moja i ich wyobraźnia jest siłą rzeczy ograniczona przez koszty, bo nie przyjmuję do wiadomości, aby kinderbal mógł stanowić pozycję wywalającą domowy budżet w kosmos.

Kiedyś zakładałam, że Potwory będą świętować w modnych hipsterkich kawiarniach. Przeszło mi, kiedy dostałam wycenę kinderbalu z jakimiś warsztatami dla dziesiątki dzieci w wysokości 1400 złotych bez tortu. Tak jakby kapcie mi spadły. Po pierwsze i najważniejsze dlatego że najzwyczajniej w świecie nie mam takiego budżetu na uroczystość urodzinową dla dziecka, a w drugiej kolejności z powodu przekonania, że wyjątkowe urodziny nie muszą być drogie.

Jak starzy Górole pamiętają, zaczynaliśmy w domu. Bardzo dobrze to wspominam, nie ucierpiało ani mieszkanie, ani żadna istota żywa. Powtórzyliśmy to kilka razy. Potem jednak ewoluowały imprezy urodzinowe znajomych, głównie w kierunku sal zabaw i moje dzieciaki zamarzyły, żeby mieć tak samo – z kulkami, trampolinami, potem na plecach.

Super – tyle tylko że te wszystkie imprezy są takie same! Jak przez kalkę. Sama nie pamiętam, który kolega miał urodziny gdzie, bo małpie gaje są wszędzie podobne. I dodatkowo dla mnie wciąż drogie w stosunku do tego, co otrzymujesz.

Nie, nie zdecydowałam od razu, że pójdę w zaparte i moje dzieci NIGDY PRZENIGDY nie będą mieć urodzin w kulkowni. Jeśli będą bardzo chciały, to pewnie, da się zrobić. Ja postanowiłam pogłówkować i zaproponować im coś ciekawszego. Kiedy usłyszały, co wymyśliłam, sala zabaw nie była już opcją.

Zawsze podobał mi się pomysł blogerki Joanny Goddard z Nowego Jorku, aby z urodziny synów celebrować w sposób niezobowiązujący i nienadęty, trochę od niechcenia – w parku, bez animatorów, ale za to z mnóstwem przestrzeni do tego, co dzieli lubią robić najbardziej, czyli do biegania. W zeszłym roku postanowiłam więc zorganizować urodziny moich chłopaków na świeżym powietrzu.

U nas wiosna dopiero się rozkręca (powoooliiiii…), potem będzie lato, a i jesień nas ostatnio rozpieszcza pogodą, więc może też spróbujecie?

Urodziny_2016_08

BORYS
CZERWIEC – PIKNIK W PARKU

Jeśli ktoś ma ogród, pewnie w tej chwili puka się w czoło, dziwiąc się, jak mogę uważać ten pomysł za odkrywczy. Miałam więc napisać, że kieruję ten post do ludzi, którzy podobnie jak ja, mają do dyspozycji około 10 metrów kwadratowych balkonu (albo mniej). Jednak myślę sobie, że każdy dzieciak z entuzjazmem przyjmie pomysł pikniku z kolegami, chociażby miał na co dzień do dyspozycji hektary ogrodu.

Najważniejszy jest wybór miejsca. My postawiliśmy na warszawski Park Księcia Janusza przy Lasku na Kole. Są tam duże połacie zieleni wokół dużego placu zabaw, więc mogliśmy się rozłożyć w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Odległość od ruchu ulicznego jest spora, więc kiedy maluchy spędzały czas na placu, nieliczne starszaki mogły bezpiecznie szaleć na rowerach.

 Urodziny_2016_031

Na zaproszeniach napisaliśmy prośbę do gości o wzięcie ze sobą koców piknikowych, więc nie musieliśmy się martwić o ich wystarczającą liczbę. Marcin skołował europaletę, którą obiliśmy starym kocem i voilà! Stolik na przekąski był gotowy. W menu mieliśmy chrupki, słone przekąski, owoce i słupki warzywne z dipem. Zamiast tortu, zwyczajowo góra muffinów – wygrywają tym, że nie trzeba ich kroić, tylko w pół sekundy chwycić w łapkę. A park ma to do siebie, że nikt nie martwi się o okruchy.

Wszyscy byli zachwyceni  imprezą – dzieciaki przestrzenią, rodzice prostotą pomysłu jako takiego. A my, kiedy pożegnaliśmy maluchy, w półtorej godziny zmontowaliśmy drugą rundę dla rodziny. Cofnęliśmy się bliżej zarośli i wyjęliśmy przenośnego grilla. Tutaj był już „prawdziwy” tort (wegański z kremem czekoladowym ze zdjęcia na górze) i obiad (mięcho, sałatki, przekąski – wszystko czekało w lodówce w domu, Marcin przywiózł jednym transportem). Pod koniec dnia padaliśmy na pyski, ale jak inaczej zdobyć certyfikat piknikowego eksperta, no jak?

Urodziny_2016_041

FILIP
WRZESIEŃ – LEŚNA POLANA

Z Filipem sprawa nie jest łatwa, bo to urodzinowy stary wyga, więc negocjacje są trudniejsze. Pomysł musi mieć gwarantowany efekt WOW!, inaczej z przekonania jubilata nici.

Od początku chciałam zorganizować urodziny Filipa w Kampinosie, na polanie przy Dyrekcji Kampinoskiego Parku Narodowego w Izabelinie. Lubimy tam jeździć na spacery po lesie. Polana ma podstawową infrastrukturę – zadaszone ławy do posiłków, miejsce na ognisko, toi toie, plac zabaw, a obok budynku Dyrekcji znajduje się również karczma Gospoda Kampinówka (pewnie mogliby dostarczyć tort, chociaż nie sprawdzałam).

Głównym punktem programu miał być spacer z harcerzem, rozpoznawanie drzew, mech po północnej stronie pnia i takie tam. Umówiliśmy się z pewnym drużynowym, ale na tydzień przed imprezą coś mu wypadło. Na chwilę wpadliśmy w panikę, ale bardzo szybko stwierdziliśmy, że można przecież zadzwonić do Dyrekcji KPN i zapytać, czy nie mogą pomóc w zorganizowaniu spotkania z pracownikiem parku. To był strzał w dziesiątkę!

Pan, którego nam polecono, pojawił się ze skórami zwierząt, piórami, rogami i opowiadał niezwykłe historie. A kiedy dzieci się rozbiegły, miał drugi zestaw ciekawych opowieści dla rodziców (o mechanizmie powstawania wydm i dywagacjach, czy w PRLu w Parku umiejscowione były głowice nuklearne).

Urodziny_2016_051

Urodziny_2016_061

Urodziny_2016_071

Ważne do zapamiętania – na polanie znajduje się jedno palenisko, które rezerwuje się w Dyrekcji KPN za opłatą. My o tym nie wiedzieliśmy (wydawało się nam, że wystarczy przyjechać dość wcześnie i miejsce jest nasze), dowiedzieliśmy się dopiero szukając kontaktu do pracownika Parku. W naszym terminie palenisko było niestety zajęte, więc przywieźliśmy grilla, ale warto pamiętać o tym ograniczeniu.

I jedna, i druga impreza mają to do siebie, że trudno się o nich rozpisywać. Ot, kawałek przestrzeni, dzieci na wolnym wybiegu, najprostsze przekąski. Nic odkrywczego, koszty niskie, a wciąż słyszymy od znajomych i ich dzieciaków, że urodziny Borysa i Filipa były niesamowite. Potwory zresztą też nie chcą słyszeć o kulkowniach - Borys pyta, kiedy będą jego urodziny "w pajku", a Filipowskiemu marzy się zaordynowanie transportu rowerów przez wszystkich gości i wspólny rajd leśną trasą. Sama mam nowe pomysły - może plaża nad Wisłą? albo w ogóle wyjazd dalej poza Warszawę? Gdybym tak namówiła znajomych rodziców...?

Jedyne ryzyko to pogoda. Można wylądować we własnym salonie z dziesiątką wkurzonych, rozczarowanych kilkulatków. Ale jak to mówią? No risk, no fun?

No to kto się pisze?

O samodzielności

fiona_apple

Samodzielno_1

Borys miał wczoraj nieprzyjemny wypadek. Na placu zabaw pod blokiem stanął w zbyt bliskiej odległości od huśtawki i ta uderzyła go w głowę. Na szczęście chwilę wcześniej zszedł z rowerka i miał kask, więc nic poważnego się nie stało. Niemniej jednak wyleciał do tyłu jak z procy. Podobno.

Dobrze widzicie. PODOBNO. Bo ja wtedy byłam w domu, na trzecim piętrze.

O wszystkim dowiedziałam się, kiedy koleżanka z sąsiedniej klatki przyprowadziła Borysowskiego do mieszkania. Już nie płakał, tylko pociągał nosem. Opowiedział o zdarzeniu lekko zawodzącym głosem, poprzytulaliśmy się przez 10 minut na ławce na balkonie, po czym kategorycznie zażądał ponownego wypuszczenia na podwórko. Pojechał i znowu byli z Filipem ostatnimi do ściągnięcia do domu po zmroku.

No big deal? A może jednak jakiś deal jest?

Wypuszczam swoich synów (lat sześć i pół oraz trzy i trzy czwarte) samych na podwórko. Mamy to szczęście, że rzeczone podwórko to wielka studnia, na którą mamy widok z balkonu, wokół której biegnie uliczka wewnętrzna. Teren jest zamknięty, samochody są wpuszczane sporadycznie. Jak tylko pogoda osiągnie poziom „do przeżycia”, podwórko się zaludnia – maluchy hasają po placu zabaw, rodzice gadają, starszaki urządzają wyścigi rowerowe albo jakieś grupowe akcje. Kiedy czytam, że dzieciaki siedzą po domach, nie mogę uwierzyć, bo u nas przy najlepszej pogodzie jest dość tłoczno.

 Samodzielno_21

Filip zaczął wychodzić sam na podwórko, kiedy nie miał jeszcze czterech lat, Borys tak samo. Tyle, żeby dziecko potrafiło samo zjechać windą i otworzyć sobie drzwi na dole.

Na początku wypuszczanie dziecka na dwór automatycznie oznaczało jednego z nas na balkonie – żeby obserwować i reagować. I jechać na dół wpuścić Potwora do domu na siku, bo czterolatek nie dosięga u nas jeszcze do domofonu, żeby wpisać numer mieszkania. Potem dzieć uczył się prosić znajomego rodzica, żeby zadzwonił domofonem, potem rósł i sam dosięgał, potem uczył się kodu na pamięć. Rodzic z kolei przestawał gapić się na dzieciaki non-stop-kolor, zaczynał spokojnie czytać na balkonie gazetę, a potem w ogóle znikał w domu. Aż w końcu powtórka z rozrywki, bo kolejny potomek zaczyna samodzielną eksplorację podwórka.

A wszystko to przy akompaniamencie dochodzących z dołu „Mamo, pić!”, „Tato, co na obiad?” „Mamo, zrobiłem dziurę w spodniach!”, „Tato, jeszcze 5 minut!”. Wszystkie dzieciaki tak samo stają pod swoimi balkonami i wrzeszczą. Dokładnie jak w PRLu.

„Jakie samodzielne dzieciaki masz!” słyszę potem. Przyjemnie mi, bo zawsze fajnie jest coś miłego o dziecku usłyszeć. Szczególnie że na tą samodzielność pracowaliśmy razem – ja, Marcin i obu naszych synów – więc część tego komplementu dociera do moich uszu jako „Good job, Mamma!”.

Zdarza mi się usłyszeć, że mam szczęście, że dzieci takie niebojaźliwe, więc jest mi łatwo. Owszem, jest to prawda, bo charakteru ani osobowości dziecka nie da się mocno nagiąć. Ale jest też druga strona medalu – wzrost samodzielności dziecka to również proces wyswabadzania się, w którym rodzic ma rolę poluzowującego smycz (znowu psia metafora…), z czym wielu matek i ojców średnio sobie radzi. Bo o ile nagroda w postaci zaradności dziecka jest kusząca, trudno nam pogodzić się z kosztami – z własnym lękiem, pesymistycznymi scenariuszami i nieuchronnością błędów i wypadków.

No właśnie – wypadków. Przyzwolenie na nie to chyba największy problem (z lękiem można sobie poradzić melisą, winem albo Prozakiem). Boimy się przekroczyć granicę między zaufaniem a lekkomyślnością. Granicę, która tak naprawdę… nie istnieje! OK, gdybym zapakowała dziś Filipowi plecak i wysłała w samodzielną podróż pociągiem 250 kilometrów z przesiadką do Babci Ani, to chyba byłaby nieprzemyślana (jeśli nie z deczka szalona) decyzja… Ale znacie mnie dobrze i wiecie, że odnoszę się tutaj do przykładów, którym bliżej do przeciętnej rzeczywistości niż totalnego wariactwa.

O co mi więc chodzi z tą nieistniejącą granicą między zaufaniem a lekkomyślnością?

Szkoła Filipa znajduje się przy wąskiej uliczce, przy której jest bardzo trudno zaparkować. Z tego powodu zatrzymujemy się między blokami jakieś 80 metrów od wejścia. Filip wyskakuje, kluczy między budynkami i przechodzi przez ulicę. Kiedy przestałam odprowadzać go do szatni w październiku, czekałam z miejscu, z którego widziałam przejście, żeby się upewnić, czy przechodzi zgodnie zasadami, których się uczyliśmy. Po miesiącu sam kazał mi przestać, więc on wychodzi, a ja odjeżdżam. Ufam. Ale jeśli coś by się stało (tfffu! tfffu! odpukać!), z miejsca stałabym się rodzicem bez wyobraźni.

Filip sam chodzi do osiedlowych sklepów. Nic się nie dzieje? Mądrze rozwijamy zaradność. Gdyby się przewrócił, skacząc po chodniku i skręcił kostkę? Nieodpowiedzialni rodzice. Pozwalam Filipowi kroić warzywa ostrym nożem? Uczymy życia, przecież tępym nie pokroi! Wielka krwawiąca rana z palca? Bezmyślna matka. Borys wychodzi na podwórko sam bawić się z kolegami albo towarzystwie brata? Ależ niezwykle samodzielny! Dostanie huśtawką w głowę? Gdzie byli bezmyślni rodzice???

You get it, dude?

Owszem, przyzwolenie na wypadki jest trudne i nawet nie potrafię wytłumaczyć, skąd mam go tyle, ile mam (czyli sporo – zresztą pokazane na przykład w tym wiekowym wpisie i tym jeszcze starszym), to cecha osobowa. I nie chodzi o to, że się nie martwię, bo się martwię, ale wypadki i niepomyślności losu nigdy nie są dla mnie powodem, aby przestać dawać dzieciom coraz więcej samodzielności.

Z drugiej strony nie namawiam tutaj, żebyśmy od razu wypuścili wszystkich trzylatków jutro na podwórka, jak Polska długa i szeroka, a wszystkich sześciolatków tramwajami do szkół od poniedziałku. Chociaż może… Gdyby tak… Ech…

Wrrróć!

Chodzi mi o to, żebyśmy pamiętali, iż w bardzo wielu przypadkach jesteśmy hamulcowymi naszych dzieci. Bo się boimy. Bo znamy konsekwencje działań (i ten jeden promil wypadków śmiertelnych od samodzielnego schodzenie z konika bujanego…). Bo jest nam wygodniej. Bo szybciej (zmiana butów na kapcie w przedszkolu – ja wciąż robię to jakieś 80 razy sprawniej od Borysa i jak on się z tym męczy, zawsze widzę przez oczami te dwie minuty, które mogłabym poświęcić w robocie na kawę…). Bo chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Bo boimy się wyjść z naszej własnej strefy komfortu.

Nie bądźmy hamulcowymi. Pozwólmy dzieciakom na więcej – o krok więcej we wszystkim. A jak to się uda to o dwa kroki. I jeszcze kolejne dwa.

Jestem pewna, że one nas zaskoczą tym, że potrafią i dają radę.

A że czasem nabiją sobie guza? No cóż, tak powstają najlepsze historie z dzieciństwa. Bo czy słyszeliście kiedykolwiek kogoś chwalącego się, jakie ma fajne wspomnienia z tego, że mama mu na coś nie pozwalała?

Samodzielno_3

Ciastka kruche Babci Ani dla alergika - bez jaja i mleka

fiona_apple

Ciastka_kruche_00

- Tak sobie pomyślałam... - zagaiła moja Mama w piątkowe popołudnie. - Borys może jeść smalec, prawda?
- To świnka, więc może - odpowiedziałam.
- A jakbyśmy tak zrobiły ciasto kruche na smalcu z proporcji mojego najulubieńszego przepisu? I pominęły jaja? Może wyszłyby z tego sensowne ciastka dla Borysa? A jak nie, to się wszystko wyrzuci do kosza, a ty jutro ukręcisz te swoje muffinki.
- No to róbmy! Gdzie jest stolnica?
- Chwileczkę. Będziemy piec wieczorem. I to JA będę zagniatać. Ty możesz co najwyżej dolewać olej.

I tak się właśnie stało.

Ciastka wyszły bardzo delikatne i kruche, nie było mowy o żadnym wyrzucaniu. Zresztą sami spróbujcie. Polecam!

CIASTKA KRUCHE BABCI ANI DLA ALERGIKA

  • 200 g jasnej mąki pszennej
  • 100 g mąki kukurydzianej
  • 125 g smalcu
  • czubata łyżka cukru waniliowego
  • pół szklanki cukru pudru
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • ok. 4 łyżki oleju roślinnego (więcej, jeśli ciasto nie chce się połączyć)

Mąki wymieszać z cukrem i proszkiem do pieczenia. Dodać smalec, posiekać go z mąką. Zagnieść ciasto, dolewając olej w takiej ilości, żeby miało konsystencję plasteliny. Rozwałkować na grubość ok. 0,5 cm. Wykrawać ciastka i piec na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w temperaturze 180 stopni (u nas termoobieg) przez ok. 15 minut lub do zrumienienia. Odłożyć do ostygnięcia na kratkę.

Ciastka_kruche_01
Ciastka_kruche_022
Ciastka_kruche_031
Ciastka_kruche_042
Ciastka_kruche_052

Ciastka_kruche_061

Ciastka_kruche_07

Ciastka_kruche_08

Ciastka_kruche_09
Ciastka_kruche_101
Ciastka_kruche_111

Borys pomagał Babci wykrawać ciastka. Foremki były metalowe, widocznie leciwe. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po włożeniu pierwszej porcji ciastek do piekarnika, moja Mama wyjęła pudełko na foremki - stare radzieckie opakowanie z lat osiemdziesiątych. Ech, jakie cuda można znaleźć w spiżarni mojego rodzinnego domu, jakie cuda... 

Ciastka_kruche_12

Ciastka_kruche_13

Ciastka_kruche_141

O dzietnych, bezdzietnych, świętych krowach i Rowie Mariańskim

fiona_apple

W_kawiarni

Pod koniec zeszłego tygodnia moja fejsbukowa tablica zaroiła się od komentarzy znajomych na temat tekstu na blogu Krytyka Kulinarna pod wiele mówiącym tytułem „Twoje dziecko nie jest świętą krową i ty też nią nie bądź!”. Notka traktuje o odpowiedzialności rodzica za zachowanie dziecka w restauracji, gorąco polecam przeczytanie.

Rozkład komentarzy moich znajomych był klasyczny – bezdzietni zdecydowanie zgadzali się z autorką tekstu, dzietni w dużej mierze też, ale były też głosy o przewrażliwieniu, chęci zamykania rodziców z dziećmi w domach na kłódkę i święte oburzenie, że bezdzietna się wypowiada i na dodatek porównuje wychowywanie dzieci do posiadania psów. Escandalo! Na szafot z nią!

Rzut oka na dyskusje pod samym artykułem i na profilu fejsbukowym Krytyki Kulinarnej pozwolił znaleźć mniej więcej taki sam ton uwag. I właśnie to kwestie z komentarzy, a nie samo clou artykułu uderzyły mnie najbardziej.

Odmawianie osobom bezdzietnym prawa do opisywania obserwacji stosunków rodzic-dziecko ze swojej perspektywy uważam za bardzo zubażające dla grupy dzietnych z kilku powodów. Przede wszystkim spojrzenie bezdzietnego, jeśli nie jest oparte na uprzedzeniu, może być odświeżające i prowadzić rodzica do ciekawych wniosków. Nie oznacza to bynajmniej akceptacji każdej uwagi ani nawet wymuszenia na sobie otwartości na każdy rodzaj komentarza. Prawo do stawiania granic mamy zawsze, a jak bullshit, to bullshit – tylko bardzo proszę, nie opierajmy wniosku o poziomie bullshitu li i jedynie na fakcie bezdzietności! To tak jakbyśmy odbierali prawo do komentowania sposobu prowadzenia aut przez kierowców osobom bez prawa jazdy jedynie na podstawie faktu braku tego dokumentu. „Co ty możesz wiedzieć o jeżdżeniu 150 kilomentów na godzinę po mieście, skoro nie masz prawka?”

To też podstawa innego argumentu – wydzielanie osób bez dzieci z dyskusji o rodzicielstwie pogłebia Rów Mariański niezrozumienia pomiędzy nami, tworzy grupy „my” i „oni”. A przecież wszyscy jesteśmy częścią społeczeństwa, które dla zdrowia wewnętrznego powinno pielęgnować siatki relacji między grupami o jak najbardziej różnorodnym statucie, statusie i wieku. Dodatkowo, jeśli pozwolimy sobie na bezrefleksyjne deprecjonowanie głosu bezdzietnych w sprawie rodzicielstwa, zupełnie naturalnie powinniśmy przyjąć hierarchię wagi głosu tak zwanych dzietnych. Skoro zero dzieci to niewiedza, a jedno dziecko to już wstępna przynależność do grupy oświeconej, zakładam, że dwójka dzieci to poziom średnio zaawansowany, trójka wysoko zaawansowany, czwórka to poziom ekspert, piątka ekspert habilitowany i tak dalej... I żeby żaden rodzic jedynaka nie ważył się opowiadać o tym, czego doświadczył, matce czwórki albo piątki, bo przecież co on tam wie!

Głupota? No właśnie. A jaka logiczna.

Ale po cholerę mi słuchać tych leszczy, oburzą się niektórzy, skoro sam też doświadczenie bezdzietności mam i to wcale świeże, najstarsza latorośl tylko ma tylko kilka latek... Ech, zastanów się więc, czy naprawdę wiesz jeszcze, jak to jest żyć bez dzieci? Że to czujesz? Że potrafisz przywołać namacalne wspomnienie? Jeśli jakimś cudem tak, to gratuluję, bo dla mnie rodzicielstwo to doświadczenie tak wielkie, tak całościowe i tak pochłaniające, że życie bez dzieci dziś to dla mnie tylko nostalgiczna reminiscencja, wspomnienie-widmo. Czasami mi sie wydaje, że potrafię coś ocenić omijając pryzmat porodów i następujacych po nich roztkliwień nad małym istotami, wyzwań wychowawczych z ostatnich lat i szału burz emocjonalnych z tym wszystkim związanych. Ale potem widzę, że to jednak niemożliwe. Z drugiej strony trzeźwe spojrzenie bezdzietnego oferuje świeżą perspektywę, chociażby na chwilę.

No ale czasami zdarzy się, że taki bezdzietny powie coś, co może być dla ciebie nieakceptowalne. „Nie mam dzieci, ale mam psy i za ich zachowanie w miejscach publicznych jestem tak samo odpowiedzialna, jak ty za zachowanie swojego dziecka.” napisała autorka artykułu. I otworzyły się bramy piekieł. Że jak można, że porównywanie dzieci do zwierząt, w ogóle atak na świętość! Po niektórych komentarzach można by wnioskować, że autorka postuluje zakładanie dzieciom zmyczy i kagańców oraz dawanie w restauracjach miski pod stołem. A wystarczyło bez zacietrzewienia przeczytać kolejne zdania, w tym: „Nie oburzaj się o ten przykład, bo jest całkiem trafiony. Chodzi o odpowiedzialność.”

Muszę przyznać, że porównanie opieki nad dziećmi do opieki nad zwierzętami we mnie osobiście nie dotyka żadnej czułej struny. Po pierwsze dlatego, że z mojego dosiadczenia wynika, iż zachowanie maluchów to całe zoo, w zależności od pory dnia, roku, poziomu najedzenia, ilości snu i układu planet we wszechświecie. A po drugie, trochę bardziej na poważnie, dlatego że moje rodzicielstwo okrzepło i trudniej mnie dotknąć w tym obszarze. Owszem, miałam w swoim życiu okres, kiedy każda niepochlebna uwaga osoby bezdzietnej o rodzicielstwie była przyjmowana jako szczególnie kąśliwa i na dodatek niemądra – bo co tam można wiedzieć o dzieciach, nie mając ich! Dziś doceniam, że bezdzietni może czasem nie wiedzą, ale widzą. I tak postrzegam tę analogię – autorka wybrała najbliższe sobie doświadczenie, aby opisać coś, co zauważa. Nie zżymajmy się więc, ale spójrzmy na siebie krytycznym okiem.

Tym samym wracam do głównego tematu tekstu czyli do szeroko pojętego ogarniania dzieci w restauracjach, a przy okazji innych miejscach publicznych - i według mnie jest to jeden z najlepszych tekstów, jakie na ten temat czytałam.

Tak, moje dzieci to moja odpowiedzialność. Nie, nie wyobrażam sobie nie zwrócić uwagi swojemu potomkowi, który narusza spokój innych ludzi. Nie, nie oczekuję, że od razu zareaguje jak wytresowany (nomen omen) piesek, natomiast ja muszę być elastyczna i wiedzieć, kiedy kontynuujemy, a kiedy zmywamy się do domu w trybie natychmiastowym, biorąc jedzenie na wynos. Tak, staram się wybierać miejsca przyjazne dzieciom, bo ogranicza to stresy przy posiłku.

A czy jestem czysta jak łza? Nie bardzo. Zdarzało mi się wpaść w zmęczeniowy stupor w kawiarni, kiedy chłopcy byli mniejsi i nie dosypiałam, po czym ocknąć się i zdać sobie sprawę, że dziecko mi się drze jak opętane, a inni klienci się rozglądają, gdzie jest wyrodny rodzic. Zdarzało mi się zagadać z koleżanką, której nie widziałam wieki, podczas gdy nasze dzieci wcierały makaron w restauracyjne krzesła. Ba, pamiętam jeden przypadek, że obsługa zwróciła mi uwagę, że dziecko biega między kelnerami roznoszącymi gorącą zupę i jest to niebezpieczne.

I co wtedy? Czy wdawałam się w dyskusję? Czy tłumaczyłam, że gorszy dzień, że to tylko maluch, żeby dać nam żyć?

Po pierwsze i najważniejsze - przepraszałam. To nic trudnego (nawet w sytuacjach o wiele bardziej kontrowersyjnych). A potem po prostu ogarniałam sytuację. Działałam.

Dla mnie reagowanie i wskazywanie dzieciom tego, jak należy się zachowywać w miejscu publicznym i gdzie leżą granice, jest oznaką szacunku nie tylko dla innych ludzi, ale też dla dziecka właśne - szanuję je, więc zrobię wysiłek, aby mu przedstawić normy społeczne. A te, z tego co pamiętam, są takie same dla dzieci, ich rodziców oraz wszystkich bezdzietnych. 

10 minut

fiona_apple

10_minut_w_drodze_do_przedszkolaZdjęcie nie z dziś. Ale pasuje. ;)

Droga z Borysem do przedszkola.

Wychodzimy z bloku. Idę krok za krokiem, niezbyt szybko.

Borys robi kółko wokół skrzynek na listy. Podbiega do mnie. Kątem oka zauważa ławkę. Biegnie do niej. Obiega ją i leci za mną, krzycząc, żebym zaczekała.

A ja wciąż idę w takim samym powolnym tempie.

Borys wystrzeliwuje z ogromną prędkością w stronę bramki. Naciska przełącznik otwierania. Pogania mnie. Ja nie przyspieszam. Więc podbiega do mnie. Zmienia zdanie. Znowu do bramki. Znowu przycisk. „Szybciej, Mama! Szybciej!”. Docieram. Wychodzimy z osiedla.

Kieruję się w stronę przedszkola.

Borys łapie mnie za rękę. Po chwili zauważa coś na trawniku. Papierek. Podnosi. Biegnie. Szuka kosza na śmieci. Kosz daleko. Biegnie. Wrzuca papierek. Robi kółko wokół kosza. (!!!) „Mama, zaczekaj! Zaczekaaaaj!”

Akurat docieram do przejścia. Nie muszę czekać, bo Borys właśnie podbiega. Przechodzimy.

On znowy wyrywa do przodu. I wraca. I do przodu. I wraca. Jak piłka na gumce. Za trzecim czy czwartym razem podbiega i odbija się ode mnie ręką. Matka-baza.

Spotykamy się pod Biedronką, przy tirze z dostawą. „Wielki, co Mama? Wieeelki!” Zwalnia. Idzie krok za krokiem. Respect.

Ale kiedy mijamy ciężarówkę, odbiega. „Ja bendem sedł psy samej Biedlonce, okej? Psy sybie.” Ja swoje krok za krokiem, on skoki od szyby do szyby. Przy ostatniej nagle wybucha szlochem. „Mama, cekaj! Ja chcem za tobom!” I wraca się, nadrabia, żeby iść za mną. Biegnie, na łeb, na szyję, jakbym miała uciec.

Łapie mnie za rękę. Razem?

Nie.

„Mogę zobacyć, co jest w sklepie Lego? Mogę?” Wystarczy moje ćwierć skinienia głową i pierwszy ton „p” z „Pewnie!”, a on już biegnie ku szybie. Tym razem postanawiam pójść za nim. Krok za krokiem.

„Zobac! Mama, pac!” Małe stópki noszą go od szyby do szyby. Od Lego Ninjago do Świnki Peppy. Od kolorowanek do hulajnóg. Od plastikowych samolotów do ciastoliny. Biega. Wokół mnie też. Taki taniec os.

Znowu wziął mnie za rękę. „Kupimy to, Mama? Plosę...” “A to mogę dostać? O takim mazyłem…” “Psyjdziemy tu po pseckolu? Wejdziemy?”

Potwierdzam. Przypominam, że w sumie jesteśmy już niedaleko przedszkola. Pokazuję je palcem.

„Aaaa... Pseckole. No tak.” Taka pragmatyczna konstatacja. No tak. Trzeba.

Przechodzimy przez kolejne przejście. Tym razem udaje nam sie iść za rękę, dłoń w dłoń. Ale zaczyna się 200 metrów skoków. Jak pchła. Jak kangur. Jak żaba. Do góry. Do góry. Do góry. Zaraz dostanę kontuzji nadgarstka.

Jeszcze chwila. Już blisko. Parę kroków. Jest.

Jako człowiek najczęściej wożący tyłek autem i używający samochodu do rozwożenia dzieci z rana, bardzo lubię odprowadzać Borysa do przedszkola pieszo. Ale skąd on bierze tyle energii rano, to za cholerę nie wiem.

"Jedno oko na Maroko" - książka wyjątkowa

fiona_apple

Jedno_oko_na_Maroko_1

Są takie książki, które robią ogromne wrażenie już po przerzuceniu kilku kartek i "Jedno oko na Maroko" Tomasza Kwaśniewskiego i Anny Bedyńskiej jest dla mnie jedną z nich.

Pierwszy raz zobaczyłam ją w Bioculturze (a jakże!). Trzeba przyznać, że nie zaciekawił mnie ani tytuł, ani okładka, po prostu zaglądałam po kolei do każdej książki na półce. Pominęłam wstęp i zatrzymałam się na pierwszym zdjęciu. Ksiądz. Ja tę twarz skądś znam... Na lewej stronie "Adam" napisane fuksją. Boniecki! Adam Boniecki!

Zaczęłam czytać:

- Cześć, mam na imię Adam i jestem...
- ...czarodziejem?!
- Księdzem.

I już wiedziałam, że ta publikacja raczej mnie nie zawiedzie.

"Jedno oko na Maroko", w podtytule "pierwsza reporterska książka dla dzieci", to zbiór rozmów z osobami, które z różnych powodów wymykają się szeroko pojętej normie. U niektórych to kwestia preferencji albo zainteresowań (wytatuowana i wykolczykowana dziewczyna z niebieskimi włosami, nudysta), u innych choroby i niepełnosprawność (brak kończyn, bielactwo), a czasami to wynik życiowych zakrętów (pan, który 22 lata spędził w więzieniu, bezdomny). Znajdziemy tu też rozmowę z osobą otyłą, bliźniaków oraz Edytę, która urodziła się jako chłopiec.

Uderza bezpretensjonalność tej książki i prostolinijność rozmów. Nie ma w niej ocen, jedynie pytania o przyczyny stanu rzeczy. Odpowiedzi są niejednoznaczne, przez co wydają się szczere. Bardzo podoba mi się zestawienie inności o różnym poziomie tabu (kulturysta vs transseksualista), bo pokazuje, że bez względu na poziom społecznej akceptacji, inność generuje podobne problemy, a przecież każdy powinien mieć prawo do bycia sobą, do szczęścia i do szacunku.

Wtedy w Bioculturze nie kupiłam w końcu tej książki. Nie pamiętam dokładnie, ale mógł być to wynik obuwniczego zakręcenia (opisanego na końcu tej notki). Natomiast od razu tego samego wieczoru dodałam ją do przydługiej listy życzeń w swojej ulubionej księgarni internetowej i przyszła z ostatnim zamówieniem w piątek. Zaczęłam ją czytać Filipowi tego samego wieczoru.

Dawno już moje dziecko nie zafascynowało się lekturą tak bardzo, żeby przychodzić do mnie w różnych porach dnia i prosić o poczytanie. Każda z rozmów prowokowała tuziny pytań "Dlaczego?" i "Mamo, a czy ty kiedyś spotkałaś takiego człowieka?", ale też bardzo szybko Filip zauważył, że wspólne dla wszystkich osób przedstawionych w książce jest to, że ludzie ich wytykają palcami i nie wiedzą, jak się przy nich zachować. Dużo i długo o tym rozmawialiśmy.

Bardzo polecam "Jedno oko na Maroko". Wydawca oznaczył książkę jako przeznaczoną dla wieku 4+ i wydaje mi się, że spokojnie można ją czytać z przedszkolnymi starszakami, bo uważam, że nie ma dolnej granicy wiekowej dla uświadamiania dzieciom, że ludzie są różni. W ogóle to jest taka pozycja, która powinna znajdować się kanonie lektur omawianych w szkole, a i wielu dorosłym kontakt z nią by się przydał. Ja sama bardzo wiele się z niej nauczyłam.

Jedno_oko_na_Maroko_2

Jedno_oko_na_Maroko_3

Jedno_oko_na_Maroko_4

Jedno_oko_na_Maroko_5

Jedno_oko_na_Maroko_6

Jedno_oko_na_Maroko_7Filip pokazuje bratu swoje ulubione zdjęcie - Martyny, która uwielbia tatuaże i kolczyki w różnych miejscach ciała.
"Mamusiu, ale ona jest śliczna!"

PS. Przeczytajcie wstęp autora, który pominęłam wtedy w Bioculturze. Po mistrzowsku podsumowuje zawartość książki oraz jej przesłanie:

Jak byłem mały i widziałem na ulicy kogoś niewidomego, bez nogi, bez ręki, na wózku, kogoś tak białego, że jakby bez koloru, całego w tatuażach, bardzo grubego, umięśnionego…  Szarpałem mamę, szarpałem tatę, za nogawkę, za rękaw…

- A dlaczego ten pan, ta pani… – pytałem podekscytowany.

I się gapiłem.

Gapiłem.

Gapiłem.

I przeważnie zamiast odpowiedzi otrzymywałem pouczenie w rodzaju: - Nie wolno się tak gapić.

Teraz gdy jestem tatą, te same pytania słyszę od swoich dzieci. I wtedy mówię: - Podejdź i zapytaj.

Bo moim zdaniem nie ma lepszego sposobu, żeby się dowiedzieć.

- Ale my się wstydzimy.
- No to chodźmy razem.

Ta książka jest zapisem takich właśnie spotkań.

Ta książka jest również o tym, żeby się nie bać pytać. W ogóle żeby się nie bać ludzi. Bo oni nie gryzą.

Rehabilitacyjne rozmyślania rekonwalescentki

fiona_apple

Rozmylania_rekonwalescentki

O ludu, co to był za miesiąc!

Fakt, że luty oznacza w mojej pracy masakrę, to nie nowina. Co roku w ostatnim tygodniu tego miesiąca moje korpo świętuje fakt, że ma w swoich szeregach inżynierów i ktoś musi te celebracje ogarniać. Ktoś, czyli w mojej części Fabryki ja. 

Ale żeby tylko robota... Co roku rzeczywistość dodatkowo ubarwia mi luty. W 2011 trafiliśmy na chirurgię dziecięcą z poparzeniem twarzy Filipa. W sam raz wypadeczek na środek przygotowań. Daliśmy oczywiście radę, Matka nadrobiła co miała nadrobić, a potem nawet odebrała nadgodziny na cudowny całodzienny spacer po Warszawie skupiony li i jedynie na jej własnych potrzebach. Miała to być tradycja, ale się nie zadziało. Buuu-huuu.

Rok później byłam już w ciąży. Tym razem sam luty obył się bez dodatkowych atrakcji, ale praca była tak intensywna, że po celebracjach dostałam zapalenia tchawicy. Wtedy trudno się oddycha, cała tchawica pali jak wytrawiana rozgrzanym pogrzebaczem. Doprawdy, niezwykły to hajlajf w tak zwanym stanie błogo-tfu-sławionym. 

W 2013 luty minął pod znakiem ospy wietrznej i jąkania Młodego. Praca się pewnie jakoś wplotła, ale nie pamiętam, bo miała niski priorytet i nie wydawała się w konkurencji z innymi problemami warta dramatyzowania. W kolejnym roku bloga już nie było, bo wiadomo, za to ogarnialiśmy alergię i problemy oskrzelowe. Wtedy zaangażowałam się w inżynierskie celebracjones o zasięgu globalnym i pamiętam te cudowne wieczory z pracą do 21:00, bo wszystkim kieruje Houston, a nie na ten przykład Ostrołęka, które to Houston ma to do siebie, że dopiero przychodzi do kołchozu, kiedy my już polanczowani. Takie są konsekwencje świata globalnej miłości.

(Tak, już na tym etapie tej wyliczanki widzę, że należy mi się za każdą zimę medal z ziemniaka, a w przyszłym roku warto rozważyć urlop bezpłatny od połowy grudnia do połowy marca i w tym czasie oddalić się do Tybetu szorować miski mnichom, którzy zabiorą mi wszelakie narzędzia komunikacyjne.)

Kolejny luty był rok temu i z tego, co pamiętam, miał w sobie najmniej dramatyzmu spowodowanego rzeczywistością. Chyba było nawet spokojnie. Za to w pracy na luty przesunęli rozdawanie nagród inżynierskich, więc zwyczajowe spotkanie nam się rozciągnęło, pokomplikowało, doszła ceremonia rozdawania statuetek, na której prowadzącą wybrano mła. Nic wyszukanego, wszystko w szeroko pojętej pracowej rodzinie. Jednakowóż gadanie w języku lengłydż po raz pierwszy do kilkuset osób w audytorium przez więcej niż minutę było nieźle stresującym przeżyciem. Prawie zafajdałam majtki z wrażenia.

A w tym roku... A w tym roku proszę państwa wszyscy wiedzą - na początku stycznia zerwane wiązadła na nartach, orteza, kule, kuśtykanie, zwolnienie. Potem praca z domu (drobnymi kroczkami, mówiła sobie Fiona, bo jak zostawisz wszystko na ostatnią chwilę, to dostaniesz palpitacji serca z ogromu roboty). Powrót do Fabryki na spokojnie, spokojniutko... Rzecz jasna, na koniec sralnia jak zawsze, bo to chyba tryb zwyczajowy, a coroczne postanowienie, że tym razem będzie inaczej, znowu o kant dupy wytłuc.

I tym sposobem Fiona poprowadziła ogromne spotkanie tylko trzy dni po tym, jak porzuciła kule. Kuśtykała, a jakże, lewą nogę miała nie do końca wyprostowaną, ale to akurat nie rzuciło się na struny głosowe. W każdym razie zyskała tym wszystkim uznanie/współczucie (niepotrzebne skreślić) kolegów, koleżanek i gości spotkania, bo w ankiecie ewaluacyjnej oceniono jej pracę na 5,5 w skali od 1 do 6. Że składnie i donośnie, pisali. Że profi. Że woleliby mniej oficjalny język, też pisali. I może żartów trochę, jak na Oskarach. Muszę dokładnie obejrzeć niedzielną transmisję i przeanalizować żarty Chrisa Rocka. Tak, to może być dość ożywcze w korpo.

Albo nie.

W każdym razie miłe było, nie powiem, to głaskanie po główce. Tylko niedługo było mi dane się nim cieszyć. Po południu dreszcze, lekkie drapane w gardle przechodzi w uczucie miziania bukietem ostów, wytrzymuję jeszcze szkolenie z emisji głosu (konferansjerem profesjonalnym być, podstawy otwierania dzioba) - a wieczorem 39 stopni gorączki, która nie chce spadać w nocy. Rano rozpoznanie anginy ropnej i z powrotem do łóżka, bo i tak nie mogę utrzymać widelca ani długopisu w dłoni, więc lepiej biernie zdychać po kołdrą.

Czy ktoś się ze mną zgodzi, że to nie jest normalne? Ten luty feralny? To jakiś cud, że nie nabawiłam się jeszcze napadów lęku i paniki przed tym miesiącem. 

No dobrze, bo coś tam jednak fajnego się dzieje - muszę przyznać, bo mi kolejny luty i to zabierze w przyszłym roku, jak firmy niewykorzystany budżet. Na przykład zaczęłam rehabilitację i chyba nieźle mi idzie.

Może niedouczona jestem, życia nie znam, a szok pourazowy i ból kolana wyłączyły mi kawałek mózgu, ale wydawało mi się, że rehabilitacja to będą takie lajtowe ćwiczenia izometryczne. Pięć razy napnij łydkę leżąc na sofie z browarem, pięć razy podnieś nogę, zamachaj paluszkami u stopy najpiękniej jak potrafisz. Koniec. Done deal. Ale nie - to jest, myly państwo, Chodakowska i to w wymagających wersjach.

Byłam zszokowana, jak duże obciążenie idzie w czasie ćwiczeń na uszkodzony staw. Do tego masaże i przesuwanie elementów kolana w najdziwniejszych pozycjach uciskowych. "Będzie bolało" powiedział na wstępnie rehabilitant. "Musi pan świadomie, rozsądnie, ale też regularnie i konsekwentnie przesuwać granice bólu, oswajać go, żeby znikał."

Skracając poezję fizjoterapeutyczną, to działa. To znaczy, ćwiczę w domu regularnie (oprócz tych dni, kiedy uniemożliwiła mi to gorączka) i solidnie (1 sesja to 30-45 minut). Ze spotkań z rehabilitantem przynoszę pochwałę, że widać postęp, a ogólny stan kolana, biorąc pod uwagę rozległość uszkodzeń, jest świetny. Mogliby jeszcze naklejki dzielnego pacjenta dla dorosłych przygotować. Albo chociaż od pediatrów podkraść. Bo zasłużyłam już na kilka.

A to wszystko, od postępów w rehabilitacji, przez sukcesy w pracy, do ogólnego wytrzymania minionych tygodni mimo ich ewidentnej kijowości - to wszystko by się nie udało, gdyby nie Miśku. Nie było tu ostatnio peanów na jego cześć, jakoś tak wyszło, ale to, co robił od mojej kontuzji, to jest hardcore. Odwożenie dzieci, przywożenie dzieci, zakupy, gotowanie, pranie, prasowanie, ogarnianie, pamiętanie, przypominanie, motywowanie, wspieranie, przytulanie, łez wycieranie. Komplet zadań na złe i w chorobie - wykonanie za dwoje na poziomie światowym do tej pory przez dwa miesiące. 

Ja to mam szczęście do faceta.

Dzieki ci wielkie, Słonko. Jak mi pan rehabilitant da naklejkę, to pierwszą przyniosę dla ciebie. Zasłużyłeś.

Stan rozgrzebania

fiona_apple

Stan_rozgrzebania

Zaglądam do blogowego notatnika. Kilkanaście notek w stanie rozgrzebania. Tu parę zdań, tu połowa. Same poważne tematy, mądre przemyślenia. Takie żeby nie przejść obojętnie. I siedzę od godziny, jakby straż miejska przyjechała i założyła blokadę na koło. Chcę ruszyć, a się nie da. Ani o centymetr naprzód. O jedno zdanie.

Ach, przepraszam, nie tak znowu nic - połowa z tych kilkunastu rozgrzebań powstała w przeciągu ostatniej godziny. Czyli silnik odpalony, ale blokada działa.

Może dlatego, że to wszystko takie ambitne. Rozważne. Błyskotliwe miejscami. Przynajmniej miało być.

A mój mózg dziś ma ambicje, tyle że na nich poprzestaje. Zmęczył się poprzednim tygodniem, chociaż jak się zastanowić, to nic tak znowu ekstremalnie męczącego nie robił. Owszem, próbował przez cały tydzień wymyślić, jak rozdzielić tłukących się braci i pogodzić pracę w domu ze smażeniem pączków, ale zgodzimy się chyba, że to nie jest wystarczające usprawiedliwienie takiego rozmemłania.

I teraz decyzja - cisnąć dalej czy odpuścić?

Odpuszczam. Zwalniam się z obowiązku. Świat poczeka.

Chyba.

Wola Love - Biocultura Cafe

fiona_apple

Jestem jak rzeżucha, bardzo szybko zapuszczam korzenie. Gdziekolwiek sie nie przeprowadzę, z miejsca staję się lokalną patriotką - wynajduję ulubione miejsca, wydeptuję swoje ścieżki, tworzę rytuały.

Do dziś lubię spacery po Starych Bielanach, gdzie mieszkałam na pierwszym i drugim roku studiów (ulica Płatnicza wiosną i śnieżną zimą, ach...), a przy każdej wizycie w Toruniu, gdzie przeprowadziłam się za Miśkiem po studiach (lucky him!), wracam do piekarni na Osiedlu Dekerta po chleb spychany. No i oczywiście Limburgia, która skradła na zawsze moje serce. Mam nadzieję, że będę mogła w niej jeszcze kiedyś pomieszkać - emerytura w Maastricht to jeden z planów na starość, ale może uda się tam wrócić wcześniej.

Kiedy przeprowadziliśmy się do Warszawy, wylądowaliśmy na dalekiej Woli, na osiedlu Odolany. To tereny poprzemysłowe, które nie jest łatwo polubić od razu - a szczególnie trudno było pięć lat temu, kiedy jednym sklepem w okolicy była Biedronka oraz obrzydliwy Real w mającym czasy świetności za sobą Forcie Wola, a do sensownego skrawka zieleni, czyli Parku Postańców, trzeba się było przedzierać przez place budowy. Dziś okolica nam się rozwinęła, pojawiło się więcej punktów usługowych oraz nasze kochane przedszkole, jednak wciąż zdecydowanie nie jest to miejsce, o którym śniłby którykolwiek warszawiak, nawet mało wybredny.

W ogóle cała Wola nie jest chyba ukochanym dzieckiem Warszawy. Dzielnica naznaczona piętnem wojny, pokiereszowana, niespójna. Ale tak samo, jak pokochałam Limburgię, którą reszta Niderlandów chętnie oddałaby Belgii i jeszcze dopłaciła, tak samo krok po kroku oswajałam Wolę, która przez ostatnich pięć lat bardzo się zmieniła. I kiedy sączyłam dziś świetne cappuccino w jednej z naszych ulubionych wolskich kawiarni, pomyślałam, że powinnam się z wami podzielić ulubionymi miejscami w mojej dzielnicy. 

Biocultura_02

Biocultura Cafe to niewielka, klimatyczna kawiarnia schowana na tyłach nowych bloków przy ulicy Sokołowskiej. Trudno do niej trafić przypadkiem, bo kto spoza okolicy spaceruje sobie ot tak ulicą Sokołowską? Warto jednak zupełnie nieprzypadkowo obrać Bioculturę na cel. Robią dobrą kawę (co dla mnie bardzo istotne), mają duży wybór słodkości oraz codziennie zestaw lanczowy. Jako mamie alergika brakuje mi oferty dla niego, ale jestem pod tym względem spaczona i marzy mi się jeden słoik wegańskich ciastek w każdej kawiarni. Natomiast w nadchodzący tłusty czwartek będą sprzedawać wegańskie karnawałowe pączki, ciastka i trufle, więc chociaż będę próbować smażyć pączki dla Borysa sama, mam w tyle głowy, że w razie katastrofy kulinarnej moge podjechać na Sokołowską i mnie poratują.

Biocultura_011

Biocultura_032

Biocultura_042

Wnętrze kawiarni jest uroczo eklektyczne, a przy tym bardzo przytulne (dlatego właśnie bardzo często wybieramy Bioculturę, kiedy na dworze jest wietrznie i nieprzyjemnie). Do niedawna na piętrze znajdowała się przestrzeń do zabaw dla dzieci zabudowana jak statek piracki, ale została zamieniona na scenę (dla maluchów zostaje kącik do zabawy na parterze). Przyznaję, moje dzieci są rozczarowane, ale mnie cieszy, że kawiarnia oferuje przestrzeń dla ludzi na różnych etapach życiowych - czytaj: bezdzietni mogą się schronić na piętrze, kiedy będę odwiedzać Bioculturę ze swoją szarańczą. Koniecznie zajrzyjcie na fejsbukową stronę wydarzeń organizowanych w Bioculturze - wyświetlają filmy i kreskówki, organizują koncerty i ciekawe spotkania. A przez cały luty będzie można dostać cappuccino za przyniesioną książkę albo zestaw cappuccino + ciastko za grę planszową (szczegóły tutaj). Is it cool, or what? 

Na koniec chciałabym pozdrowić serdecznie panią baristkę, która dziś obsługiwała nas i Potwory tak, że według mnie powinna zostać umieszczona w Sèvres. 

Biocultura Cafe
ul. Sokołowska 9 lok. U31
01-142 Warszawa Wola
WWW /// Facebook

PS. SCENKA RODZAJOWA

"JAKA BAJKA, TAKI KOPCIUSZEK" 

Przygotowujemy się do wyjścia z kawiarni. Chłopcy biegali wewnątrz w trampkach, mają zmieniać buty. Nagle Borys chce siku, więc Miśku idzie z nim. Filip się mozoli z butami.

- Nie mogę, mamo. No nie mogę!

Pomagam mu, sapię (bo noga wciąż w ortezie, więc wysiłek większy). Zamek jest z tyłu, dopycham mu stopę. No nie da się!

- Filipowski, musisz wsunąć stopę głebiej, inaczej nie dam rady. Próbuj. Wiem, że jest trudno, ale przecież wcześniej sam wkładałeś te buty.

Miśku wychodzi z łazienki z Borysem. Próbuje, dopycha. Każe Filipowi stanąć, dopchnąć stopę siłą rozpędu, dziecko uderza stopą o ziemię. 

-  Tato, ja nie mogę! Czy będę musiał iść do domu na bosaka?

Znowu ja zaczynam próbować. Udało mi się zapiąć zamek do połowy pięty. Wołam Marcina:

- Tyle dałam radę. Teraz znowu ty.

Zdecydowanie już zrobiliśmy scenę, a zapowiada się jeszcze ciekawiej. Marcin bierze stopę Filipa w rękę i doznaje olśnienia:

- Filip, a to na pewno jest twój but?

Wniosek? Kupowanie identycznych butów dla obu synów jest ryzykowne. Jednakowoż, stopa o rozmiarze 31 MOŻE wejść w but o rozmiarze 28, a zdeterminowany rodzic nawet PRAWIE ten but zapnie.

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci