|
piątek, 17 maja 2013
Na kolana i do Częstochowy
Najpierw dwa słowa o Bo. Wzięlim Małego na Majówkę do moich rodziców na wieś i w czystym lubelskim powietrzu dziecię zaczęło mi spać lepiej. Nie przesypia jeszcze całych nocy, ale jedna lub dwie pobudki to nie jedenaście. Poza tym pracujemy nad wyrobieniem u Bo nawyków związanych z zasypianiem niezależnych od mojej obecności. Śpi co noc z tą samą maskotką i staram się, żeby zasypiał u siebie w łóżeczku nawet po karmieniu nad ranem. Jesteśmy na dobrej drodze. Filippo natomiast w tej chwili jest u swoich Dziadków w Radomiu. Wiesława i Zdzisław wiekodusznie zabrali Młodego do siebie na tydzień, żeby było mi łatwiej, ponieważ Miśku znowu się szkoli poza Warszawą. Ale miało być nie o urokach wczasów nad radomskim zalewem, a o niepłynności mowy. Jak na pewno pamiętacie, niezwykle szybki rozwój jąkania Filipa do fazy współruchów i napięcia mięśni twarzy przy powtarzaniu sylab totalnie nas załamał. Młody wyglądał jak osoba po wylewie krwi do mózgu - przy niepłynnościach opadał mu jeden kącik ust, żuchwa przesuwała się względem szczęki, a czubek języka czasami pojawiał się na wargach. Masakra. Potem zaczęliśmy poszukiwania godnego zaufania logopedy. Szukaliśmy i szukaliśmy, a Filippo mówił coraz lepiej. Po kilku tygodniach problem właściwie ustąpił. I tyle. W tym momencie Młody zająkuje się tylko i wyłącznie, kiedy jest bardzo podekscytowany. Co ciekawe, nie powtarza wtedy początku wyrazu lub zdania, a sylabę "no". Wychodzi mu coś takiego: Chciałbym pojechać z Tatusiem do... no... no... no... do pajku. Tak jak nie potrafiłam zrozumieć, jak i dlaczego problem się pojawił, nie jestem pewna, dlaczego ustąpił. Czuję, że kiedy opowiadam o stanie Filipa w największym nasileniu niepłynności, wiele osób mi nie wierzy. Jąkanie z napięciem twarzy czyli stan poważny, a potem jak gdyby nigdy nic stopniowy zanik kłopotu? Nic nie udowodnię, ponieważ nigdy nie nagrałam ani sekundy jąkającego się Filipa, nie chciałam robić takich wątpliwej wartości pamiątek. A teraz uwaga, będzie teoria. Nie spiskowa, ale równie daleko idąca. Pomimo tego, że nie ma diagnozy przyczyn rozwoju i ustąpienia jąkania u Młodego, zauważayłam pewną korelację. Jak długo wylęga się ospa zanim pojawią się krostki? Mówią, że około dwóch do trzech tygodni. To by oznaczało, że Filippo zaraził się syfem mniej więcej wtedy, kiedy pojawiły się pierwsze niepłynnosci. A raczej - jąkanie pojawiło się przy zarażeniu. Apogeum nastąpiło tydzień po wysypie krost, a potem wraz z ustąpieniem ospy, stopniowo polepszała się mowa. Dlatego uważam, że jest możliwe, iż wirus wywołujący ospę wietrzną zaatakował w jakiś sposób ośrodek mowy w mózgu Młodego. Mówcie mi Dr Macierewicz, domorosły specjalista neurologii i chorób zakażnych. Mimo że generalnie nie jestem przesądna, boję się mówić głośno, że jest fajnie, jest dobrze, że heyah człowieku. Puk puk w niemalowane. Gdybym była religijna rozważyłabym spacerek do Częstochowy na kolanach. A tak, moje kolana zostają oszczędzone, a pielgrzymki uskuteczniam raczej w stronę Biedry w celu nabycia przyjemnego dla podniebienia portugalskiego wina. Ale to już zupełnie inna historia.
czwartek, 02 maja 2013
Got milk? czyli opowieść o losie Niewolnicy Izaury
- Mamusiu, co będzie dziś na obiad? - Filippo jak co dzień rozpoczyna poranny dialog przy jadłospisie w przedszkolu. Nie da się ukryć, że lubi, a nawet uwielbia. Od prawie dziesięciu miesięcy mój biust służy za bar mleczny rano, w ciągu dnia, wieczorem i nocą. Nauczona bolesnymi początkami przy Filipie, po urodzeniu Borysa dopilnowałam, żeby pierwsze przyssanie noworodka było idealne. Dzięki temu uniknęłam poharatanych brodawek i hardcoru w pierwszych dniach karmienia. Potem poszło gładko i skwapliwie korzystałam z największej moim zdaniem zalety karmienia piersią - szybkiego i bezproblemowego dostępu do zasobów. Głodny w domu, głodny u znajomych, głodny w tak zwanym miejscu publicznym - pozycja strategiczna, wyjęcie karmnika jednym ruchem i włala! Bajecznie proste. Kwestia sposobu karmienia niemowlęcia w przypadku Borysa nie pojawiła się jeszcze na blogu, bo muszę przyznać, że temat mnie w ogóle nie emocjonuje. Karmisz malucha piersią? Mlekiem modyfikowanym? Wywarem z makowin? Kabanosem? Whateva! Udało mi się nawet wrócić do pracy i nie stracić statusu matki karmiącej. Codziennie koło południa udaję się dumnie w ustronne miejsce i doję. Mogłabym tutaj wyprodukować poemat na temat zalet karmienia piersią, ale nie mam złudzeń - wybierając taki sposób żywienia dziecka, wybierasz też jego negatywne strony. Do minusów karmienia zaliczam tytuł Niewolnicy Izaury, którym mnie mój Drugorodny Syn obdarzył. O ile Filippo był dzieckiem, które jadło, a potem jak w zegarku miało trzygodzinną przerwę, Borys od początku był żywieniowym anarchistą. Przerwy miedzy karmieniami były różne, nie znałam dnia ni godziny. Nie dawało się to we znaki, kiedy byliśmy razem, ale gdy moja smycz była luzowana i wychodziłam na przykład do fryzjera SAMA, opanowywała mnie niezwykła nerwowość i kończyłam z dłonią permanentnie położoną na telefonie, który przecież MÓGŁ w każdej chwili zadzwonić. Dowiedziałam się wtedy, jak trudno jest się kobiecie wysikać w toalecie w centrum handlowym, mając jedną dłoń w kieszeni. (Pragnącym mnie oświecić, że mogłam się odciągać i zostawiać butelkę z mlekiem Tatusiowi podczas wizyt u fryzjera i innych znachorów, wyjaśniam uprzejmie, że butelka to było przez długi czas ZŁO! Diabelskie to urządzenie zostało oswojone dopiero po moim powrocie do pracy, z musu.) Rozszerzenie diety przyszło Niewolnicy Izaurze w sukurs jeśli chodzi o poziom samostanowienia i wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, aby w naszej rodzinie zapanowała harmonia jak w hallmarkowym kinie familijnym. Otóż nie. Bo jedzenie u wyrostków, których wiek liczy się w miesiącach jest mocno powiązane ze spaniem i tutaj przeżywamy największego zonka wszechczasów. Ponownie pozwolę odwołać się do swojego doświadczenia macierzyńskiego i przywołam przykład Pierworodnego. Filippo zaczął przesypiać od mniej więcej 23:00 do mniej więcej 7:00, kiedy miał trzy miesiące, a kiedy skończył pół roku, zaczął spać calutką noc bez przerwy. Oczywiście byłam zmęczona i narzekałam na brak odpowiedniej ilości snu, ale teraz biję się w piersi, że jeśli chodzi o niewyspanie i zmęczenie wtedy w dupie byłam, gówno widziałam. Borys, choć ssakiem był od początku ochoczym i efektywnym, spał mało w dzień i wielokrotnie budził się w nocy. Stop. Wrrróć! Wciąż wielokrotnie budzi się w nocy. WIELOkrotnie. Bardzo WIELO. Na początku spał w tak zwanej przystawce w naszej sypialni. Genialna sprawa. Dziecko ma swoje miejsce, ale jednocześnie jest na wyciągnięcie ręki i nie trzeba się gimnastykować, żeby przenieść je do łóżka rodziców shall the situation require it. A że situation tego wymagała codziennie, codziennie Mały kończył noc między nami, często z dziobem na moim cycku. Ofkorsowo, mógłby do Borysa wstawać Tatuś, tyle że ten osobnik nie ma cycka, nawet jednego. I kategorycznie odmawiał wyhodowania tak zwanych man boobs. Zero ochoty do poświęceń, zero. Potem Niewolnica Izaura poszła do pracy, a situation ze strony Bo raczej nie zmieniła się diametralnie. Wielokrotne pobudki nocne stały się tematem, którym regularnie zanudzam ludzi przy automacie do kawy. Wszystko oczywiście z uśmiechem numer trzysta dziewięćdziesiąt pięć na ustach i odznaką Matki Polki na dumnej piersi (wymemłanej przez niemowlę około czwartej trzydzieści nad ranem). Bo przecież się da, prawda? Kto, jak nie ja. Załamanie przyszło parę tygodni temu. Ospa. Potem obniżenie odporności i katarki. Następnie szły zęby. Boleśnie. Dwie-trzy nocne pobudki się zmultiplikowały, czasami do Małego trzeba było wstawać nawet kilkanaście razy w ciągu jednej nocy. Zęby wyszły. Miałam nadzieję, że będzie lepiej, ale nie jest. Kilka pobudek w ciągu nocy to wciąż norma, kilkanaście nie dziwi. Do tego wycie. Przeraźliwie głośne, świdrujące. Godzinę albo i dłużej. Mamma przytula, Tatuś głaszcze po pleckach i śpiewa. Nie będzie zatkania cyckiem, tym razem spróbujemy inaczej. Wiemy, że jest ci trudno usnąć. Współczujemy. Kraina łagodności. A po kilkudziesięciu minutach krzyku oddalibyśmy własną nerkę, a nawet obie, żeby zyskać pięć minut ciszy. Trzy? Może chociaż jedną minutkę? Kapitulujemy. W końcu spać trzeba. Mało bo mało, ale w ogóle. I tak właśnie wygląda moja szara rzeczywistość ostatnio. Nie śpię. Chodzę jak zombie. Nic mi się nie chce. Jestem drażliwa. A raczej wiecznie wkurwiona. To nie jest kwestia mojego dobrego samopoczucia lub jego braku. Widzę, jak słabą mam zdolność koncentracji. Ostatnio w robocie byłam sprawczynią pewnych "fakapów", jak to ładnie się ujmuje, bo nie przewidziałam, nie dograłam, nie pomyślałam. Wcześniej mi się to nie zdarzało. Notorycznie zapominam o różnych rzeczach, jak tylko o nich usłyszę. Zapisuję nawet pierdolety ze strachu, że od razu mi wypadną z mózgownicy. Organizm upomina się o swoje. Mózg zaczął włączać mi stand-by. Na przykład siedzę sobie na podłodze w pokoju Filipa, on coś robi, a ja się otrząsam z letargu i nie potrafię powiedzieć, jak długo gapiłam się w jeden punkt. Minutę? Pięć? Dzięsięć? A co, jeśli taka sytuacja przytrafił mi się, kiedy będę prowadzić samochód? Zaliczanie wieczornego zgona to norma. Gorzej, jeśli coś MUSZĘ zrobić i staram się nie usnąć. Bez wieczornego espresso nie dam rady, momentami słaniam się na nogach. Muszę dać ciału kofeinowego kopa, bo inaczej nie ma siły utrzymać mnie na jawie. Dzieje się źle. Dla mnie jest jasne, że to wynik braku możliwości przespania spokojnie czterech czy pięciu godzin pod rząd od lata zeszłego roku. W ostatnich tygodniach nawet trzygodzinny nieprzerwany sen to luksus. I przy tym wszystkim ja - śpioch. Od zawsze do wypoczęcia potrzebne mi było więcej niż osiem godzin snu, więc teraz jadę na oparach. Wszystkie rozwiązania, o których myślę, jawią mi się jako trauma dla mojego syna. Czuję się więc jak w pomieszczeniu, którego ściany powoli zbliżają się do siebie, a ja zdaję sobie sprawę, że w którymś momencie mnie zgniotą. I to właśnie jest odpowiedź na Wasze pytania co się dzieje, że na Wylęgarni cicho. Nie mam siły. Po prostu nie mam siły.
niedziela, 14 kwietnia 2013
I pół
Pół: Jeden i pół:
Dwa i pół: Trzy i pół: Łał! A raczej bardziej adekwatnie do klimatu notki: Łół! :D
czwartek, 11 kwietnia 2013
BLOG - REAKTYWACJA czyli o tym, gdzie byliśmy, kiedy nas nie było
Zaczęło się w sumie od blogowej notki o jąkaniu Młodego. Dostałam od Was niesamowite wsparcie - przydatne rady, namiary na sprawdzonych specjalistów i wirtualne uściski dosłownie zalewały mnie tutaj, na Fejsie i przez maila. Dzięki bardzo po raz kolejny. Żadne moje wyklikane wypociny nie wyrażą wdzięczności, którą za to czuję. Tyle nie jest łatwo pisać o czymkolwiek po takiej bombie. Cały czas o jąkaniu? Hmmm - ileż można? O czym innym? Niezwykle trudno, bo jednak nasze życie się wokół problemu jąkania przez długi czas kręciło. Jakoś tak dziwnie dzielić się radosnymi chwilami, kiedy nad głową wisi czarna chmura niepokoju. Poza tym, tfu tfu - odpukać, wszystko szło w dobrym kierunku (szczegóły wkrótce), a ja zaczęłam się bać, że dzieląc się takimi nowinami, zapeszę. Jak zabobonna wieśniara. To może o ospie? Kolejny super temat. Ciągnęło się toto jak smród po gaciach. Przez cały wysyp krostek Borys miał mega gluta, a Filippo zaraz po powrocie do przedszkola też się zakatarzył do towarzystwa. Tak jakby zatkane nosy były tym, czego nam najbardziej potrzeba. Na szczęście wszystko mija, nawet najdłuższa żmija i ospa przeszła. Filippo dostał w spadku dwa spore pokrostowe kratery na samym środku czoła, które do dziś są czerwonawe, ma też kilka blizn na plecach. Twarz Bo została oszczędzona, ale Mały ma wciąż mnóstwo nie do końca zabliźnionych śladów na ciele, najwięcej pod pieluchą, gdzie dostęp powietrza jest utrudniony. Ospo, syfie totalny, już ci naprawdę dziękujemy. Kiedy już problem niepłynności i zakaźnego dziada mieliśmy pod kontrolą, zaczęło się szaleństwo w mojej pracy (same super fajne rzeczy, ale nieprawdopodobnie czasochłonne) skorelowane pięknie z bliższymi i dalszymi wyjazdami służbowymi Miśka (teraz na przykład bawi się w wojsko na poligonie) oraz problemami z Rakietą (mniejszymi i większymi, bardziej i mniej złożonymi, natomiast w każdym przypadku cholernie drogimi). I nagle się okazało, że przestajemy ogarniać. W związku z niezwykle wyczerpującą życiową gonitwą wywołaną powyższym, mój organizm odkurzył nieużywany od ciąży mechanizm obronny i od trzech tygodni prawie codziennie zaliczam tak zwanego zgona. Wieczorem nie mogę sobie pozwolić na przymknięcie powieki nawet na sekundę, bo już mnie nie ma. W sypialni w czasie wieczornego karmienia Borysa, przed telewizorem po położeniu Filipa spać, na podłodze podczas zabawy. Każde miejsce i pozycja są dobre do pójścia spać. Dlatego też blogowych notek niet - musiałabym je pisać o drugiej w nocy, kiedy z quasi-pijackiego letargu budzi mnie kwilenie głodnego malucha. Więc nie wiecie nic o bardzo ciekawej wizycie w poradni psychologiczno-pedagogicznej na diagnozie mającej na celu ustalenie mocnych i słabych stron Młodego. Ani o odkryciu W KOŃCU przy okazji piątej rocznicy ślubu włoskiej knajpy w Warszawie, do której nie mamy żadnych uwag. Ani o tym, jak Bo zaczął nam skutecznie froterować podłogę czworakowniem. Ani o tym nieszczęsnym jąkaniu, które kładzie się cieniem na ostatnie miesiące naszego życia. Dziś się jednak zawzięłam. Po 19:00 wypiłam dwie kawy i włala! Oto jestem. A teraz sprawdzimy, czy po takiej przerwie są tu jeszcze jacyś Czytelnicy. :) PS. Plotka głosi, że wiosna idzie. Widział już ktoś?
poniedziałek, 11 marca 2013
Świat w odcieniu fioletu gencjanowego
Zarazy tydzień czwarty rozpoczęty. Filip zaczął lajtowo - pojawiły się krostki, więc wypaćkaliśmy dziecko na podobieństwo radioaktywnej biedronki. Hihi, haha - ale smiesnie wygjądam! Gehenna zaczęła się po dwóch dniach. Swędzi, swędzi, swędzi. Młody się chce drapać. A dorośli wiedzą, że nie może. Ale chce. Ale mu nie wolno. Ale muuuuuuusiiiiiii... Zwariować można! Wydawałoby się, że kiedy swędzenie ustanie, dziecko powinno przejść do etapu błogiej ulgi. Nic bardziej mylnego. Z niewiadomego źródła maluch otrzymuje potężny zastrzyk energii. Wypadałoby wyjść, wybiegać, wyszaleć. Ale zaraza nie minęła, więc rodzice nie pozwalają. Ale on chce. Ale mu nie wolno. Ale muuuuuuusiiiiiii... Wciąż można zwariować! Na szczęście po zaospionych dwóch tygodniach bez problemu dostaliśmy od lekarza zaświadczenie, że Filippo zdrowy, więc może iść do przedszkola. Bogowie tego wszechświata, dzięki wam za przybytki masowej edukacji! I wtedy właśnie zachorował Borys. Może to i dobrze, że wzięło go teraz. Przechoruje i będziecie mieli spokój. A poza tym małe dzieci przechodzą ospę łagodnie. Bullshit, tyle Wam, powiem. Totalny bullshit. Ospa Filipa to w porównaniu z przypadkiem Borysa bułka z masłem. Filippo miał krostki, Bo wielkie pęcherzowate wykwity. Filippo miał ze trzydzieści zmian na ciele, u Borysa pewnie mówimy o setkach. U Filipa ospa oszczędziła najbardziej wrażliwe okolice, Borys miał mocno zsypane zarówno genitalia, jak i śluzówki. Kiedy go oglądałam wieczorami przy kąpieli, dochodziłam do wniosku, że smarowanie zmian jest bez sensu - trzeba by dziecko po prostu wykąpać w gencjanie. Na szczęście już wychodzimy na prostą - Borys zaczął znowu przypominać ludzkie dziecko. Mam nadzieję, że nie zostaną mu żadne ślady, bo Filippo będzie miał najprawdopodobniej dwie blizny na czole. A jak sobie pomyślę o wszelakich ospa-party i celowym wystawianiu dzieci na wirusy, żeby miały to już za sobą, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Durnota ludzka nie zna granic.
poniedziałek, 04 marca 2013
Małymi kroczkami
Tydzień temu w niedzielę siedziałam w łazience i płakałam jak bóbr. Oczyska puchły, łzy zostawiały mokre plamy na koszulce. Zbierz się do kupy! strofowałam się w myślach. Filip nie może się domyślić, że ryczałaś. Już! No, koniec, no! Nie pomagało, że obok stał Miśku i też ryczał. Tak jak ja, z żalu do losu i bezsilności. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni ryczałam tak ze strachu o dziecko. Chyba dwa lata wcześniej przy okazji feralnego oparzenia twarzy. Kiedy parę miesięcy później ponownie wylądowaliśmy w szpitalu, tym razem z podejrzeniem zapalenia płuc, nie bałam się. Na pewno nie tak. Chodzi o to, że Filippo się jąka. Zaczęło się po przyjeździe z wyjazdu w góry. Młody parę dni chodził do przedszkola, po czym zauważyłam, że powtarza sylaby. Powtarzał je trzy albo cztery razy, po czym bez wysiłku kończył wyraz. Po kilku dniach powtarzanie zaczęło się nasilać. Przy ekscytacji (negatywnej bądź pozytywnej), Filippo się zacinał. Bywało, że początek wyrazu powtarzał nawet dziesięciokrotnie, były to jednak wciąż nieliczne przypadki. W kolejnym tygodniu od razu poszłam na rozmowę do opiekunek w przedszkolu i przedszkolnej logopedki. Logopedka powtórzyła wszystko to, co do tej pory przekazał mi Dr Google: przy niepłynności mowy nie wolno za dziecko kończyć wyrazów ani myśli, nie pospieszać artykulacji zachęcaniem, nie chwalić, kiedy dziecku uda się w końcu wymówić słowo, o które mu chodzi. Generalnie należy obserwować rozwój problemu, ale zachowywać się tak, jakby go nie było. Logopedka miała poobserwować Młodego i dać znać, jakie są wnioski. Nam wydawało się, że sytuacja się nie zmienia - nie było ani poprawy, ani pogorszenia. Zmiana nastąpiła, kiedy Młody został w domu z ospą. Nie wiem, być może zagęszczenie emocji i trauma zamknięcia w domu tak na niego podziałały, ale Filippo zaczął się porządnie zacinać - bywało, że nie dawał rady powiedzieć tego, co chciał. Co więcej, po jakimś czasie zaczęliśmy u niego obserwować charakterystyczne napięcia mięśniowe na twarzy związane z wysiłkiem przy niepłynności. Apogeum nastąpiło we wspomniany na początku poprzedni weekend - były godziny, w których wydawało mi się, że Młody nie potrafi wymówić ani jednego zdania bez zacinania. Patrzył na nas i powtarzał. Powtarzał, powtarzał, powtarzał. A my udawaliśmy, że tego zająkiwania nie widzimy, po czym wycofywaliśmy się do kuchni albo szliśmy do łazienki i ryczeliśmy. Widać było, że to raczej nie jest sytuacja, której zaradzimy przez zaniechanie reakcji. Zaczęliśmy szukanie specjalisty. I pokładów cierpliwości - przecież nie można jechać do logopedy z chłopcem, który jest wciąż fioletowy od gencjany! Umówiliśmy się na koniec tygodnia. Logopedka niezbyt nas zaskoczyła stwierdzeniem, że problem jest poważny. Wskazują na to napięcie mięśniowe i współruchy języka przy niepłynnościach. Pokazała ćwiczenia oddechowe i artykulacyjne, które mamy wykonywać. Ucieszyła nas mówiąc, że Filippo wcale nie zdaje sobie sprawy z problemu - widać, że w żaden sposób nie wzmocniliśmy tej świadomości. A potem zrobiła coś, co ją całkowicie zdyskwalifikowało w moich oczach - powiedziała nam, że skoro Młody nie ma świadomości problemu, można przy nim otwarcie rozmawiać o jąkaniu. Zatkało mnie. Przecież właśnie dlatego przyjechaliśmy we dwójkę z Miśkiem! Byłam przekonana, że na rozmowę o technikaliach zostanie tylko jedno z nas. Ale pani specjalistka wybrała jednak potraktowanie mojego dziecka przedmiotowo i mówiła o nim w trzeciej osobie, kiedy siedział jakieś 50 cm od nas. Dlatego w tym momencie szukamy godnego zaufania logopedy, specjalisty od niepłynności mowy. Jeśli macie podobne doświadczenia albo ktoś w Waszym otoczeniu stawiał czoło podobnemu problemowi, pomóżcie - podzielcie się z nami nazwiskiem i numerem telefonu. Sytuacja wydaje się ustabilizowana. Młody się jąka, ale w prawie wszystkich przypadkach artykułuje na koniec to, co chciał. Codziennie wykonujemy zadaną partię ćwiczeń i to jest chyba w tym momencie dla nas największe wyzwanie - namówić ruchliwego Trzyipółlatka do wdychania i wydychania powietrza w określony sposób, do śpiewania samogłosek, do chuchania w dłoń, kiedy on ma tysiąc ważniejszych spraw na głowie (na przykład skakanie z foteli na sofę, szał ostatnich dni). Jest jeszcze kwestia przyczyny. Przyszło, ale skąd? Dlaczego? Nikt nam tego nie powie na sto procent. Żadnych wielkich traum przed wystąpienien problemu raczej nie było. Jednak zadręczam się myślą, że to ja właśnie "sprzedałam" jąkanie Filipowi. Kiedy krzyknęłam na niego, żeby wreszcie sprzątnął te klocki. Kiedy poganiałam nerwowo przed pójściem do przedszkola rano. Kiedy odciągnęłam go od Borysa, którego radośnie szarpał za rękę. Momentów kandydujących do miana okoliczności przestępstwa jest mnóstwo. Jest mi łatwiej z tym oskarżeniem. Czuję ulgę wiedząc, że mogę siebie nienawidzić za to, co się stało mojemu synowi. Ta złość i żal przykrywają strach. Strach, którego wiele osób nie zrozumie. Przecież nie ma zagrożenia życia, prawda? To nie jest śmiertelna choroba? Nie, nie jest. Co nie zmienia faktu, że kiedy moje dziecko stoi przede mną i mówi: Ma... Mmma... Mmma... Ma... Mmma... Mmma..., rozpadam się na kawałki. Bo wiem, że chce powiedzieć "Mamusiu", a ja nie potrafię mu pomóc. PS. Borys oczywiście ma ospę. Żeby nie było nam za łatwo. Dlaczego miałoby być.
wtorek, 26 lutego 2013
Słodko-gorzko
Ospa w odwrocie. Krostki przyschły, nic już nie swędzi. Borys jak na razie nie ma żadnych objawów. Ostanie się? To byłby cud. Niania siedzi z Bo, Sis siedzi z Filipem. Ja przychodzę z pracy, a na stole to. Można by pomyśleć, że pomimo kwarantanny mamy w domu hajlajf. Ale rzeczywistość nie znosi gładkich banałów. Choroba zakaźna opanowana, a na tapecie nowy problem niosący nie tyle niepokój, co blady strach. Problem, który sprawia, że czujemy się o, tacy. Tacy malutcy. Nie potrafię jeszcze o tym pisać. Nie dziś. Może jutro? Pojutrze? Na razie oswajamy się z kłopotem. Dopiero jak uda nam się przyzwyczaić do jego obecności będziemy mogli zacząć walczyć. Bo walczyć będzie trzeba, nie ma innego wyjścia.
niedziela, 17 lutego 2013
Mamusiu, jestem biedjonką! czyli o prawie Murphyego
Wiedziałam, że tak będzie! W tym sezonie Filippo jeszcze nie chorował. Ze dwa razy miał jakiś katar, ze dwa razy pokasływał, trafiła się jakaś gorączka - jednak odkąd został przedszkolakiem, nie był jeszcze na tyle przeziębiony, żeby z tego powodu zostać na dłużej w domu. Kiedy zbliżał się mój powrót do pracy, zaczęłam trząść portkami. Na pewno po moich pierwszych trzech dniach w fabryce złapie jakiegoś grypowego syfa i pozamiatane! Zawoziłam więc narybek rano na uczelnię, po południu odbierałam - żeby nie przewiało, żeby nie zmoczyło, żeby nikt w autobusie nie zauroczył... Szczęśliwie dwa tygodnie roboczego kieratu minęły, a w domu samo zdrowie i dobre humory. W sobotę przyjechała na noc kuzynka Filipa, Alicja, aby pomóc mojemu synowi zrobić z dziecięcego pokoju jesień średniowiecza. Dziś rano wstaliśmy... ...a Filippo cały w kropki! Ospa wietrzna. Tak nam powiedziano. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że to samo usłyszeliśmy w czerwcu 2010. Jest to więc albo druga ospa w życiu Filipa, albo pierwsza prawdziwa. Zresztą nieważne. Syf jest z nami tu i teraz - nie ma co dywagować, trzeba walczyć. I robić dobrą minę do złej gry. Z dobrą miną najłatwiej. Zapewnia ją energiczny Trzylatek, który biega po domu cały w gencjanowe kropki, zatrzymuje się przed lustrem, spogląda w nie z zachwytem i krzyczy wniebowzięty: - Mamusiu, jestem biedjonką!
niedziela, 10 lutego 2013
Kariera superbohatera
Linia włosów Borysa bezsprzecznie wskazuje na to, że mój młodszy syn w przyszłości zostanie Supermanem. Pozdrawiam serdecznie, Supermamma
czwartek, 07 lutego 2013
Czasami praca jest tym miejscem, gdzie matka zdecydowanie powinna być
Przede wszystkim potrzebna nam była niania. Młoda i piękna. Nie. Wrrróć! Młoda i miła. Tak lepiej. Młoda, spokojna, miła dla nas, czuła dla dziecięcia. Wu... Wu... Wu... Kropka... Niania... Kropka... Pe... El... Odbyliśmy dwie rozmowy, po tej drugiej wiedzieliśmy już, że bingo. Dogadaliśmy się w sprawie kasy, umówiliśmy się na rozpoczęcie współpracy rankiem dwudziestego piątego stycznia, a potem mogliśmy spokojnie pojechać męczyć się w Sudetach. Pomysł, aby pierwszy tydzień pracy był tylko dwudniowy, poddała mi jeszcze w tamtym roku koleżanka - przychodzisz do fabryki w czwartek, próbujesz się ogarnąć, dzień zlatuje jak z bicza w chaosie, a potem zamiast perspektywy kolejnych czterech podobnych, masz tylko jeden. Piątek. Piąteczek. Piątunio. Poza tym taki układ dał mi i Agnieszce, niani Borysa, trzy dni na rozbiegu przed Sądnym Dniem. Poniedziałek spędziliśmy we trójkę. Agnieszka głównie na delikatnym oswajaniu Borysa ze swoją obecnością (bardzo mi się to podobało - żadnego porywania od razu na ręce, intensywność kontaktu rosła powoli), ja głównie na opowiadaniu (a w gadce jestem dobra). We wtorek Bo został z Agą na dwie godziny, a w środę na ponad pół dnia (które to pół dnia wykorzystała na zakupy w końcówkach wyprzedaży, co pokazuje, że podwójne macierzyństwo może i ją zmieniło, ale wilka wciąż ciągnie do lasu, oj ciągnie...). Trzy pierwsze dni z nianią miały dać mi spokój ducha, abym mogła przybyć do fabryki jako uosobienie zen. Bo miał jednak w nosie moje poszukiwania wewnętrznego spokoju przed niewątpliwa życiową rewolucją. Po pierwsze primo, kategorycznie odmówił picia z butelki, po drugie primo kategorycznie odmówił jedzenia czegokolwiek poza owocami i kaszkami. Warzywa i mięcho to złłłłło! - zmielonych nie chce, w kawałkach nie chce, w słoiku nie chce, przygotowanych przez Rodzicielkę tymi ręcami nie chce, za to potrafi na tysiąc sposobów pokazać, jak bardzo jest niezadowolony, że milimetrowy kawałek musu z brokułów znalazł się w okolicach jego paszczy. Fruktarianin, cholera jasna! I pomyśleć, że Filippo po dość dramatycznym początku, wciągał wszystko bez wyjątku... Z butlą dramat. Po wielu nieudanych próbach ze sprzętem dostępnym w domu, Mamma pojechała do wielkiego supermarketu i zamarła na jakąś godzinkę przed wielką ścianą pełną butelek, smoczków do nich dopasowanych, kubków niekapków, kubków treningowych i innych takich. Przywiozła do domu siatę akcesoriów na konsultacje do Małego Krytyka. Koniec końców łaskawie zostało zaakceptowane ustrojstwo w formie przejściowej pomiędzy butelką a niekapkiem. Miłością oddaną darzone nie jest, ale przynajmniej umożliwia podanie Małoletniemu mleka, które Mamma pieczołowicie codziennie odciąga na terenie fabryki. Praca. No właśnie. Przecież o niej miałam pisać. Chciałam wejść do biura cichutko, żeby nie chcieli z progu zarzucić mnie tysiącem zadań. Popełniłam jednak błąd - zamiast ubrać się w kolorze ścian, wrzuciłam na siebie jak zwykle bardzo kolorowe ciuchy i mnie zauważyli. I jakie powitanie mnie czekało! Same uśmiechy, przemiłe maile i przytulasy na misia. Przytulasy! Od inżynierów! To się zazwyczaj nie zdarza. I nawet nie ryczałam w kiblu. Nie było kiedy. Dziś po pełnym tygodniu pracy mam wrażenie, jakbym wcale nie miała przerwy. Wróciłam do punktu wyjścia - choć rano wstaję z trudem, z domu wychodzę z radością, bo uwielbiam ludzi, z którymi pracuję. Między bardziej i mniej fascynującymi obowiązkami przerzucamy się złośliwymi żartami i produkujemy montypythonowskie inicjatywy (vide akcja: Jestem słoikiem i jestem z tego dumny!). Dzięki uprzejmości mojego pracodawcy nie muszę się chować z laktatorem po kiblach, tylko maszeruję dumnie do Pokoju Matki Karmiącej, gdzie w spokoju i higienicznych warunkach doję mleko, którego potem nie chce jeść moje dziecko. Choć, jak zapewnia Agnieszka, z dnia na dzień jest coraz lepiej. Z jedzeniem, nie z dojeniem - z tym drugim niezmiennie bezproblemowo. Czy są więc jakieś ciemne strony mojego powrotu do pracy, skoro pieję w tej kwestii wyjątkowo optymistycznie? Ależ są, oczywiście. W pracy wszystko się jak najbardziej układa, nie mam wątpliwości, że będzie tylko lepiej. Za to w domu uświadamiam sobie banalną prawdę, że na macierzyńskim miałam jednak czas na więcej rzeczy. Oh, really? Doprawdy, odkrycie Hameryki! Kiedy o 23:18 mam w końcu szansę klapnąć na moich coraz jędrniejszych (fitness!) pośladkach po ogarnianiu mieszkania, odkurzaniu po genialnym pomyśle dania Filipowi macy do chrupania, myciu i wyparzaniu części laktatora, blendowaniu owoców na następny dzień dla Borysa, przygotowywaniu lanczu do pracy, prasowaniu koszuli w paski, dobieraniu biżu do niej i dwóch tuzinach innych zadań, zamiast pomysłu na relaks przed oczami staje mi lista kolejnych rzeczy do zrobienia (niektóre są na niej już od długich tygodni). I tak w koło Macieju. Mam nadzieję, że to tylko kwestia przystosowania do nowych realiów i z każdym tygodniem będzie coraz lepiej. Musi być. Poza tym zaraz przyjdzie wiosna. Wiosną wszystko jest łatwiejsze. Wszystko. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Attenzione! Wszystkie teksty oraz zdjęcia umieszczone na blogu są mojego autorstwa, chyba że zaznaczyłam inaczej. Jeśli chcesz je wykorzystać, proszę zapytaj o zgodę. Adres mejlowy poniżej.
Dzieciowisko
Ładne rzeczy
Miszmasz
Tu i tam
Zapukaj do mnie mejlowo
|