czyli oddolna inicjatywa pobudzająca przyrost naturalny
RSS
niedziela, 22 września 2013
Czterolatek

Urodził się. Jadł, spał, jadł, spał, jadł, spał. Patrzył i patrzył, aż w końcu zaczął widzieć. Usiadł. Ruszył do przodu na czterech, a chwilę potem na dwóch odnóżach. Szedł tylko przez trzy minuty, a potem wystartował z trwającym do dziś sprintem. Pobiegł do pierwszego żłobka, potem do drugiego. Rok temu ze żłobkowicza zmienił się w przedszkolaka. W międzyczasie zaczął jeść widelcem, porzucił bliski związek z pieluchą i zaczął mówić. Gadać, dywagować, dyskutować, perorować. Mówić, że kocha i że nie kocha. I że kocha jednak, a to "nie kocha" to tylko pomyłka. Przetestował milion granic po milion razy. Urósł.

I oto jest - od wczoraj Czterolatek.



PS. Tak, to jest zapowiedź powrotu do blogowania. Stęskniłam się. ;)

23:19, fiona_apple
Link Komentarze (34) »
czwartek, 11 lipca 2013
Znajdź 12 różnic

12 miesięcy. 12 zdjęć. Tylko miś ten sam. A wniosek banalny - jak ten czas leci!

Pierwszy Rok Bo 01

Pierwszy Rok Bo 02

Pierwszy Rok Bo 03

Pierwszy Rok Bo 04

Pierwszy Rok Bo 05

Pierwszy Rok Bo 06

Pierwszy Rok Bo 07

Pierwszy Rok Bo 08

Pierwszy Rok Bo 09

Pierwszy Rok Bo 10

Pierwszy Rok Bo 11

Pierwszy Rok Bo 12

21:32, fiona_apple
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 08 lipca 2013
Rok za nami

Rok temu o 7:40 urodził się Borys.

Przez te dwanaście miesięcy Mały zmienił się z kwilącego kłębka bezbronności w małego facecika, który wie, czego chce i pięknie potrafi to pokazać. Co zostało niezmienne, to lwia grzywa:

Rok Borysa

Wszystkiego najlepszego, synku!

21:53, fiona_apple
Link Komentarze (10) »
środa, 03 lipca 2013
O formie wyrażania uczuć i wyborze najodpowiedniego na to momentu

Jakieś dwa tygodnie temu. Miśku wyjechany. Znowu. Tym razem Francja. Śmierdzące sery i takie tam.

Bo umyty, nakarmiony, do łóżeczka odłożony. Śpi. Filippo też umyty, też nakarmiony, spać nie chce. Odmawia kategorycznie. Bajka na dobranoc. Strażak Sam.

Postanawiam, że dziesięć minut kreskówki wykorzystam na prysznic. Włączam trzeci bieg. A może czwarty?

Szybki skok do sypialni, trucht na paluszkach po pidżamę, najdelikatniejsze z możliwych zamknięcie drzwi, żeby Mały się nie obudził, łazienka, wyskok z ciuchów, kabina...

Prrrrrrrrrrrrrryszzzzzzzzzzzzzzzzniiiiiiiiiiiiiiiiiic...

Strumień przyjemnie ciepłej wody na ramionach to orgazm po męczącym dniu. Jak dobrze... Cudownie...

- ...mo...

Hę?

- ...amo...

Zakręcam wodę.

- Maaamooo!!! Maaamooo!!!

Filip! Pierwsza myśl - zaraz obudzi Borysa i będę mieć koncert na dwa głosy. Niech już nie krzyczy. Niech przestanie!

- Maaamooo!!! Maaamooo!!! MAAAMOOO!!!

A może coś mu się stało? Zawsze jak coś chce, kiedy ja się myję, przylatuje do łazienki. Dlaczego teraz nie przybiegł? Co się dzieje?

- Maaamuuusiuuu!

Głos coraz bardziej piskliwy. Coś się musiało stać. Jesssssuuu... Już biegnę, synku!

- Maaamooo!

Wyskakuję z kabiny prysznicowej. Z włosów spływa wodospad. Chwytam ręcznik i próbuję się owinąć. Nie umiem. Nie potrafię. Po dwóch sekundach zrzucam go na podłogę.

- Maaamuuusiuuu! Chodź tu! Tejaz!!!

Otworzone z impetem drzwi łazienki obijają się o ścianę. Wbiegam do salonu. Na golasa. Na ekranie telewizora strażak Sam wyciąga małego kotka ze studni. Filip...? Gdzie on jest? Nie ma go!

- Maaamuuusiuuu! No chodź jus!

Jest u siebie w pokoju. I wyje. Przed oczami przelatują mi obrazy: Młody zakrwawiony, Młody ze zwichniętą i smętnie zwisającą ręką, Młody na podłodze nie może się ruszać. Serce mi staje na moment. A potem biegnę. W korytarzu ślizgam się na kałuży wody, która ze mnie spłynęła. Ledwie utrzymuję równowagę. Wpadam do pokoju Filipa wstrzymując oddech.

- Maaamooo!

Filippo siedzi przy stoliku. W ręce kredka, na kartce bohomazy. Znaczy się, dzieło. Przyglądam się temu w osłupieniu, a woda kropla po kropli spływa po cellulicie na moim tyłku tworząc wokół stóp morze.

- Mamusiu! Wjescie psysłaś. Musiałem ci tejaz powiedzieć, ze bajdzo, bajdzo, bajdzo ciebie kocham.

22:09, fiona_apple
Link Komentarze (16) »
niedziela, 16 czerwca 2013
Obcy - Ostatnie starcie

Filippo miał założony plaster na kolanie. Po paru godzinach zauważyliśmy, że plaster zniknął.


- Synku, co się stało z plastrem?
- Eeeeeee... Psyleciał taki ogjomny komaj, wjes? Taki komaj z wielkom pascom! I mi zdjął ten plaster. A potem go zjadł!

15:21, fiona_apple
Link Komentarze (5) »
piątek, 14 czerwca 2013
Pod kloszem

Wyobraźcie sobie przystojnego ciemnowłosego Brytyjczyka z kilkudniowym zarostem i całymi ramionami pokrytymi tatuażami. Już? Gratulacje, właśnie poznaliście Neila.

Neil jest byłym chłopakiem mojej Siostry. Spotykali się przez parę miesięcy i nawet przylecieli razem do Polski. Neil zdobył wtedy wiernego groupie w postaci Filipa. Ramię w ramię lepili kruche ciasteczka, układali wielkie zamki z klocków, czytali książeczki. We wszystkim tym zupełnie nie przeszkadzał im fakt, że Filippo po angielsku ni w ząb, a Neil po polsku zupełnie. Można? Można.

Kluczem do tej historii jest jednak czas przeszły. Niedługo po zimowej eskapadzie do naszego pięknego (a wtedy niezwykle mroźnego kraju) drogi Neila i Sis rozeszły się. Groupies jednak nie poddają się łatwo.

- A kiedy Ciocia psyjedzie do nas znowu z wujkiem Nijem?

To pytanie Filipa powracało przez tygodnie jak bumerang. Na początku mówiliśmy zgodnie z prawdą, że nie wiemy. Z rozstania zrobiła się telenowela brazylijska i wciąż była szansa, że Nij znów przyjedzie na warszawską Wolę z wielkim czekoladowym Gruffalo pod pachą. Potem jednak stało się pewne, że powtórki z rozrywki nie będzie. Never ever. Na bank.

- Mamusiu, zadzwoń do Cioci i powiedz jej, żeby psyjechała z Nijem. Plosę...

Kiedy język stanął mi kołkiem, a zwoje mózgowe próbowały przetłumaczyć niestabilny Matrix relacji damsko-męskich na język kilkulatka, uderzyła mnie świadomość, pod jakim kloszem żyje Filippo.

W rodzinie Marcina – małżeństwa z dziećmi. Wśród znajomych też. Same wieloletnie związki bez znaczących burz. W najbliższym otoczeniu nie ma rodziców samotnie wychowujących dzieci, nie ma rozwodników, nie ma rodzin patchworkowych. Single i bezdzietni ostali się nieliczni i spotykamy się rzadko – mamy totalnie niekompatybilne plany dnia i priorytety.

Nie dążyliśmy do tego, ale wytworzyliśmy środowisko sklonowanego modelu życiowego. Trudno więc się dziwić, że Filippo ma wdrukowany wzór normalności: para w związku zostaje przez niego mentalnie sklejona, zlana w jedno po wsze czasy. Skąd ma podejrzewać, że życie pisze różne scenariusze, skoro jest świadkiem jednego i na dodatek powielonego dla zwiększenia efektu?

- Zadzwonimy dziś do Cioci Ewejinki psez komputej? Chciałbym jej powiedzieć, żeby mnie odwiedziła. Z wujkiem Nijem.

Wzięłam Młodego na kolana.

- Synku, Ciocia nie przyjedzie już do nas z Neilem.
- A cemu? Wujek jest choly?
- Nie, nie jest chory. Po prostu jest tak, że czasami ludzie się zakochują i są ze sobą długie lata. Mają też dzieci. Na przykład… - zawahałam się (nie zapeszajmy!) – Na przykład ja i Twój Tata. Ale czasami jest tak, że ludzie się zakochują, spotykają się i jest im bardzo dobrze, ale potem to się kończy i się rozstają. Nie są już zakochani.

BAM! Zafundowałam mu pierwszy krok do dorosłości. Do serii bolesnych konfrontacji dziecięcej naiwności z bezwzględnymi realiami życia. Do świata, w którym Święty Mikołaj nie istnieje.

- Rozstają się? A cemu?
- Z różnych powodów. Ale potem zawsze mogą znaleźć kogoś innego i znowu się zakochać.
- I znowu będą zakochani?
- Tak, znowu.
- Aha.

Młody zeskoczył z moich kolan i popędził do swojego pokoju. A ja zostałam ze spoconymi ze zdenerwowania dłońmi. I z poczuciem, że zaczęła się droga w jedną stronę, na końcu której nie będzie już dziecka, a mężczyzna.

Parę dni później rozmawialiśmy z Sis przez Skype:

- Mama mi powiedziała, że ty jus nie psyjedzies do mnie z wujkiem Nijem. Nigdy. I ja wiem, cemu.
- Wiesz? - Sis była zaintrygowana.
- Bo wy jus nie jesteście... eeeee... ekhm... Jus wiem – wykochani!

Wykochani

20:05, fiona_apple
Link Komentarze (8) »
wtorek, 11 czerwca 2013
Słownik
  • burza (rzeczownik, rodzaj żeński) - intensywne opady deszczu lub deszczu i gradu, którym towarzyszą wyładowania elektryczne w atmosferze (błyskawice i grzmoty); wielki wstrząs dziejowy lub życiowy

Luuudzie, jaką burzę przeżyłam ostatnio w robocie! Napięcie narastało kilka tygodni, a potem poszły gromy. Piorunochronów nie było, więc jak pierdykło...

Stali bywalcy Wylęgarni (jeśli są tu jeszcze jacyś) wiedzą, że od zawsze uwielbiam moją fabrykę i spełniam się w tym, co robię. Nie byłam przygotowana na sytuację, w której robię w gacie ze strachu, że zostanę zaproszona na rozmowę, w której, no wiecie, pani już podziękujemy.

Sytuacja się chyba stabilizuje. Nie wywalili mnie. Ufff. Nauczyłam się tylko bardzo boleśnie, że dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane. I doświadczyłam jak to jest być małym pionkiem w wielkiej grze. Nie chcę się wybielać, o nie - popełniłam kilka błędów i to w najbardziej nieodpowiednim momencie, ale w życiu bym się nie spodziewała, żeby pracowe błędne decyzje aż tak mnie potem kopnęły po dupie.

  • niestandardowy (przymiotnik) – nieodpowiadający określonym normom, nietypowy

Borysowi wyszły wczesną wiosną dwie dolne jedynki - wyglądał słodko. Potem jedynki górne - jak zaczął zaciskanie szczęki i żuchwy na moich sutkach, widywałam gwiazdy, całe konstelacje. Na szczęście dziecko się dostosowało (czytaj: zaniechało odruchów rasowego kanibala).

Kolejna była lewa górna dwójka. Mały coraz bardziej marudny. I bardziej. I bardziej. Wycie w środku nocy? Proszę bardzo. Nawet ze trzy sesyjki można sobie trzasnąć. Zwłaszcza, jeśli rodzic jeden czy drugi mają następnego dnia ważne spotkanie w pracy. Mamma podjęła kilka prób zajrzenia w paszczę lwa, jednak następnych dwójek nie było (choć przyznać trzeba, że operowanie przy silnych jak kłusownicze wnyki szczękach nie pozwalało na swobodne oględziny uzębienia).

Jakiś tydzień temu tajemnica zaginionej dwójki się rozwiązała. W międzyczasie wyszły dwie dolne czwórki. Dwie. Czwórki. CZWÓRKI! Dziąsła zmasakrowane, przekrwione. Z miejsca wybaczyłam nocne ryki - mnie się chciało wyć na sam widok.

Druga górna dwójka przebiła się wczoraj.

  • poświęcenie (rzeczownik, rodzaj nijaki) – czyn ofiarny, pełen bohaterstwa i samozaparcia; gotowość do ponoszenia ofiar

Piknik rodzinny organizowany przez moją firmę co roku w okolicach Dnia Dziecka. Przed rozpoczęciem ulewa. Musiała być, żeby dzieciory poczuły smak Przystanku Woodstock w wieku trzech czy czterech lat. Na samej imprezie uczestnicy liczeni w setkach, głośno, tłoczno, piwnie i grillowo.

Dorosły płci męskiej, sztuk jeden. Zajęty głównie bieganiem od jednej wielkiej pompowanej zjeżdżalni - tudzież zamku, tudzież statku, tudzież kulkowni - do drugiej za Młodym (nie z powodu nadopiekuńczości, ale żeby się nasz własny osobisty Potwór nie zagubił w tłumie innych potworów). Zjadł w biegu pół golonki, podobno była smaczna.

Dorosły płci żeńskiej, sztuk jedna. Zajęta głównie próbami dogodzenia marudzącemu niemowlęciu, które w drodze na piknik usnęło w aucie na dziesięć minut, żeby się obudzić w czasie przenoszenia do wózka i jęczeć przez kolejne trzy godziny. Jej moment na zjedzenie grillowanej piersi z kurczaka (w założeniu w spokoju) niefortunnie wypadł na czas wielkiego oblężenia koryta. Tłum jak w Media Markt podczas rozprzedaży. Zawołali ją znajomi. Super. Siedzieli przy samym głośniku (Ona tu jest i taaańczyyy dla mnieee!). Głupio było uciekać. Rozmawiać się nie dało. W dudnieniu basów odrętwiały jej kubki smakowe. Rilaks.

Niemowlę, jedenaście miesięcy, sztuk jedno. Wkurzony, bo niewyspany. Wkurzony, bo nie może usnąć. Wkurzony, bo strasznie głośno. Wkurzony, bo cały czas ktoś obcy go ogląda. Wkurzony, bo idą zęby. Wkurzony, na maksa wkurzony.

Przedszkolak, sztuk jeden. W siódmym niebie. Wata cukrowa jego ambrozją, minipociąg na szynach jego rajem.

Nie znoszę tego rodzaju imprez.

W przyszłym roku też idziemy.

  • awersja (rzeczownik, rodzaj żeński) - silne uczucie niechęci

Ostatnio.

Blogowanie? Nie chce mi się. Wirtualna rzeczywistość? Męczy mnie i rozczarowuje. Laptop? Kojarzy się tylko z pracą, z którą wieczorami nie chcę mieć nic wspólnego.

Zobaczymy, w którym kierunku to pójdzie. Czy zatęsknię, znowu wpadnę w rytm, czy może wręcz przeciwnie.

23:29, fiona_apple
Link Komentarze (13) »
piątek, 17 maja 2013
Na kolana i do Częstochowy

Najpierw dwa słowa o Bo. Wzięlim Małego na Majówkę do moich rodziców na wieś i w czystym lubelskim powietrzu dziecię zaczęło mi spać lepiej. Nie przesypia jeszcze całych nocy, ale jedna lub dwie pobudki to nie jedenaście. Poza tym pracujemy nad wyrobieniem u Bo nawyków związanych z zasypianiem niezależnych od mojej obecności. Śpi co noc z tą samą maskotką i staram się, żeby zasypiał u siebie w łóżeczku nawet po karmieniu nad ranem. Jesteśmy na dobrej drodze.

Filippo natomiast w tej chwili jest u swoich Dziadków w Radomiu. Wiesława i Zdzisław wiekodusznie zabrali Młodego do siebie na tydzień, żeby było mi łatwiej, ponieważ Miśku znowu się szkoli poza Warszawą.

Ale miało być nie o urokach wczasów nad radomskim zalewem, a o niepłynności mowy.

Jak na pewno pamiętacie, niezwykle szybki rozwój jąkania Filipa do fazy współruchów i napięcia mięśni twarzy przy powtarzaniu sylab totalnie nas załamał. Młody wyglądał jak osoba po wylewie krwi do mózgu - przy niepłynnościach opadał mu jeden kącik ust, żuchwa przesuwała się względem szczęki, a czubek języka czasami pojawiał się na wargach. Masakra.

Potem zaczęliśmy poszukiwania godnego zaufania logopedy. Szukaliśmy i szukaliśmy, a Filippo mówił coraz lepiej. Po kilku tygodniach problem właściwie ustąpił. I tyle.

W tym momencie Młody zająkuje się tylko i wyłącznie, kiedy jest bardzo podekscytowany. Co ciekawe, nie powtarza wtedy początku wyrazu lub zdania, a sylabę "no". Wychodzi mu coś takiego: Chciałbym pojechać z Tatusiem do... no... no... no... do pajku.

Tak jak nie potrafiłam zrozumieć, jak i dlaczego problem się pojawił, nie jestem pewna, dlaczego ustąpił. Czuję, że kiedy opowiadam o stanie Filipa w największym nasileniu niepłynności, wiele osób mi nie wierzy. Jąkanie z napięciem twarzy czyli stan poważny, a potem jak gdyby nigdy nic stopniowy zanik kłopotu? Nic nie udowodnię, ponieważ nigdy nie nagrałam ani sekundy jąkającego się Filipa, nie chciałam robić takich wątpliwej wartości pamiątek.

A teraz uwaga, będzie teoria. Nie spiskowa, ale równie daleko idąca. Pomimo tego, że nie ma diagnozy przyczyn rozwoju i ustąpienia jąkania u Młodego, zauważyłam pewną korelację.

Jak długo wylęga się ospa zanim pojawią się krostki? Mówią, że około dwóch do trzech tygodni. To by oznaczało, że Filippo zaraził się syfem mniej więcej wtedy, kiedy pojawiły się pierwsze niepłynnosci. A raczej - jąkanie pojawiło się przy zarażeniu. Apogeum nastąpiło tydzień po wysypie krost, a potem wraz z ustąpieniem ospy, stopniowo polepszała się mowa. Dlatego uważam, że jest możliwe, iż wirus wywołujący ospę wietrzną zaatakował w jakiś sposób ośrodek mowy w mózgu Młodego. Mówcie mi Dr Macierewicz, domorosły specjalista neurologii i chorób zakażnych.

Mimo że generalnie nie jestem przesądna, boję się mówić głośno, że jest fajnie, jest dobrze, że heyah człowieku. Puk puk w niemalowane. Gdybym była religijna rozważyłabym spacerek do Częstochowy na kolanach. A tak, moje kolana zostają oszczędzone, a pielgrzymki uskuteczniam raczej w stronę Biedry w celu nabycia przyjemnego dla podniebienia portugalskiego wina. Ale to już zupełnie inna historia.

00:52, fiona_apple
Link Komentarze (16) »
czwartek, 02 maja 2013
Got milk? czyli opowieść o losie Niewolnicy Izaury

- Mamusiu, co będzie dziś na obiad? - Filippo jak co dzień rozpoczyna poranny dialog przy jadłospisie w przedszkolu.
- Chwilkę, już sprawdzam... Pomidorowa i kotlet mielony.
- Filipku, a ty lubisz kotlety? - do rozmowy niespodziewanie włącza się przedszkolna szatniarka.
- Bajdzo lubię. Lubię wsyskie kotlety z mięska. I Bojis tes lubi mięsko. Ale najbajdziej lubi mlecko od Mamusi z cysia.

Addicted to milk

Nie da się ukryć, że lubi, a nawet uwielbia. Od prawie dziesięciu miesięcy mój biust służy za bar mleczny rano, w ciągu dnia, wieczorem i nocą.

Nauczona bolesnymi początkami przy Filipie, po urodzeniu Borysa dopilnowałam, żeby pierwsze przyssanie noworodka było idealne. Dzięki temu uniknęłam poharatanych brodawek i hardcoru w pierwszych dniach karmienia.

Potem poszło gładko i skwapliwie korzystałam z największej moim zdaniem zalety karmienia piersią - szybkiego i bezproblemowego dostępu do zasobów. Głodny w domu, głodny u znajomych, głodny w tak zwanym miejscu publicznym - pozycja strategiczna, wyjęcie karmnika jednym ruchem i włala! Bajecznie proste.

Kwestia sposobu karmienia niemowlęcia w przypadku Borysa nie pojawiła się jeszcze na blogu, bo muszę przyznać, że temat mnie w ogóle nie emocjonuje. Karmisz malucha piersią? Mlekiem modyfikowanym? Wywarem z makowin? Kabanosem? Whateva!

Udało mi się nawet wrócić do pracy i nie stracić statusu matki karmiącej. Codziennie koło południa udaję się dumnie w ustronne miejsce i doję.

Mogłabym tutaj wyprodukować poemat na temat zalet karmienia piersią, ale nie mam złudzeń - wybierając taki sposób żywienia dziecka, wybierasz też jego negatywne strony.

Do minusów karmienia zaliczam tytuł Niewolnicy Izaury, którym mnie mój Drugorodny Syn obdarzył. O ile Filippo był dzieckiem, które jadło, a potem jak w zegarku miało trzygodzinną przerwę, Borys od początku był żywieniowym anarchistą. Przerwy miedzy karmieniami były różne, nie znałam dnia ni godziny. Nie dawało się to we znaki, kiedy byliśmy razem, ale gdy moja smycz była luzowana i wychodziłam na przykład do fryzjera SAMA, opanowywała mnie niezwykła nerwowość i kończyłam z dłonią permanentnie położoną na telefonie, który przecież MÓGŁ w każdej chwili zadzwonić. Dowiedziałam się wtedy, jak trudno jest się kobiecie wysikać w toalecie w centrum handlowym, mając jedną dłoń w kieszeni.

(Pragnącym mnie oświecić, że mogłam się odciągać i zostawiać butelkę z mlekiem Tatusiowi podczas wizyt u fryzjera i innych znachorów, wyjaśniam uprzejmie, że butelka to było przez długi czas ZŁO! Diabelskie to urządzenie zostało oswojone dopiero po moim powrocie do pracy, z musu.)

Rozszerzenie diety przyszło Niewolnicy Izaurze w sukurs jeśli chodzi o poziom samostanowienia i wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, aby w naszej rodzinie zapanowała harmonia jak w hallmarkowym kinie familijnym.

Otóż nie. Bo jedzenie u wyrostków, których wiek liczy się w miesiącach jest mocno powiązane ze spaniem i tutaj przeżywamy największego zonka wszechczasów.

Ponownie pozwolę odwołać się do swojego doświadczenia macierzyńskiego i przywołam przykład Pierworodnego. Filippo zaczął przesypiać od mniej więcej 23:00 do mniej więcej 7:00, kiedy miał trzy miesiące, a kiedy skończył pół roku, zaczął spać calutką noc bez przerwy. Oczywiście byłam zmęczona i narzekałam na brak odpowiedniej ilości snu, ale teraz biję się w piersi, że jeśli chodzi o niewyspanie i zmęczenie wtedy w dupie byłam, gówno widziałam.

Borys, choć ssakiem był od początku ochoczym i efektywnym, spał mało w dzień i wielokrotnie budził się w nocy. Stop. Wrrróć! Wciąż wielokrotnie budzi się w nocy. WIELOkrotnie. Bardzo WIELO.

Na początku spał w tak zwanej przystawce w naszej sypialni. Genialna sprawa. Dziecko ma swoje miejsce, ale jednocześnie jest na wyciągnięcie ręki i nie trzeba się gimnastykować, żeby przenieść je do łóżka rodziców shall the situation require it. A że situation tego wymagała codziennie, codziennie Mały kończył noc między nami, często z dziobem na moim cycku. Ofkorsowo, mógłby do Borysa wstawać Tatuś, tyle że ten osobnik nie ma cycka, nawet jednego. I kategorycznie odmawiał wyhodowania tak zwanych man boobs. Zero ochoty do poświęceń, zero.

Potem Niewolnica Izaura poszła do pracy, a situation ze strony Bo raczej nie zmieniła się diametralnie. Wielokrotne pobudki nocne stały się tematem, którym regularnie zanudzam ludzi przy automacie do kawy. Wszystko oczywiście z uśmiechem numer trzysta dziewięćdziesiąt pięć na ustach i odznaką Matki Polki na dumnej piersi (wymemłanej przez niemowlę około czwartej trzydzieści nad ranem). Bo przecież się da, prawda? Kto, jak nie ja.

Załamanie przyszło parę tygodni temu. Ospa. Potem obniżenie odporności i katarki. Następnie szły zęby. Boleśnie. Dwie-trzy nocne pobudki się zmultiplikowały, czasami do Małego trzeba było wstawać nawet kilkanaście razy w ciągu jednej nocy.

Zęby wyszły. Miałam nadzieję, że będzie lepiej, ale nie jest. Kilka pobudek w ciągu nocy to wciąż norma, kilkanaście nie dziwi. Do tego wycie. Przeraźliwie głośne, świdrujące. Godzinę albo i dłużej. Mamma przytula, Tatuś głaszcze po pleckach i śpiewa. Nie będzie zatkania cyckiem, tym razem spróbujemy inaczej. Wiemy, że jest ci trudno usnąć. Współczujemy. Kraina łagodności. A po kilkudziesięciu minutach krzyku oddalibyśmy własną nerkę, a nawet obie, żeby zyskać pięć minut ciszy. Trzy? Może chociaż jedną minutkę? Kapitulujemy. W końcu spać trzeba. Mało bo mało, ale w ogóle.

I tak właśnie wygląda moja szara rzeczywistość ostatnio. Nie śpię. Chodzę jak zombie. Nic mi się nie chce. Jestem drażliwa. A raczej wiecznie wkurwiona.

To nie jest kwestia mojego dobrego samopoczucia lub jego braku. Widzę, jak słabą mam zdolność koncentracji. Ostatnio w robocie byłam sprawczynią pewnych "fakapów", jak to ładnie się ujmuje, bo nie przewidziałam, nie dograłam, nie pomyślałam. Wcześniej mi się to nie zdarzało. Notorycznie zapominam o różnych rzeczach, jak tylko o nich usłyszę. Zapisuję nawet pierdolety ze strachu, że od razu mi wypadną z mózgownicy.

Organizm upomina się o swoje. Mózg zaczął włączać mi stand-by. Na przykład siedzę sobie na podłodze w pokoju Filipa, on coś robi, a ja się otrząsam z letargu i nie potrafię powiedzieć, jak długo gapiłam się w jeden punkt. Minutę? Pięć? Dzięsięć? A co, jeśli taka sytuacja przytrafił mi się, kiedy będę prowadzić samochód?

Zaliczanie wieczornego zgona to norma. Gorzej, jeśli coś MUSZĘ zrobić i staram się nie usnąć. Bez wieczornego espresso nie dam rady, momentami słaniam się na nogach. Muszę dać ciału kofeinowego kopa, bo inaczej nie ma siły utrzymać mnie na jawie.

Dzieje się źle. Dla mnie jest jasne, że to wynik braku możliwości przespania spokojnie czterech czy pięciu godzin pod rząd od lata zeszłego roku. W ostatnich tygodniach nawet trzygodzinny nieprzerwany sen to luksus. I przy tym wszystkim ja - śpioch. Od zawsze do wypoczęcia potrzebne mi było więcej niż osiem godzin snu, więc teraz jadę na oparach.

Wszystkie rozwiązania, o których myślę, jawią mi się jako trauma dla mojego syna. Czuję się więc jak w pomieszczeniu, którego ściany powoli zbliżają się do siebie, a ja zdaję sobie sprawę, że w którymś momencie mnie zgniotą.

I to właśnie jest odpowiedź na Wasze pytania co się dzieje, że na Wylęgarni cicho.

Nie mam siły. Po prostu nie mam siły.

07:57, fiona_apple
Link Komentarze (20) »
niedziela, 14 kwietnia 2013
I pół

Pół:

Pół

Jeden i pół:

1 i pół

Dwa i pół:

2 i pół

Trzy i pół:

3 i pół

Łał! A raczej bardziej adekwatnie do klimatu notki: Łół!

:D

08:44, fiona_apple
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44