czyli oddolna inicjatywa pobudzająca przyrost naturalny
RSS
poniedziałek, 21 maja 2012
Pożegnanie z pieluchą

Pewnego szaro-burego kwietniowego poranka podeszła do mnie na korytarzu żłobkowa pielęgniarka.

- Przepraszam, mam pytanie odnośnie Filipa. Czy były u państwa niedawno jakieś próby odpieluchowania? Filip reaguje bardzo negatywnie na wszelakie próby namówienia go do skorzystania z nocnika.
- Ekhm… – tylko się nie czerwień, Matka, nie płoń! – Tak… Ja wiem… Zachęcamy go, ale wynik jest jaki jest…

Głupio  mi było przyznać się, że od Długiego Mokrego Weekendu zeszłego lata zarzuciliśmy wszelkie zdeklarowane próby, poprzestając jedynie na podsuwaniu nocnika od czasu do czasu przed wieczornym myciem.

Mogłabym napisać, że przez tych parę miesięcy nic się nie zmieniło, ale nie byłaby to prawda – zmieniła się intensywność reakcji Młodego. Przyrosła w postępie geometrycznym. Njeee! Njeee!!! Njeee, njeee, njeee!

W pewnym momencie zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy nie trzeba będzie kupić nowego kompletu majtasów, bo pojawiła się obawa, że zeszłoroczny będzie za mały. A takie ładne Mamma wybrała…

- Małżonku drogi, musisz przeprowadzić z Małoletnim poważną rozmowę na temat wyższości majtek nad pieluchą. – Miśku był wyraźnie zaskoczony, kiedy kupka bielizny w rozmiarze odpowiadającym małemu dupelcowi pojawiła się na jego kolanach. – Pomoce naukowe dowolne, obiekt dywagacji masz przed sobą. Wierzę w ciebie.

I wyszłam.

Pół godziny później Filippo wbiegł podekscytowany do salonu, trajkocąc jak katarynka.

- Mama! Mimi si! Mimi si!

Mała rączka pociągnęła mnie w stronę pokoju dziecięcego, gdzie na fotelu siedzieli zaskoczeni sytuacją zakładnicy:

Majtasy

(Biedna sowa. Wygląda na to, że nikt jej dokładnie nie wytłumaczył, jakiego rodzaju modelingiem będzie się zajmować.)

Na kolejny etap przyszedł czas, kiedy pogoda zaczęła nas bardziej rozpieszczać. To był maj, pachniała Saska Kępa, a my wybieraliśmy się z dłuższą wizytą do moich rodziców.

- Mamo, czy jesteś gotowa dla dobra wnuka zaryzykować stan swoich dywanów?
- Słucham? O co chodzi? O czym ty mów…
- Mamo! Dobro wnuka! Jesteś gotowa?
- Jestem…? – głos po drugiej stronie słuchawki lekko się załamał.
- W takim razie daj na mszę. Będziemy odpieluchowywać Młodego.

Zaczęliśmy od rana. Było cudownie ciepło, na podwórku pachniał świeżo skoszony trawnik. Byłam pełna optymizmu.

Pod wieczór na suszarce suszyły się WSZYSTKIE majtki Filipa i kilka par wilgotnych spodenek (których zakładanie zarzuciliśmy wczesnym popołudniem, bo po prostu nie miało to sensu). O ironio, nocnik był jak najbardziej suchy. Nie zliczę wszystkich zadanych prze cały dzień pytań o siku, po których następowało głośne Njeee! i maraton zygzakiem w kierunku od rodzica w siną dal.

Zaczynałam się zastanawiać, czy za kilkanaście lat moje dziecko nie będzie przypadkiem jedynym studentem w pielusze…

No ale spać trzeba, potem przychodzi kolejny poranek, początek nowego dnia,  w którym można się wykazać niezwykłą kreatywnością. Albo po prostu wypróbować nową strategię – przekupstwo.

- Mama, jaja ciuciu!
- Synku, włączę ci bajkę, jeśli usiądziesz na nocniku.

Chwilę później…

- Miśku, Miśku obudź się! Filip zrobił siku do nocnika!
- Ale o so chozi…?
- Miśku! SIKU DO NOCNIKA!!!
- Siku…? Nocnik…? Wysikałaś się do nocnika…?
- Trzymajcie mnie… Twój syn! Twój syn zrobił SIKU DO NOCNIKA! A ty sobie tak zwyczajnie śpisz!
- O, fajnie… Brawo, synu…
- Babo!
- Tak, brawo… Mogę jeszcze pospać…?

Za plecami Ojca Polaka zniżyłam się jeszcze do obietnicy, że za każde posiedzenie na nocniku będzie jeden rodzynek w czekoladzie, a za sukces w tymże nocniku dodatkowy rodzynek nagrodowy.  W południe mieliśmy na koncie jedno dziecko wymazane czekoladą, jedną wpadkę i dwa siki do nocnika. Sukces jak się patrzy.

Potem poszło gładko. Trzeciego lub czwartego dnia nie zanotowaliśmy już żadnej wpadki sikowej, a po wyjeździe od Dziadków Filippo przestał łączyć posiedzenie nocnikowe ze słodką nagrodą.

Włala!

Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że po pierwszym beznadziejnym dniu tak łatwo poszło. Po tygodniu dostaliśmy mądrą radę od Siostry Misiesława, żeby pozbyć się też pieluchy na noc, skoro co rano jest sucha.  Trzy noce, trzy wpadki, ale od tamtego momentu luz blues i sik jest pod kontrolą przez całą dobę. Kupiliśmy też deskę na sedes (skoordynowaną kolorystycznie z nocnikiem, a jakże), trenowaliśmy podlewanie krzaczków. Dziś temat sikania w wielu miejscach i na wiele sposobów mamy rozpracowany.

Z kupą gorzej. Tu droga jest bardziej wyboista (i smrodliwa, rzecz jasna), ale sikowy sukces tak nam uderzył do głowy, że bliskie kontakty trzeciego stopnia z ekskrementami nie robią już na nas wrażenia. Po prostu przeczekamy i będzie dobrze, bo prowdę godoli, że Młody musi do tematu dorosnąć i tyle.

Czekamy więc cierpliwie, choć czasami ta cierpliwość jest wystawiana na próbę. Szczególnie Miśkowa cierpliwość. Wtedy z łazienki dobiega mnie rozpaczliwy jęk:

- Ojesssssu, włożyłem w to palca…

I to mówi facet, który skakał parę razy ze spadochronem i potrafi się posługiwać karabinem! No cóż, nawet najodważniejszemu żołnierzowi przyda się od czasu do czasu dobra rada.

- Mydło wszystko umyje, słońce moje, nawet uszy i szyję. I palca w kupie.

23:02, fiona_apple
Link Komentarze (1) »
czwartek, 17 maja 2012
O domniemaniu niewinności

Kolega w pracy:

- Jak się czujesz? Wszystko w porządku?
- Tak, choć jestem coraz cięższa i coraz intensywniej to odczuwam. Ale i tak to nic w porównaniu z wielorybem, jakim byłam w tym samym czasie w pierwszej ciąży.

Kolega był wyraźnie wstrząśnięty (choć wcale nie zmieszany):

- To nie będzie twoje pierwsze dziecko???
- Nie, drugie.
- Nieźle, nigdy bym nie powiedział. Bo wiesz – wyglądasz tak… tak… - kolega myślał tak intensywnie, że pot wystąpił mu na czoło – Wyglądasz, jakbyś właśnie skończyła studia!

Nie jest ważne, że pewnie kłamał albo nie widzi na jedno oko (albo oba). Mam świadków, że stwierdził, że wyglądam młodziej niż metryka wskazuje. Ha!

Poza tym jego pełne chłopięcej niewinności przekonanie o czystości płciowej oraz bezpłodności wśród studentek rozwaliło mnie doszczętnie.

Na jakim wydziale się ten pędraczek uchował?

17:40, fiona_apple
Link Komentarze (5) »
wtorek, 15 maja 2012
Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia

Poranna droga do pracy. Korek jak zwykle – ani mniejszy, ani większy niż wczoraj i przedwczoraj. W odtwarzaczu najnowsza płyta Miki Urbaniak. Śpiewam jak najlepsza diva. Dobrze jednak, że Mika śpiewa głośniej, bo przynajmniej auto mi ze stresu nie rdzewieje.

Kierunkowskaz, manewr, wczeska. I znowu stoję. Fajna ta audicka po lewej. Może i mnie kiedyś będzie stać? Za trzysta pięćdziesiąt lat, hłe hłe. Tylko kolor trzeba by wybrać jakiś oryginalniejszy.

Czy wzięłam z domu identyfikator? Moja dłoń nurkuje w torebce, wzrok cały czas na drodze. Błyszczyk jest, komórka jedna, druga, kalendarz… Gdzie ten identyfikator??? Jest. Dobrze. Dobrze, że jest.

A to? Aha. Wiem. Kanapki. Pasta z makreli. Świeżutka. Zrobiona rano przy akompaniamencie dwuipółletniego głosiku: Mama, chudź. Chudź! Chudź!!!

Smakowicie pachną te kanapeczki. Zaczynają do mnie przemawiać. Prawie tak jak torebka. Kanapki-masochistki. Zjedz mnie… Zjedz mnie…

No właśnie. Bo ja głodna jestem. W sumie na tym etapie ciąży coraz mniej jest chwil, kiedy nie myślę o jedzeniu. Ale przecież to nie czas na diety. Poza tym śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Pierwsze, drugie czy trzecie – jakie to ma znaczenie?

Jedna. Zjem jedną. I tak prawie się nie poruszam w tym korku. Ależ wzrok kierowcy audicy! Pewnie też głodny i zazdrości.

Po pierwszej kanapce zaczyna mnie ssać. Jak to możliwe, żeby być bardziej głodnym po jedzeniu niż przed? No dobra. Zjem też drugą. Co miałam już nakruszyć to nakruszyłam. I znowu ten kierowca audicy. Żebym tylko mogła mu pokazać swój brzuch! Ciężarnej można!

O! Ruszyli! Już rondo blisko. Za nim się nie stoi. I w ogóle droga szybko mija, kiedy nie myślę tylko o jedzeniu. Jeszcze pięć minut. A potem za młoty i kilofy – do pracy rodacy.

Tyle że po lewej stronie coś… Tak jakby… Niemożliwe… Czyżby… Ale jednak… Tak, dokładnie – po lewej stronie… Ssie mnie trochę. Troszeczkę. Choć jakby bardziej z każdą chwilą, kiedy o tym myślę. Więc próbuję nie myśleć, ale to niemożliwe. Bo przecież ssie!

Trzeba sprawdzić, czy na stołówce nie mają kanapek z tuńczykiem.

PS. A tak to wszystko mogło wyglądać z zewnątrz.

23:50, fiona_apple
Link Komentarze (5) »
wtorek, 08 maja 2012
Mama tata chicho czyli opowieść o Jasiu Wędrowniczku

Spokojna wiosenna noc. Przez uchylone okno wpada miła bryza.

Tup tup tup tup.

- Mama tata chicho!

Mamma otwiera pół lewego oka. Półotwiera. Spogląda na budzik – 2:30.

- Syyynkuuu… Chcesz spać z naaaamiiii?
- Tak, tak, tak! Mama tata chicho!

Małe ciałko gramoli się pomiędzy mnie i Misiesława. Miśku jeszcze nic nie zauważył…

- Ałłłłłć! Co do chole… Ałłłłłć! Filip, zabierz łokieć sprzed mojego nosa!

Już zauważył.

Ja w międzyczasie strategicznie przekręcam się plecami do Pierworodnego, żeby chronić Drugorodnego przed dwuipółletnimi kończynami rozrzucanymi konwulsyjnie bez szacunku dla worków treningowych znanych w innych okolicznościach jako ciała rodziców.

Kiedy Młody dostał jesienią nowe łóżko, bardzo długo zachowywał się, jakby było zaopatrzone w elektrycznego pastucha. Wystarczyła jednak pojedyncza nocna wycieczka na trasie pokój Filipa – sypialnia rodziców (chyba mu się wtedy coś przyśniło) aby wszelakie mentalne ograniczenia wyparowały. Teraz Filippo potrafi wpaść w cug i wpakowywać się do chicho rodziców noc w noc na przykład przez dwa tygodnie.

Owszem, pobudki z przyklejonym malcem są miłe, ale to co się dzieje przed pobudką… Święty pańscy, jakież to aerobiki wyprawia moje dziecko w okolicach wschodu słońca!

Najgorzej jest, kiedy Pierworodny zgra się z Drugorodnym. Pierwszy bach! kolanem Matkę w nerę, Drugi bach! poprawia od środka. Pierwszy bach! doładowuje piętą z półobrotu, Drugi bach! bach! synchronizuje obie swoje pięty, żeby spróbować moje nerki zamienić miejscami. Pierwszy znowu bach!, tym razem łokciem, Drugi bach! nie chce pozostać gorszy. Powoli usuwam się z miejsca napaści i w pewnym momencie wiszę brzucholem nad podłogą, zastanawiając się, czy grawitacja mnie ściągnie, czy jeszcze nie da rady. Najczęściej ratuje mnie zmiana frontu Karate Kida, który jednym płynnym acz zdecydowanym ruchem próbuje uniemożliwić Tatusiowi spłodzenie kiedykolwiek Trzeciorodnego.

Na dzienne drzemki w domu rodzicielskie chicho też nie ma ostatnio sobie równych. Tutaj można się wygodnie rozłożyć, rozrzucić odnóża, zażyczyć sobie spania pod miękką narzutą.

Chicho

Czyżby czekała nas nieoczekiwana zamiana miejsc z Młodym? Exodus na mniejszy metraż?

Dobrze zbudowany drab i coraz większa ciężarna na materacu o wymiarach 70 x 140 cm. To będzie widok.

PS. Nie pytajcie, dlaczego chicho oznacza łóżko i spanie, bo pojęcia nie mam. Może Miśku świszcze przez sen: chiiiiiiiiiiiiiiii… choooooooooooo… A może moje wielorybie ciało przetacza się nocami powodując skrzypienie? Filippo jeden wie. Ale nie powie.

23:09, fiona_apple
Link Komentarze (10) »
czwartek, 26 kwietnia 2012
Potyczka o mistrzostwo świata w sprycie

Śpiewam, bo muszę. Małoletnie mnie trzasnęło książeczką z tekstem do śpiewania, więc śpiewam. Skrzeczę, znaczy się, a melodię po pół sekundy diabli biorą – choć niby śpiewać każdy może.

- Jadą, jadą misie. Hop, siup, tra la la. Śmieją im się pysie…
- Ha ha ha.

Małoletnie śpiewa? I to zgodnie z oryginałem??? Przecież to pan Dydyn, on niczego nie powtarza. Sprawdźmy, czy to nie zbieg okoliczności.

- Przyjechały do lasu, narobiły hałasu. Przyjechały do boru, narobiły…
- Ru ru ru!

Znowu! No to lecim!

- Jadą, jadą misie. Hop, siup…
- Ja ja ja.
- Śmieją im się pysie…
- Ha ha ha ha ha.

Czuję się jak mistrz świata w sprycie. Nie chciał powtarzać, a powtarza. A kto to sprawił? Mła, w rzeczy samej. Mła!

- A Misiowa jak może, ciągle szuka w komorze. Plaster miodu wynosi, pięknie gości swych…
- Osi!

Geniusz, geniusz po prostu!

- Jedzą, jedzą misie. Hop, siup…
- Ja ja ja.
- Śmieją im się pysie…
- Ha ha ha ha ha.

Zadowolenie z siebie prawie mnie zatyka.

- Zjadły wszystkich plastrów sześć i wołają…
- Date je!*

Teraz będzie można zaśpiewać cokolwiek kilka razy, a on powtórzy. Ach! Who’s da man? Mamma is da man!

- Zjadły wszystkich plastrów sześć i wołają…
- Date niam niam!*

???

!!!

A miało być tak pięknie…

 

*Wyjaśnienie dla zupełnie niezorientowanych w temacie: Ostatni wers, powtarzany dwa razy, to „Dajcie jeść!”

22:12, fiona_apple
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 kwietnia 2012
Szósty trymestr

Zaczęłam trzeci trymestr mojej drugiej ciąży, który z dużym prawdopodobieństwem będzie szóstym i ostatnim ciążowym trymestrem w moim życiu.

Nie wiem, kiedy minęły poprzednie dwa. Przeca to całe pół roku! Czy ktoś połknął te wszystkie tygodnie, czy jak?

Brzuch urósł mi ostatnio znaczenie. Wydaje mi się, że jest większy niż w analogicznym okresie z Filippo. W każdym razie trudno się dziś wyprzeć, że oczekuję:

Brzuch kwiecień 2012

No chyba że ktoś spojrzy na mnie z tyłu, wtedy mogę jeszcze udawać. Tylko trudno jest jednak budować relacje społeczne od strony pleców.

Tyły

Poza tym wystarczy, że się ruszę i już nie ma wątpliwości. Wyuczony prawie trzy lata temu kaczy chód opanowuje mnie i tym razem. Tyle że na tym etapie nie ma już przechodzenia do gracji i żwawego kroku – Kaczor Donald rulez.

Pomimo że tyję wolniej niż poprzednio (i niech tak zostanie do końca, bogowie wszystkich religii!), odczuwam ciągłe skutki taszczenia ze sobą dodatkowego balastu. Czasami boli mnie dół kręgosłupa, zaczynają od czasu do czasu puchnąć łydki (kochane pomarańczowe kaloszki, nasze wspólne dni są chyba policzone, chlip, chlip…).

Mam wrażenie, że mój drugi syn nigdy nie wypoczywa. Kiedy tylko zatrzymam się, usiądę, stanę na moment, odczuwam jego energiczne kopniaki. Ruchów Filipa raczej nie odczuwałam nigdy jako dyskomfortu, a teraz jak dostanę czasami w jakiś narząd… Panocku! Gwiazdy widzę, łzy mi stają w oczach, brakuje tchu. A na koniec puszczam bluzga.

W pracy zwalniam obroty… za chwilę. Po długim weekendzie majowym przychodzi osoba na zastępstwo, będziem się szkolić. A potem wywieszam białą flagę, bo coraz szybciej się męczę i czuję, że coraz mniej można na mnie polegać.

Ostatnie wakacje we trójkę zaliczone. Było fantastycznie przez tydzień skupić się na rodzinie w takim kształcie, jaki ma teraz. Zresztą nawet teraz po powrocie nie mam wielkiej ochoty na spotkania w większym gronie. Dociera do mnie, że na długi czas stracę możliwość poświęcenia całej swojej uwagi Filipowi, więc staram się jak najczęściej być z nim i dla niego. Dziś na przykład razem sprawdzaliśmy, czy farby plakatowe są rzeczywiście nietoksyczne. Pędzel regularnie wędrujący do ust Filipa w czasie tworzenia abstrakcyjnych arcydzieł potwierdził, że na pewno muszą być smaczne.

Czeka nas jeszcze uzupełnienie niemowlęcej wyprawki. Na szczęście nie jestem już takim leszczem i z wyżyn swojego doświadczenia życiowego potrafię ocenić, co nam się naprawdę przyda, a co należy olać ciepłym moczem.

Na koniec wisienka na torcie – wybór szpitala. Jak na razie temat omijam szerokim łukiem, obiecując sobie, że POMYŚLĘ O TYM JUTRO za każdym razem, kiedy temat przemknie mi przez głowę. Na dodatek kuszę los śmiejąc się do Miśka, że skoro pierwszy poród był całkiem szybki, tym razem tempo może nas naprawdę zaskoczyć i musimy być na serio przygotowani do porodu w domu. Ale chyba powinnam wiedzieć przynajmniej, w którą stronę się kierować, jeśli jednak wyjedziemy z garażu, prawda?

22:42, fiona_apple
Link Komentarze (16) »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Reminiscencje z ostatniej dekady

(Myśli zebrane 16. kwietnia 2012 gdzieś nad Pirenejami podczas powrotu z wiosennych  wakacji.)

Kończę dziś 30 lat.

A dziesięć lat temu… W sumie to wcale nie pamiętam, co robiłam dziesięć lat temu.

Byłam wtedy na pierwszym roku studiów, mieszkałam z koleżankami na warszawskich Bielanach. Czy poszłyśmy na pizzę, żeby poświętować? Kupiłam sobie coś fajnego? A może po prostu próbowałam doczytać kolejną ze stosu lektur przy łóżku? Pustka, zero wspomnień.

Te dwie daty dzieli przepaść. Wtedy byłam nieopierzonym dziewczęciem próbującym przestawić się z życia w małym miasteczku we wschodniej Polsce na wielkomiejski pośpiech. Dziś mój starszy syn pochrapuje oparty o okno samolotu, a młodszy uprawia akrobatykę sportową pomiędzy moją wątrobą a nerkami. Po lewej siedzi Miśku. Jesienią będziemy obchodzić dziesiątą rocznicę poznania – związek z nim to prawie jedna trzecia mojego życia.

Nie potrafię przenieść się w czasie i wyobrazić sobie, co pomyślałoby tamto nieopierzone dziewczę widząc dzisiejszą mnie. Ale patrząc w drugą stronę, cieszę się z drogi, którą przeszłam i z każdej chwili, która mnie od tamtej pory spotkała. Nie na wszystko miałam wpływ, momentami dawałam się ponieść fali i szczęśliwie nie utonąć, ale na wielu zakrętach świadomie brałam rzeczywistość za rogi nie bojąc się ryzyka.

Choć patrząc w lustro widzę, jak czas obszedł się ze mną, jestem nie tylko wytworem biernej potyczki z jego upływem. Wiele z nabytych niedoskonałości mojej fizys to jak najbardziej doskonałe dowody na to, że ostatnią dekadę PRZEŻYŁAM do cna – te lepsze i gorsze momenty. Jak Babcię z Nazwiskiem kocham – było warto.

Nie oddałabym w depozyt ani jednego  z ostatnich dziesięciu lat, bo to zabrałoby mi wspomnienia, których, w przeciwieństwie do rzeczy zgromadzonych, nikt mi łatwo nie odbierze. Te wspomnienia dają mi siłę na każdy kolejny tydzień, miesiąc i rok. Mam mnóstwo planów, jeszcze więcej marzeń, a ostatnia dekada właśnie pokazuje, jak wiele z nich może się spełnić.

Jest jeszcze tyle do zrobienia, miejsc do odwiedzenia, smaków do spróbowania. Z każdym nowym członkiem mojej rodziny doświadczenia zbiera się inaczej, ale zawsze coraz intensywniej.

Najważniejsze jest chyba to, że pomimo wielu drobnych codziennych porażek, lubię siebie coraz bardziej. I jestem przekonana, że moje życie dziś idzie w dobrym kierunku.

Życzę każdemu takich urodzin.

Wrrróć!

Życzę każdemu takich dni jak mój dziś zupełnie bez okazji. Najlepiej codziennie.

Fiona
(dziwny osobnik, któremu każde kolejne urodziny dają coraz to większego pozytywnego kopa)

22:52, fiona_apple
Link Komentarze (16) »
sobota, 07 kwietnia 2012
Dwie perspektywy

Do banku nas wezwali, trzeba złożyć ważne podpisy na nie mniej ważnych dokumentach. Razem trzeba złożyć.

W środy są miłosierni – pracują do 19:00.

Atakujemy placówkę banku z dwóch stron. Z jednej strony Ojciec Rodziny, który zdążył odebrać Syna Swego Jedynego ze żłoba, pójść do Pompona i, ku swojemu ogromnemu zdziwieniu, miał okazję zrelaksować się i wypić w miarę spokojnie kawę („Zobaczył makietę z kolejką i zniknął! Poczytałem gazety – wyobrażasz to sobie???”). Z drugiej strony Mamma w biegu z późnego spotkania w robocie.

Wparowujemy do banku. Placówka jest mała, tchnie spokojem. Cztery biurka, dwa zajęte. Pod ścianą mała sofa, dystrybutor z wodą, kubki, filiżanki, stojak z ulotkami.

Kubki? Filiżanki? Woda? Ulotki? Będzie jazda.

- Zapraszam państwa do mnie. Zaraz znajdę państwa umowę.

Filippo nie ma już na sobie kurtki, która leży pod sofą. Dlaczego on w żadnym innym miejscu tak szybko się nie rozbiera? Szalik ciągnie się pięknie po podłodze. Czapka? A, czapka… To ten przybrudzony kawałek materiału pod prawym ubłoconym butem.

- To może mąż podpisze dokumenty pierwszy, a ja w tym czasie zajmę się synem.

Szelest. Pokaźna liczba ulotek znajduje się już na podłodze. Jedna z nich w tym momencie jest sprawnie zamieniana przez małe dłonie w drobne konfetti. I tak dobrze, że stojak stoi, bo ostatnio w przychodni w analogicznej sytuacji już leżał na podłodze.

Stymulująca zabawa celulozą już zakończona. Brzdęk! Brzdęk!

- Synku, to są filiżanki do kawy. (w tle brzdęk! brzdęk!) Jeśli będziesz uderzał filiżankami o spodki, mogą się potłuc. I wtedy klienci nie będą mogli wypić kawy.

Na twarzy Młodego zrozumienie. Kawa! A to oznacza, że blisko jest…

Mała dłoń sprawnych ruchem wyszarpuje z pojemnika kilka saszetek z cukrem. Pół sekundy i Filippo jest przy drzwiach wejściowych. Saszetki z cukrem groteskowo wystają mu z ust (dalej nie dało się ich włożyć), a zęby pracują w szaleńczym tempie, żeby wydobyć jak najwięcej słodkości z papierków zanim Mamma dobiegnie. Pfff! Nadgryzione saszetki lądują na podłodze. Cukier, rzecz jasna, też.

Nachylam się z gracją hipopotamicy, zbieram papierki.

- Mama! Pipi!

Młody wyjął z dystrybutora jakiś tuzin plastikowych kubków.

- Maaamaaa! Piiipiii!

- Ja już podpisałem, zajmę się Młodym. Synku, chcesz pić?

Osuwam się na krzesło. Pani za biurkiem pokazuje paznokciem z pięknym frenczem, gdzie machnąć trzy iksy czy co tam sobie wymyśliłam jako podpis. Gryzmolę litery. W tle słyszę Misiesława, który próbuje przekonać Filipa, żeby pił wolniej. Potem słychać dziwny plastikowy skrzek. Odwracam się. Młody próbuje włożyć nieużyte kubki do dystrybutora. Od dołu. Na siłę. Na wcisk. Choć się nie da.  On jednak próbuje. Uparcie. Skrzrzrzeeeeek! Skrzrzrzeeeeek!

Mój podpis złożony. Wstaję. Plastikowe kubki lądują na podłodze.

Zarządzamy odwrót. Jednak nasze plany mają się nijak do planów Małoletniego, który urządza slalom pomiędzy dorosłymi nogami i krzesłami. Jakimś cudem wymyka się nam kilka razy. Wyglądamy jak idioci, biegając za nim i machając desperacko rękoma.

- A może chcesz słodkiego cukierka? Ja ci dam cukierka, a ty potem ładnie założysz kurtkę. Oczywiście… – wzrok pracownicy banku ląduje na nas – …jeśli rodzice pozwolą.

Hehe, czyli reakcje wszystkich poprzednich rodziców były różnorakie.

Cóż jednak znaczy moja czy Miśka opinia, kiedy dziecko głupie nie jest i zauważyło, że podczas wymawiania „ja ci dam cukierka” miła pani skierowała wyfrenczowany pazur w stronę miseczki z krówkami stojącej na jej biurku. Jak mógł tego wcześniej nie dojrzeć! Jedna tysięczna sekundy i dłoń Filippo ląduje w krówkach.

- Tylko jedna! – decyduję. Znaczy się, wyjękuję zmęczonym głosem z nadzieją, że Młody nie wyjmie dziesięciu obiema dłońmi i nie spróbuje ich wszystkich naraz włożyć do ust razem z papierkami.

Bierze jedną, pomagam mu z papierkiem. Cały cukierek ląduje w buzi.

- Synku, powoli. Nie cały naraz!

Filippo z trudem żuje wielką krówkę. Z ust spływa mu mieszanka śliny i karmelu. Kiedy potok przybiera pokaźne rozmiary, Młody szybkim ruchem zbiera brązowawą wydzielinę, szybko się rozgląda i zanim zdążę wypowiedzieć pierwszą głoskę „nie”, wciera płyn w siedzisko krzesła.

Punkt do przemyśleń dla banku – czy jasne obicie mebli w takim przybytku jest praktyczne?

Cukier najwyraźniej uderza Młodemu do głowy, bo zakłada kurtkę bez protestu. Ja próbuję dopiąć swoją kurtkę – zimową, psia mać! Już tak ładnie wyglądałam w wiosennym płaszczu (nie dopina się, ale za to ma pasek, który można elegancko przewiązać nad brzucholem), a tu zimoweniewiadomoco wróciło i jestem zmuszona zakładać cieplejsze okrycie, w którym, niestety, wyglądam jak baleron.

Cała wizyta trwała może z pięć minut.

Pracownica banku podchodzi do mnie i przygląda się, jak Miśku próbuje założyć Fiilipowi czapkę, po czym Młody ją zdejmuje pod pretekstem tego, że ucho mu się podwinęło (choć wcale nie jest podwinięte), Miśku ponawia próbę, Filippo zdejmuje, Miśku zakłada, Filippo zdejmuje…

- Macie państwo niezwykle żywe dziecko. (wzdycham) Ale co z tego, skoro jest taki słodki. Ten uśmiech rozbroi każdego. Poza tym, wie pani, chyba lepsze takie dziecko niż mruk siedzący w kącie?

Czyżbym słyszała entuzjazm w głosie? Autentyczny zachwyt? I do tego tak łatwo dała się zbajerować uśmiechowi i dołeczkom w policzkach?

Na pewno bezdzietna.

11:20, fiona_apple
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 marca 2012
Mam dwa latka, dwa i pół

Jakże łatwo było pisać o rozwoju dziecka w pierwszym roku jego życia. Co miesiąc – rewolucja!

Uśmiecha się!
Trzyma pewnie głowę nad podłogą!
Przekręca się z pleców na brzuch i odwrotnie!
Chwyta grzechotkę!
Siedzi!
Raczkuje!
Wstaje!
Chodzi!

Z dwuipółlatkiem sprawa ma się nieco inaczej. Rewolucje zastąpiła ewolucja, a ważniejsze stało się nie to, co już potrafi (albo czego jeszcze nie potrafi), a to, jaki jest.

Fizycznie niezwykle podobny do Ojca Swego Jedynego. Takie same dołeczki w policzkach przy uśmiechu, taka sama niezwykle oryginalna linia włosów. Nawet chodzą podobnie.

Z charakteru bardziej jak Mamma – w gorącej wodzie kąpany, najpierw robi, potem tego żałuje. Bardzo gwałtownie reaguje, kiedy coś idzie nie po jego myśli. Uparty.

Wciąż pozostaje fanem wielkich pojazdów i sprzętu ciężkiego. Codziennie rano w drodze do żłobka zauważy każdą śmieciarkę, koparkę, autobus, tramwaj, wóz strażacki i betonowóz. Bum bum fy chudź! Pam fy chudź tam! Mamma wtóruje: Śmieciarko, jedź za nami! Panie śmieciarzu – proszę jechać tam!  A potem jedziemy sobie w cudnych oparach śmieci…

Lubi układać puzzle, budować garaże z klocków, wozić kostki domina ciężarówką. Potrafi spędzić dużo czasu sam „czytając” sobie książki. Odkrywa na nowo te już jakiś czas temu zapomniane. Powoli zaczyna czerpać radość z rysowania i malowania (oraz ufajdania siebie od stóp do głów w tym procesie).

Pomocnik – asystuje w kuchni, najchętniej przy pieczeniu ciastek i muffinów. Przed każdym posiłkiem nakrywa stół i jak na razie nie było ofiar ani w talerzach, ani w szklankach. – I noże też nosi? I widelce? – oczy Teściowej są wielkie jak spodki. – Przecież to niebezpieczne!  No cóż, no risk, no fun. Poza tym czego Jaś się nie nauczy…

Ma preferencje – setki preferencji. Uwielbia sok jabłkowy, lubi porzeczkowy, ale multiwitaminowy wypluwa. Miejsce przy stole zawsze to samo. Ręcznik? Woli ten w paski od tego z rybą. Bluza? Najchętniej niebieska, biała też ujdzie, z najnowszą w kratkę na razie się zaprzyjaźnia. W bólach. Na plac zabaw zawsze wchodzi tym samym wejściem.

I tak dalej, i tak dalej…

To wszystko tylko ułamek promila tego, kim jest mój syn. Opisanie parulatka graniczy z niemożliwością – rzeczy do wzięcia pod uwagę jest byt wiele, wariacji na ich temat wręcz nieskończoność, a na dodatek część z parametrów to wieczne zmienne.

Jedno się tylko nie zmienia - jest cudny. Bo jest nasz.

 Dwuipółlatek

23:36, fiona_apple
Link Komentarze (10) »
niedziela, 25 marca 2012
Toys for boys 5

Czas biegnie, świat się zmienia. Dziś mamy maki, pecety, ajfony, ajpady, konsole, platformy i kto wie, co jeszcze.

A dzieci pozostają po prostu dziećmi i potrafią zachwycić się tym, czym i my, i nasi rodzice też, zachwyciliby się równie mocno w ich wieku.

Pudło 1

Pudło 2

Pudło 3

Pudło 4

Pudło 5

 ***

The Toys for boys series:
1234

22:53, fiona_apple
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36