RSS
czwartek, 03 września 2015
Jak to możliwe, że początek szkoły Filipa mnie nie stresuje?

Oczy Was nie mylą - początek szkoły Filipa mnie nie stresuje. Owszem, przeżywam (są to głównie zachwyty / wzruszenie / przerażenie * związane z faktem, że on jest już taaaaki duuuuży), ale nie martwię się nic a nic. 

Skąd wynika ten zaawansowany poziom zen w tak kluczowej sprawie, będziecie się głowić. I jak mogła go osiągnąć cudownie neurotyczna w swej naturze Fiona? Wszak od wczoraj, jak Polska długa i szeroka, rodziców pierwszaków wypełnia troska o los dzieciąteczek delikatnych jak te lelije, wysłanych w okrutne tryby państwowego systemu edukacji.

Nie, Filipowski nie idzie do niepublicznej szkoły (chociaż miesiąc temu opuścił mury prywatnego przedszkola, do którego go przenieśliśmy po roku w placówce państwowej). Szkoła jest jak najbardziej publiczna, a co więcej - o zgrozo! - po prostu nasza rejonówka. 

Odpuszczę sobie w tym momencie kwiecistość języka, abyście nie mieli wątpliwości, że to nie sarkazm i ironia, tylko naprawdę jestem spokojna o Filipa. Powodów ku temu jest kilka - zagrały tutaj zbiegi okoliczności podparte odrobiną szczęścia, ale przede wszystkim moja filozofia edukacji systemowej, która jest, według wielu znajomych, szalona ekhem, oryginalna.

Szkoła-1

1. Mam bardzo dobre wspomnienia ze swoich lat szkolnych.

Świetnie wspominam swoją podstawówkę, całkiem znośne było też liceum. Nie mam żadnych traum związanych ze szkołą. Na pewno wpływ na to ma fakt, że zawsze miałam łatwość uczenia się, nawet przedmiotów, które mnie nie interesowały - byłam marzeniem każdego nauczyciela. Aż w połowie każdej ze szkół (mniej więcej koło szóstej klasy podstawówki i pod koniec drugiej licealnej) dochodziłam do wniosku, że warto zacząć kapitalizować wysiłek włożony w naukę i stawałam się koszmarem kadry pedagogicznej - krnąbrna, wyszczekana dziewczyna, która ma wywalone na reguły, ale niewiele można jej zrobić, bo nie ma przedmiotu, gdzie można by ją zagiąć. Ech, złote czasy... 

W każdym razie bardzo szczerze opowiadam Filipowi, że szkoła to fajne miejsce, mając nadzieje, że nauczy się sprawnie nawigować w szarych strefach (bo takie istnieją, nie jestem oczywiście fanatyczną idealistką).

2. Filip osiągnął poziom dojrzałości, którego nie podejrzewałabym dwa lata temu

Z państwowego przedszkola zrezygnowaliśmy, ponieważ według tamtejszych pedagogów Młody zbyt odstawał od norm (długa historia). Zastanawiałam się wtedy, jak to będzie, śledziłam zasady wysyłania maluchów do szkół, stresowałam się. I oczywiście koniec końców trafiliśmy na falę dwurocznikową (lucky me).

Filip nie jest modelowym bezproblemowym pierwszakiem. Jest chłopcem bardzo wrażliwym, trudno radzi sobie z porażkami, niełatwo przekonuje się do narzuconych zewnętrznie aktywności, jest też potwornie roztrzepany. Przeszło mi przez myśl, że można by coś działać z poradnią pedagogiczną, ale potem spojrzałam w lustro. To są moje cechy. Geny. Za rok będzie sobie lepiej radził z kłopotliwymi obszarami, ale one nie znikną. Coś mi wewnętrznie powiedziało, że środowisko szkolne bardziej mu pomoże niż pozostanie w przedszkolu.

3. Do klasy Filipa idzie pół osiedla.

Przedszkole, do którego przez ostatnie dwa lata chodził Filip, znajduje się jakieś 300 metrów od naszego bloku. W grupie Młodego znajdowały się właściwie tylko i wyłącznie dzieciaki z podwórka naszego i sąsiednich. Kiedy na spotkaniu organizacyjnym dyrektorka szkoły powiedziała, że nie ma problemu z przyjmowaniem przedszkolnych kolegów do jednej klasy, zorganizowaliśmy się z innymi rodzicami i złozylismy taki wniosek.

Koniec końców w klasie Filipa jest ósemka dzieci z jego zerówki i jeszcze dodatkowo dwóch chłopców z naszego blogu. Dziesięcioro znajomych dzieci w dwudziestosobowej klasie! Znają się jak łyse konie, lubią się. Już pierwszego dnia widać było, jak się wspierają. Nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego startu dla Filipowskiego.

4. Szkoła jest kameralna

Klas drugich i wyżej jest po trzy w roczniku. Pierwszaki miały mieć cztery oddziały, ale ostatecznie, z powodu liczby zainteresowanych, utworzono pięć klas. Niestety, nie udało się utrzymać wyłącznie porannego rozpoczynania zajęć, jednak wciąż jest to placówka, w której wszyscy się znają, a każde dziecko jest imieniem i konkretnym zestawem cech dla nauczycieli, woźnych i dyrekcji (co raczej nie jest możliwe w molochach z kilkunastoma klasami w każdym roczniku).

Nie będę czarować, szkoła Filipa ma swoje minusy. Warunki lokalowe są jakie są - budynek pachnie raczej PRLem, a boisko wciąż czeka na fundusze, które wydobędą sportowy potencjał z betonowej pustyni (podobno ma być zrobione latem 2016 - uwierzę, jak zobaczę). Na szczęście plac zabaw dla klas początkowych jest odnowiony.

5. Sukces edukacyjny to i tak niezbyt istotny promil sukcesu życiowego

Zauważyliście pewnie, że nie wspomniałam o wynikach Egzaminu Szóstoklasisty w naszej szkole. Szczerze mówiąc, nie znam ich i mnie nie interesują. A sensowna oferta zajęć dodatkowych jest? Żeby się dzieciaki mogły rozwijać? Coś tam chyba jest, ale nie wczuwałam się za bardzo. Pożyjemy, zobaczymy. Rankingi? Opinie? Don't make me laugh...

Edukujemy dzieci, żeby mogły osiągnąć sukces w takiej formie, jaka nam się wydaje gwarantująca szczęście. Robimy to w systemie, jaki jest dla nas dostepny - niektórzy z nas, rodziców, mają większe pole manewru z powodów finansowych i logistycznych, ale i tak zamysł jest ten sam: dziś wyślę dziecko do takiej a takiej szkoły, a za dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat jemu będzie w miarę lekko żyć (a przynajmniej lżej niż mnie).

Uderza przede wszystkim rozłożenie założeń i rezultatów w czasie. Robicie może szczegółowe plany swojego życia na najbliższe piętnascie, dwadzieścia lat? Wiecie, gdzie będziecie pracować, mieszkać w roku 2035? Pewnie nie. Bo czy dziś można to przewidzieć?

A jednak wybór szkoły dziecka to dla wielu nieprzespane noce, decyzje życia i śmierci, bo musimy dziś, tutaj i teraz zrobić krok milowy ku sukcesowi narybku we wspomnianym wczesniej 2035 roku.

Przypomnijcie sobie teraz rok 1995. Tak, wiem, to właściwie były inne czasy. I o to chodzi! Postęp technologiczny, jaki się dokonał, zmiany społeczne - niewiarygodnie. Nasze dziś to kosmos, którego wtedy nie potrafiliśmy sobie wyobrazić. 

I tak właśnie myslę o roku 2035 i drodze swojej i moich dzieci do niego. Jestem przekonana, że wiele zmian pójdzie w kierunkach, których dziś nie potrafimy nie tylko przewidzieć, ale zwyczajnie nie ogarnia ich nasza wyobraźnia. I dlatego nie ma żadnej gwarancji, że edukacja w systemie dnia dzisiejszego zapewni sukces naszym dzieciom za dwadzieścia lat.

OK, tak naprawdę to jestem nawet bardziej radykalna i twierdzę, że gros rzeczy uczonych dziś i czas nad nimi spędzony będzie o dupę potłuc za dwie dekady. I że edukacja poza systemem publicznym, mimo że dziś wydaje się bardziej zaawansowana i dynamicznie adaptowalna, pójdzie tym samym tropem.

No dobra, Fionka, ale czy to oznacza, że jest ci po prostu wszystko jedno???

Absolutnie nie. Nie powiem ci nigdy "Don't bother!" - raczej "Don't sweat it!".

Bardzo bym chciała, żeby decyzje, które podejmuję odnośnie moich dzieci, miały na ich życie pozytywny wpływ - nie uodporniłam się na ten rodzicielski atawizm. Natomiast nie potrafię przewidzieć, jak będzie wyglądać rynek pracy za dwadzieścia lat (bo idea pracy chyba raczej nie upadnie), jakie doświadczenia edukacyjne będą cenione, które umiejętności nie zostaną zautomatyzowane lub zastąpione przez dostępne powszechnie i tanio technologie. 

Dlatego właśnie skupiam się raczej na doświadczeniu edukacji, szczególnie teraz, na początku. Grupa kolegów, pozytywny (chociaż nie do końca miękki) start, placówka, która umożliwia budowanie lokalnych relacji (blisko domu!), utrzymanie kreatywności (także tej dla systemu niewygodnej) i elastyczności poznania. Twarde rezultaty są dla mnie wtórne - jestem przekonana, że przyjdą na odpowiednim poziomie, jeżeli środowisko nauki będzie odpowiednie.

I nie, nie zakładam, że wszystko załatwi za mnie szkoła. Wiem, że każdy system ma to do siebie, iż dogina uczestników pod wygodne średnie. Moja rola to nauczyć Filipa, że system systemem, jednak to człowiek jest w środku. Intuicja mi podpowiada, że nasza zgrzebnie wyglądająca rejonówka będzie dobrym miejscem, żeby to zrobić.

* niepotrzebne skreślić

Szkoła-2

01:06, fiona_apple
Link Komentarze (4) »
wtorek, 01 września 2015
Kiddos AD 2015

FILIP

Lat sześć bez niespełna miesiąca. Wysoki i szczupły. Niestrudzony odkrywca świata wokół, kolekcjoner szczegółów. Równie chetnie podróżuje z nami, co palcem po mapie. Zresztą mapy to jego konik - co się tylko da, pokażcie Mamusiu i Tatusiu na mapie (Warszawy, Polski, Europy, Świata, Układu Słonecznego - skala nie ma znaczenia). Zafascynowany Nelą Małą Reporterką, cytuje fragmenty programu i książek (te ostatnie czytam wciąż ja, bo składanie liter idzie wolno, ale na to przyjdzie odpowiedni moment). Uzależniony od roweru (od wiosny z przerzutkami, 300% dodatkowo do lansu i prędkości). Zimą musiałam go ganiać po stokach narciarskich, krzycząc "Fiiiiiiiiiiliiiiiiiiiiiiiiip, woooooooolnieeeeeeeeeeeeeej!!!", a sierpień spędził na grzbiecie konia (po tym, jak ponad pięć lat kategorycznie odmawiał podejścia do tych zwierząt). Krzykacz i gadzielec, furiat, ale też niezwykle czuły i opiekuńczy wobec małych dzieci i Borysa (kiedy tylko nie zakłada mu zapaśniczego nelsona). Ułoży nawet najbradziej zaawansowany zestaw Lego, ale kręci go to jedynie za pierwszym razem (czy w Lego zatrudniają małoletnich testerów nowych kolekcji?). Zjadłby każdą ilość słodyczy, gdybym czasami nie opuszczała szlabanu. Był w sklepie sam już trzy razy.

Jedyny taki Filip na całym świecie.

 Filippo 2015

BORYS

Trzyletni nieświadomy uwodziciel płci pięknej w każdym wieku - okrągłe oczęta otoczone długaśnymi rząsami robią swoje. Dziewczynki traktuje uczuciowo, ale z gracją słonia (ciekawe, czy z tego wyrośnie - niektórym facetom zostaje to do końca zycia). Pomimo ograniczeń w diecie, wygląda na dziecko jak najbardziej dożywione - ponieważ ma nigdy nie słabnący apetyt. Fruktarianin i fan oswianki na śniadanie (ale resztą też nie pogardzi). Wpatrzony w brata jak w obrazek (chyba że brat zakłada mu zapaśniczego nelsona, wtedy uczucia słabną). Śmiga na rowerku biegowym, na klasyczny siada, ale jeszcze nie rozkminił, po co sa pedały. Fan kreskówek (co tydzień na topie inna, od dwóch dni jest to Świnka Peppa po hiszpańsku - nie pytajcie dlaczego). Uwielbia Lego - najbardziej rozmontowywać zestawy swojego brata i tworzyć hybrydy jak z horroru (na przykład auto napędzane dwunastoma parami nóg od ludzików - czy mamy szukać pomocy specjalisty?). Najszybciej zasypia, kiedy Mamusia śpiewa mu "Itsy Bitsy Spider" do uszka. Od tygodnia wychodzi sam na plac zabaw przy bloku.

Jedyny taki Borys na świecie.

Borys 2015

01:40, fiona_apple
Link Komentarze (7) »
środa, 26 sierpnia 2015
We will survive!

Co może zrobić rodzina umęczona choróbskami przez cała jesień i zimę? Dobita pobytami w szpitalu? Przyzwyczajająca się do nowej rzeczywistości, którą rządzić miały leki, ograniczenia, ekwilibrystyka żywieniowa i ciągłe drżenie o stan zdrowia?

Mogliśmy usiąść i zapłakać. A my pojechaliśmy na wakacje. W tamtym sezonie nie było nart, były za to plaże kanaryjskiej wyspy Lanzarote i hulający po nich wiatr (nie ma jak wczasy last minute kupione na trzy dni przed wylotem).

Lanzarote_01

Lanzarote_02

Lanzarote_03

Lanzarote_04

Wiatr dął niezwykle mocno, co mnie na początku lekko przerażało (bo nie był wcale bardzo ciepły), ale po siedmiu dniach błogosławiłam jego cudowny wpływ na Potwory. Dzieciaki straciły gluta, skończyło się kichanie i pokasływanie. Jak się potem okazało, definitywnie, aż do końca wiosny. I to pomimo że wiosna w zeszłym roku była chłodna, deszczowa i nieprzyjemna – generalnie błeeeee.

Oszukiwałabym Was jednak, gdybym napisała, że weszliśmy w nową rzeczywistość jak w masło, zaakceptowaliśmy ją i z entuzjazmem nowicjuszy ruszyliśmy stawiać czoło nowym wyzwaniom.

Adaptowanie się do ograniczeń w diecie Borysa na początku szło nam jak po grudzie. Miałam bardzo mało pomysłów, co dawać mu jeść, więc jadł na okrągło krupnik i makaron z oliwą i warzywami albo duszoną wieprzowinę. Oczywiście najczęściej my mieliśmy swoje jedzenie, on swoje, czyli gotowaliśmy podwójnie, bo Filip i my, dorośli, mieliśmy po uszy tej monotonii. Dwa razy więcej roboty z obiadem przez większość tygodnia – świetnie, prawda? Jednak potrzeba matką wynalazku. 

Powolutku dokształcałam się w temacie diety eliminacyjnej i zamienników. Zaglądałam na blogi prowadzone przez mamy alergików (Mama Alergika Gotuje, Trochę Inna Cukiernia, Smakoterapia). Potem przeczytałam książkę „Zamień chemię na jedzenie”, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że nowy sposób żywienia wynikający z ograniczeń może wpłynąć pozytywnie na cała naszą rodzinę, więc ograniczyliśmy do minimum gotowanie różnych posiłków.

Natomiast największych przełomem było zdanie sobie sprawy, że żywienie Borysa podpada w dużej mierze pod zasady diety wegańskiej. Przeczytałam prawie cały internet w temacie (głównie blogi wegan) i nauczyłam się weganizować przepisy – czyli stosować zamienniki produktów odzwierzęcych oraz techniki pozwalające przygotować wegańskie odpowiedniki wielu potraw, które lubiliśmy przed diagnozą alergii.

Dziś zaskakujemy rodzinę i znajomych tym, co potrafimy stworzyć bez masła, jaj, sera, mleka i innych kluczowych w kuchni składników, które zawierają alergeny uczulające Bo. A ja piekę najlepsze na świecie domowe chleby. 

Jednocześnie niezmiennym problemem pozostaje jedzenie na mieście i w podróży oraz kupowanie gotowych nieuczulających produktów. Już wcześniej z ciekawością czytałam listy składników przy zakupach, ale teraz stałam się w tym obszarze detektywem, a wręcz snajperem.

Czytam składy obsesyjnie, wyszukuję pochodne mleka, jaja i skrobię ziemniaczaną w produktach, gdzie bym się ich nie spodziewała (chociaż dziś się już nie dziwię). Jestem koszmarem kolejek w sklepach mięsnych i piekarniach, bo niezrażona groźnymi chrząknięciami, spędzam długie kwadranse czytając z ekspedientkami składy wędlin i bułek (laktoza pod każdą postacią prawie wszędzie). Od tego zależy w końcu zdrowie moich dzieci.

Osobnym tematem jest współpraca z przedszkolem. Mamy szczęście prowadzać Borysa do cudownej prywatnej placówki, która współpracuje z nami ściśle w kwestii żywienia od początku poszukiwania diagnozy alergologicznej. Przedszkolne jadłospisy Bo są ustalane pod niego indywidualnie i w założeniu eliminują uczulające składniki, co sprawdzamy na bieżąco. O takiej woli współpracy, cierpliwości i otwartości do nauki o chorobie w placówce dziecka marzy chyba każdy rodzic alergika.

Filip z kolei od półtora roku jest na lekach wziewnych. Nie jest to sytuacja idealna, ale z pewnością od początku była konieczna. Po Lanzarote przeżyliśmy cudowne bezinfekcyjne trzy miesiące i wydawało nam się, że będzie już z górki. Pod kontrolą lekarza  stopniowo zmniejszaliśmy dawki leków. Niestety, w czasie wakacji u dziadków Filip złapał infekcję, która szybko postępowała, po czym dostał ataku duszności, którego nie potrafiłam zatrzymać (bo już wtedy udało mi się dojechać do zainteresowanego). Wtedy zaliczyliśmy pierwszą w życiu podróż karetką (bez zagrożenia życia na szczęście, w spacerowym jak na karetkę tempie) oraz odhaczyliśmy kolejny oddział szpitalny (tym razem w Radomiu).

Dziś wiem, że podałam Filipowi za małą dawkę leku rozkurczowego. I chociaż bardzo nie lubię tego wspomnienia (Marcin był w podróży służbowej, miałam do niego dojechać do Brukseli na romantico weekend, ale zamiast komfortowego łóżka w pięknym hotelu, zajmowałam co noc miejsca na wysłużonym linoleum na szpitalnej podłodze - bardzo antyromantico), wiele się wtedy i potem nauczyłam. A przede wszystkim stworzyłam z naszą alergolog plany kryzysowe na kolejne duszności - ile leku podawać, w jakich dawkach, kiedy czekać, kiedy biec do szpitala.

Jak to bardzo często bywa, do tej pory z tego planu nie skorzystałam. Od ponad roku Filipowski nie miał żadnych ataków, a poprzedni sezon przeszedł samymi przeziębieniami i jedną bardziej poważną infekcją. Ale bez skurczu oskrzeli! Jak to powiedziała nasza alergolog - nawet jeśli miałby mieć zapalenie płuc, ale bez duszności, to i tak sukces, poprawa. I tak to traktujemy.

Na początku września będziemy przechodzić na najmniejsza dawkę leku. Jeżeli przez trzy miesiące nie będzie duszności, wyeliminujemy regularne wziewy całkowicie. Bardzo na to liczę, bo może to jednak nie astma? Co nie oznacza, że luzujemy, o nie. Nie wiem, ile czasu musiałoby minąć, żebyśmy przestali żyć w ciągłej gotowości do walki z chorobą.

W każdym razie na dzień dzisiejszy czuję, że przejęliśmy kontrolę nad syfami – jednym i drugim. I wreszcie życie toczy się nie wokół, a równolegle do nich.

23:00, fiona_apple
Link Komentarze (8) »
czwartek, 30 lipca 2015
Alergologia, pulmonologia i wróżenie z fusów

No więc gdzie i kiedy ja tam... Aha! Jesteśmy w grudniu 2013 roku. Pediatra właśnie zdiagnozowała zapalenie płuc u Filipa i wysłała Borysa do szpitala na alergologię na cito. Hajlaf.

Nasze wizyty w różnych placówkach medycznych na przestrzeni dorastania Potworów pozwoliły nam się zapoznać z całym bogactwem zachowań gatunkowych lekarzy i pielęgniarek, jednak jedno trzeba przyznać - w szpitalach zawsze pomagali nam skutecznie i w miarę sprawnie. Tak było i tym razem.

Na Działdowskiej zaskoczyli mnie bardzo tym, że na zmiany skórne Borysa od razu podali… antybiotyk! Pomijam kwestię tego, że to był jego pierwszy antybiotyk w życiu (i do dnia dzisiejszego jedyny), ale… Antybiotyk??? Jako środek w walce ze skórnym odczynem alergicznym?

Oczywiście upraszczam, bo oprócz tego Bo dostał smarowidła do ciała do pary ze specyficznym rytmem kąpieli i Zyrtec w kroplach. Ale mimo wszystko byłam naprawdę zaskoczona. Na szczęście nikomu nie brakowało cierpliwości do wyjaśniania mi wszystkich procedur i odpowiadania na niezliczone „Dlaczego?”. Zmiany na skórze Borysowskiego trwały już tak długo, że były ponadkażane, a antybiotyk miał ukrócić imprezę bakteriom ucztującym na moim dziecku. I tak się stało.

Po paru dniach kuracji i eliminującej duży wachlarz alergenów diety moje dziecko po raz pierwszy od paru miesięcy miało gładką (stosunkowo) skórę. Objawy, z którymi przez całą jesień alergolog od siedmiu boleści próbowała sobie bezskutecznie poradzić, zostały opanowane w niecały tydzień. Tydzień!!! A nie mówimy tutaj o specyfikach z nowoczesnymi nazwami produkowanych przez największe koncerny, tylko o dwu-, trzyskładnikowych maściach, które zrobi każdy farmaceuta. Za dychę, nie za stówę za opakowanie.

Równolegle należało ustalić, co tak naprawdę uczula Borysa. Testy z krwi znowu nic nie dały. Na Działdowskiej też sceptycznie podchodzili do tego, że zwykłe testy skórne testy punktowe (prick) coś wykażą. Ale zróbmy, why not? Może jednak?

I bingo! Trzy bąble, trzy alergeny – mleko krowie (laktoza), białko jaja i ziemniak. Produkty mleczne odstawiliśmy jesienią intuicyjnie, jaja podawaliśmy tylko przepiórcze, ale ziemniak? Kto by pomyślał… Lądował w każdej zupie. A potem na skórze Bo.

Kiedy Borys wyglądał już naprawdę dobrze, zrobili mu jeszcze testy kontaktowe (płatkowe) – te można robić jedynie przy remisji objawów. Potwierdziły one powyższą listę uczuleń z testów punktowych.

Jaki wniosek? Gdyby tylko zwykłe testy punktowe wykonać w pierwszych tygodniach nasilenia alergii, gdybyśmy próbowali postawić na swoim, gdyby lekarka (na której wspomnienie dziś cierpnie mi skóra) nie uparła się, gdybym doczytała o aktualnych zaleceniach dotyczących dolnego wieku pacjenta przy tych testach… Wiedzielibyśmy wcześniej. A tak trzy miesiące błądzenia we mgle. Dziękujemy, że oszczędziła pani ten jeden zestaw testowy, psze pani. Budżet sieci przychodni, której nazwy nie wymienię (bo mam schizę pozwu, hehe), uchroniony!

Nie ma jednak czasu na żale i rozpamiętywania. Mamy to! Mamy wiedzę, mamy leki, mamy kontakt do lekarza, któremu ufamy w stu procentach. Teraz tylko Fiona musi się nauczyć gotować bez mleka i produktów mlecznych, wołowiny i cielęciny (to samo zwierzę!), jaja (żadnego – zalecono nam wyeliminować jaja przepiórcze), kury oraz ziemniaka i skrobi ziemniaczanej.

Powstrzymam się od rozpisywania w tym temacie dziś, bo wyjdzie mi epopeja długości „Pana Tadeusza”, ale na początku było ciężko. Lista alergenów niby krótka, jednak szybko się okazało, że eliminuje co najmniej połowę przeciętnego supermarketu. Dziś, półtora roku później, mówię „Phi!”, przygotowując domowe mleko migdałowe i piekąc pulchniutkie wegańskie drożdżówki, jednak wciąż pamiętam biedę i monotonię diety Borysa w tych pierwszych tygodniach. Dobrze, że dzieciak lubi brokuły, bo dostawał je wtedy prawie codziennie we wszystkich postaciach poza deserem. A może w deserze też?

Roślinka

Jesssu… Ja tu gadu gadu o Borysowskim, a w domu Filip walczy z zapaleniem płuc. To znaczy walczył przez pierwszy dzień, a potem leki zaczęły działać i było już tylko dziecko z nadmiarem energii wkurzone zamknięciem w domu. Scenariusz znany wielu rodzicom, tyle że my mieliśmy młodszego na oddziale szpitalnym (z zakazem wyściubiana nosa stamtąd – oczywista oczywistość) i nikłe szanse na pomoc rodziny.

Nie pytajcie, jak poradziliśmy sobie z zamiankami pomiędzy domem a szpitalem. Nie pamiętam dokładnie. Przydali się sąsiedzi, miały miejsce rajdy wolskimi ulicami ze zdecydowanie nieprzepisowymi prędkościami. Musieliśmy też używać kanałów teleportacyjnych, bo jakoś dziś nie mogę sobie wyobrazić, że sobie bez nich poradziliśmy. Chcieć to móc, chciałoby się powiedzieć. Tyle że w takich przypadkach działa raczej zasada jak mus, to mus, bo z życzeniowością nie ma to wiele wspólnego.

W każdym razie Filipowski wspomagany farmakologią poradził sobie z syfem w płucach. Świetnie, myślałam naiwnie. Będziemy sobie smarować Borysa wazelinami w piętnastu odsłonach, wpieprzać szpinak z soczewicą i jakoś to będzie.

Nie było.

Tamtej zimy oskrzela Filipa dawały o sobie znać co dwa, trzy tygodnie. Co najgorsze, wróciły duszności (czyli skurcz oskrzeli, może być wywołany infekcją lub alergenami). A z nimi leki rozkurczowe i sterydy. Inhalacje, najróżniejsze konfiguracje inhalacji.

Szczęście w nieszczęściu (bosz, co ja dziś? przegląd przysłów i powiedzeń polskich?), przychodnia podstawowej opieki zdrowotnej na parterze w bloku. Tak więc w infekcjach chodziliśmy czasami rano i wieczorem – dwie zaufane lekarki (jedna z poprzedniego wpisu) słuchały Młodego, oglądały, liczyły jego oddechy, robiły dziwne miny, zastanawiały się. Jakie dawki? Więcej? Częściej? Już szpital? Może jeszcze nie, inhalujecie rozkurczowy o trzeciej w nocy i widzimy się rano. Uff.

I tak do końca lutego, kiedy jednak się nie dało inaczej niż Działdowska. Znowu.

Wracasz tam jak do domu. Ten sam oddział. Znasz każdy kąt, wszystkie zabawki w świetlicy. Pielęgniarki cię rozpoznają. To Filip, brat Borysa. Naprawdę? Niepodobny. I lekarz prowadząca ta sama. I znowu nam pomogła.

Filip opuszcza szpital z lekami na stałe. Z nebulizacji przechodzimy na wziew z inhalatora przez tubę. Nie wiadomo na jak długo. Może miesiące, może lata. Astma? Podejrzenie. Obserwowany w kierunku. Za mały na spirometrię, nie da się więc podbić pieczątki pod diagnozą. Ale w każdej przychodni, gdyby pytali, mówcie, że astma. Prościej niż wdawać się w detale. I leki wtedy też powinni przepisać bez problemu, jeżeli będziecie potrzebować.

I tak właśnie, pod koniec zimy, półtora roku temu, w moim domu zamieszkały wcześniej ukrywające się, a teraz wydarte na światło dzienne, dwie choroby przewlekłe.

00:44, fiona_apple
Link Komentarze (15) »
sobota, 28 marca 2015
Odcinek, w którym nic się nie wyjaśnia

W pisaniu blogowych notek raz na kilka miesięcy, ale jednak z celem, aby ułożyły się w jedną opowieść, najtrudniejsze jest to, że człowiek zupełnie nie pamięta momentu, w którym skończył. Nie „czuje” go. Ale jakem Fiona, nie pozwolę, żeby mi to przeszkodziło. Przeczytałam tekst z sierpnia pięć razy i…

Blog_01

Wracam do tego momentu. Do czasu, kiedy rzeczywistość zaczęła mnie uwierać tak, że bolało. Nie tak, żeby się nie dało chodzić do pracy czy funkcjonować, ale – jak to się mówi w moich rodzinnych okolicach – ból ćmił. Stały, ciągły, zagarniający. Sprowadzający na siebie uwagę całego twojego jestestwa, kiedy tylko miał choćby cień na to szansy.

Do okresu, kiedy najważniejsze w calusieńkim wszechświecie było dla mnie określenie, do czego dążę. Jak tam dojść – o tym pomyślę później. Więc kiedy tylko miałam trzy minuty na krzyż, siedziałam i myślałam. I to, co wydawało się bólem, okazywało się czymś zgoła innym. To był gniew.

Wkurw totalny. Na sytuację. Na wszystkich wokół. Na siebie. Kandydatów na winnych było mnóstwo. Chociaż – jakich tam kandydatów! Wszyscy byli winni. Skazani bez procesu. Rach-ciach, walnięcie młotkiem w blat i już. Procedura skrócona, bo trwała wojna - moja wewnętrzna. Barbarzyńska, nie zważająca na ofiary i na to, że w wałach mogą zginąć niewinni cywile. Przecież w tym czasie nie było niewinnych.

To był dla mnie okres egoizmu i egocentryzmu. Ja, moje, dla mnie. 

Ale wiadomo, nie było tak, że się nagle zaszyłam w celi w jakimś zakonie albo wyjechałam na bezludną wyspę. Życie się toczyło. Po prostu równolegle miał miejsce proces niedostępny dla postronnych. Wylewający się jedynie, kiedy gniew wypływał, jak z buzującego wrzątkiem garnka.

Nie lubiłam wtedy ludzi. Tak generalnie. Od interakcji nie uciekniesz, ale poczucie, że ONI nie wiedzą, nie rozumieją, nie doceniają, nie czują, odbiło się ciężko na mnie. Jak problem, to wina w NICH, w ich działaniach, w czynnikach zewnętrznych. Bo to zawsze byli ONI, nie MY. Stałam się Macierewiczem swojej rzeczywistości, tropiącym spisek wszechświata – spisek zawiązany przez tabun ludzi skupionych na tym, żeby mi dokopać.

I tak żyłam sobie. Filippo zmienił przedszkole, bo w państwowym trafiliśmy na bardzo słabego pedagoga w jego grupie i nie dało się inaczej. Borys też rozpoczął przygodę ze zbiorową edukacją – poszli do jednej placówki, bo prywatne przedszkole na naszym osiedlu miało grupy żłobkowe. W pracy ciągły młyn, ciągłe wyzwania. I sukcesy, nawet sporo sukcesów. I ja – podobno uosobienie siły i samozaparcia (tak mi mówiono wtedy, tak mi mówiono potem) – coraz bardziej roztrzaskana wewnętrznie. Alanis, miałaś rację.*

Wtedy właśnie, jak to w życiu bywa, ze spacerów po zakamarkach duszy wyrwała mnie codzienność.

Wczesną jesienią 2013 roku Borys zaczął dostawać coraz rozleglejszych zmian skórnych. Miał wtedy rok z małym kawałkiem, nie karmiłam go piersią od paru miesięcy. Im dalej w rozszerzanie diety, tym gorzej - ewidentne odalergiczne atopowe zapalenie skóry. Tylko teraz trzeba było znaleźć, co go uczula. Hello, Holy Grail!

Na początku byliśmy jak dzieci we mgle. Jak bardzo bardzo nierozgarnięte dzieci w bardzo bardzo gestej mgle. Naćpane nierozgarnięte dzieci w halucynogennej mgle.** You get it.

Najgorsze było to, że trafiliśmy na fatalną alergolog, która, jak się później okazało, prowadziła nas na manowce i zmarnowała kilka miesięcy walki o zdrowie mojego dziecka. Każda wizyta to były kolejne strzały, bo a nuż to czy tamto zadziała. Testy z krwi nic nie wykazały, próby skórne według tamtej pani nie mialy sensu z dzieckiem w wieku Bo. Dostawaliśmy więc recepty na coraz wymyślniejsze (i droższe, a jakże!) maści i smarowidła, a wyników nie było. Sensownych rad co do prowadzenia diety eliminacyjnej też nie. Nasze chaotyczne próby eliminowania produktow i zaobserwowania, co alergizuje Borysa, nie prowadziły do żadnych sensownych wniosków, na skutek których stan skóry Młodego by się poprawił.

A jakie tak naprawdę były objawy? Mówiąc obrazowo, strupopodobne zmiany wielkości monet gęsto rozłożone na całym ciele oprócz głowy, dłoni i stóp (rozkład zmian wskazywał na prawdopodobieństwo alergii kontaktowej bezpośrednio lub krzyżowo z jedzeniem - żeby nie było nudno). Dziecko ubrane wyglądało najzupełniej normalnie. Dziecko rozebrane to był naprawdę nieciekawy widok. Przez jakiś czas miałam jedno zdjęcie tych zmian w komórce, ale kiedy wyszliśmy na prostą, usunęłam je. Chcę, żeby pamięć zadziałała naturalnym mechanizmem i zamazała te obrazy.

Aby nie rozwlekać (bo temat błędów lekarza i naszych to materiał na oddzielną blogową antologię pod tytułem „Jak nie postepować przy diagnozowaniu alergii”), przenieśmy się jakieś trzy miesiące od pierwszych nasileń choroby. Wtedy zapomnieliśmy już właściwie, co to "lepszy" stan skóry Borysa. Zmiany ciągłe, niereagujące na środki. My, rodzice - zdesperowani. Alergolog - rozkładająca ręce.

Aż tu nagle, pewnego grudniowego dnia, planety musiały się W KOŃCU ułożyć w jakąś sensowną konfigurację, bo wreszcie otrzymaliśmy sensowną pomoc.

Parę tygodni wcześniej w naszym bloku rozpoczeła dzialalność przychodnia prywatnej medycznej sieci, w której można było się rownież zapisywać do lekarza pierwszego kontaktu NFZ. I się wzielim zapisali - bo pediatra trzy minuty od domu to jednak wygodne jest. 

Tego dnia Marcin został z Filipem w domu, bo tenże pokasływał. Przy rejestracji konsultacji pediatrycznej w naszej przychodni usłyszeliśmy, że przyjmie doktor taka a taka - z wyglądu nastolatka, ale żeby się tym nie sugerować, bo to dobry lekarz, w szpitalu dziecięcym pracuje. A u nas od razu trybiki w ruch - ci ze szpitali często dużo wiedzą z praktyki, więc Borys od razu zostawiony w domu i na wizytę zabrany na dopych, bo być może ta „dobry lekarz” poradzi, gdzie szukać pomocy.

„Dobry lekarz” tylko sekundę spojrzała na Borysa i zawyrokowała, że w tym stanie dziecko powinno się jak najszybciej znaleźć na oddziale szpitalnym. Wyjęła komórkę, narobiła zdjęć i obiecała, że następnego dnia pokaże je koleżance z alergologii. Tak zrobiła - około południa dostaliśmy telefon, że łóżko na oddziale czeka i że mamy dwie godziny na decyzję, czy przyjeżdżamy na Działdowską. Tak zwana propozycja nie do odrzucenia.

Aha, żeby nie zapomnieć - „dobry lekarz” zdiagnozowała też pokasływanie Filipa: zapalenie płuc. A pisałam, że miesiąc wcześniej mieliśmy epizod Filipa z dusznością, który skończył się na ostrym dyżurze? Nie pisałam? Na szczęście odesłali nas wtedy do domu tej samej nocy po opanowaniu sytuacji. To jeszcze dodam, że przez kolejne miesiące będziemy się mierzyć z nawracającymi problemami oskrzelowymi Filipa.

I to jest chyba dobra przygrywka przed przeniesieniem akcji na szpitalne korytarze. 

 

* And isn’t it ironic, don’t you think? 

** Disclaimer: To bardzo obrazowa forma literacka, a nie wspomnienie dzieciństwa.

 

10:06, fiona_apple
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88
| < Wrzesień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
Zakładki:
Attenzione! Wszystkie teksty oraz zdjęcia umieszczone na blogu są mojego autorstwa, chyba że zaznaczyłam inaczej. Jeśli chcesz je wykorzystać, proszę zapytaj o zgodę. Adres mailowy poniżej.
Czytam w tym momencie
Zaglądam
Zapukaj do mnie mailowo