Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

Wola Love - Biocultura Cafe

fiona_apple

Jestem jak rzeżucha, bardzo szybko zapuszczam korzenie. Gdziekolwiek sie nie przeprowadzę, z miejsca staję się lokalną patriotką - wynajduję ulubione miejsca, wydeptuję swoje ścieżki, tworzę rytuały.

Do dziś lubię spacery po Starych Bielanach, gdzie mieszkałam na pierwszym i drugim roku studiów (ulica Płatnicza wiosną i śnieżną zimą, ach...), a przy każdej wizycie w Toruniu, gdzie przeprowadziłam się za Miśkiem po studiach (lucky him!), wracam do piekarni na Osiedlu Dekerta po chleb spychany. No i oczywiście Limburgia, która skradła na zawsze moje serce. Mam nadzieję, że będę mogła w niej jeszcze kiedyś pomieszkać - emerytura w Maastricht to jeden z planów na starość, ale może uda się tam wrócić wcześniej.

Kiedy przeprowadziliśmy się do Warszawy, wylądowaliśmy na dalekiej Woli, na osiedlu Odolany. To tereny poprzemysłowe, które nie jest łatwo polubić od razu - a szczególnie trudno było pięć lat temu, kiedy jednym sklepem w okolicy była Biedronka oraz obrzydliwy Real w mającym czasy świetności za sobą Forcie Wola, a do sensownego skrawka zieleni, czyli Parku Postańców, trzeba się było przedzierać przez place budowy. Dziś okolica nam się rozwinęła, pojawiło się więcej punktów usługowych oraz nasze kochane przedszkole, jednak wciąż zdecydowanie nie jest to miejsce, o którym śniłby którykolwiek warszawiak, nawet mało wybredny.

W ogóle cała Wola nie jest chyba ukochanym dzieckiem Warszawy. Dzielnica naznaczona piętnem wojny, pokiereszowana, niespójna. Ale tak samo, jak pokochałam Limburgię, którą reszta Niderlandów chętnie oddałaby Belgii i jeszcze dopłaciła, tak samo krok po kroku oswajałam Wolę, która przez ostatnich pięć lat bardzo się zmieniła. I kiedy sączyłam dziś świetne cappuccino w jednej z naszych ulubionych wolskich kawiarni, pomyślałam, że powinnam się z wami podzielić ulubionymi miejscami w mojej dzielnicy. 

Biocultura_02

Biocultura Cafe to niewielka, klimatyczna kawiarnia schowana na tyłach nowych bloków przy ulicy Sokołowskiej. Trudno do niej trafić przypadkiem, bo kto spoza okolicy spaceruje sobie ot tak ulicą Sokołowską? Warto jednak zupełnie nieprzypadkowo obrać Bioculturę na cel. Robią dobrą kawę (co dla mnie bardzo istotne), mają duży wybór słodkości oraz codziennie zestaw lanczowy. Jako mamie alergika brakuje mi oferty dla niego, ale jestem pod tym względem spaczona i marzy mi się jeden słoik wegańskich ciastek w każdej kawiarni. Natomiast w nadchodzący tłusty czwartek będą sprzedawać wegańskie karnawałowe pączki, ciastka i trufle, więc chociaż będę próbować smażyć pączki dla Borysa sama, mam w tyle głowy, że w razie katastrofy kulinarnej moge podjechać na Sokołowską i mnie poratują.

Biocultura_011

Biocultura_032

Biocultura_042

Wnętrze kawiarni jest uroczo eklektyczne, a przy tym bardzo przytulne (dlatego właśnie bardzo często wybieramy Bioculturę, kiedy na dworze jest wietrznie i nieprzyjemnie). Do niedawna na piętrze znajdowała się przestrzeń do zabaw dla dzieci zabudowana jak statek piracki, ale została zamieniona na scenę (dla maluchów zostaje kącik do zabawy na parterze). Przyznaję, moje dzieci są rozczarowane, ale mnie cieszy, że kawiarnia oferuje przestrzeń dla ludzi na różnych etapach życiowych - czytaj: bezdzietni mogą się schronić na piętrze, kiedy będę odwiedzać Bioculturę ze swoją szarańczą. Koniecznie zajrzyjcie na fejsbukową stronę wydarzeń organizowanych w Bioculturze - wyświetlają filmy i kreskówki, organizują koncerty i ciekawe spotkania. A przez cały luty będzie można dostać cappuccino za przyniesioną książkę albo zestaw cappuccino + ciastko za grę planszową (szczegóły tutaj). Is it cool, or what? 

Na koniec chciałabym pozdrowić serdecznie panią baristkę, która dziś obsługiwała nas i Potwory tak, że według mnie powinna zostać umieszczona w Sèvres. 

Biocultura Cafe
ul. Sokołowska 9 lok. U31
01-142 Warszawa Wola
WWW /// Facebook

PS. SCENKA RODZAJOWA

"JAKA BAJKA, TAKI KOPCIUSZEK" 

Przygotowujemy się do wyjścia z kawiarni. Chłopcy biegali wewnątrz w trampkach, mają zmieniać buty. Nagle Borys chce siku, więc Miśku idzie z nim. Filip się mozoli z butami.

- Nie mogę, mamo. No nie mogę!

Pomagam mu, sapię (bo noga wciąż w ortezie, więc wysiłek większy). Zamek jest z tyłu, dopycham mu stopę. No nie da się!

- Filipowski, musisz wsunąć stopę głebiej, inaczej nie dam rady. Próbuj. Wiem, że jest trudno, ale przecież wcześniej sam wkładałeś te buty.

Miśku wychodzi z łazienki z Borysem. Próbuje, dopycha. Każe Filipowi stanąć, dopchnąć stopę siłą rozpędu, dziecko uderza stopą o ziemię. 

-  Tato, ja nie mogę! Czy będę musiał iść do domu na bosaka?

Znowu ja zaczynam próbować. Udało mi się zapiąć zamek do połowy pięty. Wołam Marcina:

- Tyle dałam radę. Teraz znowu ty.

Zdecydowanie już zrobiliśmy scenę, a zapowiada się jeszcze ciekawiej. Marcin bierze stopę Filipa w rękę i doznaje olśnienia:

- Filip, a to na pewno jest twój but?

Wniosek? Kupowanie identycznych butów dla obu synów jest ryzykowne. Jednakowoż, stopa o rozmiarze 31 MOŻE wejść w but o rozmiarze 28, a zdeterminowany rodzic nawet PRAWIE ten but zapnie.

Czy ta siódemka będzie szczęśliwa?

fiona_apple

Sidme_urodziny

Siedem lat temu z kawałkiem, jesienią, zakiełkowała mi w głowie myśl o blogu. Słowa zawsze z łatwością układały mi się w zdania, więc decyzja o tym, żeby je gdzieś gromadzić, była w sumie dość naturalna.

O czym pisać? Moje myśli zajmowały wtedy głównie starania o potomka i od dziecięco-mamowego motywu nie było ucieczki. Nawet się nie zastanawiałam bardzo, czy ktoś będzie to czytał. Ciąża! Obcy w moim brzuchu! Nie wyobrażałam sobie bardziej fascynującego tematu.

Zaczęłam z przytupem. Tak jak planowałam, pierwszy wpis powstał zaraz po pozytywnym teście ciążowym. Test został zrobiony w łazience w pracy, co dziś wydaje mi się naprawdę dziwnym wyborem, ale wtedy byłam już w ciąży, więc tłumaczę sobie, że hormony zdążyły rzucić mi się na mózg.

Potem poszło gładko. Zwłaszcza w ciąży strzelałam wpisami jak z kałasza, z jednej strony na fali entuzjazmu, z drugiej - co innego miałam do roboty? Czytelnicy przyszli, a dokładniej czytelniczki. Z zachwytem dowiadywałam się, jak wiele radości może dawać wirtualna wspólnota matek małych dzieci. Ach, te dysputy o porodzie, kupie i ząbkowaniu... 

Blog to było moje cudeńko. Co roku w styczniu, posty rocznicowe. Urodziny pierwsze, drugie, trzecie, czwarte... Piątych nie było, bo przyszedł etap wypalenia rzeczywistością. Moje niebo się waliło i gdzie mi tam było do pisania bloga, kiedy należało powstrzymywać nadciągający Armageddon. 

Niemniej jednak wciąż powracało pytanie, co z kilkoma setkami tekstów w bloxowych archiwach. Setkami! To nie było kilka słów czy przemyśleń, ale całe lata zamknięte w blogowe notki. Zarchiwizować? Wywalić? Jeden klik i jakby ich nigdy nie było? Pozbyć się obrazu siebie sprzed lat?

Prawda jest taka, że mi szkoda. Teksty z blogowego archiwum oferują śmiech do rozpuku albo lekcję pokory, w zależności od tego, co jest najbardziej potrzebne. Ja naprawdę to napisałam? Naprawdę tak myślałam? Jak oni wszyscy wokół ze mną wytrzymywali??? Jesssu, jesssu - każcie się zamknąć mnie z roku 2010! A z drugiej strony odnajduję mnóstwo świetnych tekstów aktualnych, jakby były pisane wczoraj i aż mi się chce poklepać siebie sprzed paru lat po plecach. Dobra robota, Fionka!

I dlatego wróciłam. Żeby ciągnąć tę historię, móc spojrzeć na nią i nauczyć się czegoś za dekadę. Owszem, wiele się zmieniło (jak pisałam już w notce o byciu blogowym dinozaurem), ale też wiele rzeczy zostało takich samych. Teksty wypieszczone, wymuskane często trafiają w próżnię, a te nieplanowane, impulsywne, są strzałem w dziesiątkę. Czasami czytam coś tydzień, miesiąc po publikacji i widzę, że wnioski, jakie bym wyciągnęła jako czytelnik, bez emocjonalnego przywiązania do słów, byłyby zupełnie inne niż moje intencje. I ciągle sobie powtarzam, że nie powinnam przeżywać tak mocno wszystkiego, co wyklikuję. Jak na razie to niewykonalne.

Bardzo bym chciała, żeby Wylęgarnia trafiła do większego grona odbiorców, bo jestem przekonana, że jest miejscem dla wszystkich. Kobietom wcale nie myślącym o swoich dzieciach da dowód, że z pieluchowego zapalenia mózgu się wyrasta i dzieciatym koleżankom przejdzie. Matkom małych dzieci pokaże, jak szerokie jest spektrum normalności i że tak, maluch nauczy się jeść "zwyczajne" jedzenie, nie, nie będzie sikał w pieluchę do osiemnastki, tak, kiedyś rodzice się wyśpią (chociaż nie dam gwarancji, kiedy). Styranym matkom starszaków da prawo do słabości i wyciągnie pomocną dłoń (nie, nie jesteś sama, nam wszystkim też bywa cholernie trudno, choćbyśmy udawały z całych sił, że tak nie jest). A za chwilę rodział z dziećmi nastoletnimi, którego się boję, więc zatykam oczy i wkładam kciuki do uszu, zagłuszając myśli zdecydowanie zbyt głośnym śpiewem "Na, na, na, na, na!". Ale on chyba przyjdzie mimo wszystko. Tak mi się wydaje.

I dlatego moim planem / marzeniem (w zależności od humoru i poziomu wiary we własne siły) na rok 2016 jest przyciągnięcie zdecydowanie większej liczby czytelników. Moi drodzy stali bywalcy, pomożecie? Byłam ostatnio naprawdę grzeczną blogerką (to ósmy wpis w tym miesiącu!) i proszę was o prezent na siódme urodziny bloga.

Podajcie dalej namiary na mnie, bardzo wam proszę. Napiszcie, że Fiona fajną funfelką jest, że warto tu przyjść, poczytać. Przejrzyjcie ostatnie wpisy i podrzućcie coś, co Wam się spodobało na FB albo koleżankom w mailu. Polećcie mnie jako tak zwaną lekturę kiblową (teksty lekkie, nie powodują zaparcia, a wciągają od początku pierwszej ciąży), albo dojrzałą i poważną (bo bagaż doświadczeń jest, nie tylko tych różowo-lukrowych) - w sumie i to, i to szczera prawda. Możecie dorzucić, że przecinki bywają u mnie w odpowiednich miejscach, na niekórych językowych zboczuszków to działa.

Zróbcie mi reklamę, pretty please. Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby tej waszej pomocy nie przepić. No chyba że z radości.

Pogotowie zimowe czyli letnie wspomnienia na depresyjną aurę

fiona_apple

Jestem meteopatką. Przykryjcie niebo chmurami na dłużej niż dzień lub dwa, a ja dostaję pogodowej depresji. Dodatkowo jestem niskociśnieniowcem, więc w dni takie jak ostatnio nie mogę się dobudzić, po prostu chodzę po ścianach.

Wczoraj ratowałam się, przeglądając zdjęcia z wakacji. Przypomniały mi, że bura zima kiedyś się skończy, promienie słoneczne w końcu wrócą w odpowiedniej dawce i mnie uleczą. 

A dziś, po kolejnej dawce szarej szmaty zamiast nieba, pomyślałam, że i Wam przyda się terapia zdjęciowa. Oto parę kadrów z naszych zeszłorocznych wakacji - Balaton i Pilica. Enjoy!

IMG_3471

 

IMG_3472

IMG_3741

IMG_3649

 

IMG_3609

IMG_3610

 

 

 

IMG_3614

IMG_3629

IMG_3655

IMG_3730

IMG_3740

IMG_3703

IMG_3709

 

IMG_3672

IMG_3665

IMG_3634

IMG_3676

 IMG_40001

IMG_40751

IMG_40341

IMG_40191

 

Ekonomia babcino-dziadkowa czyli dlaczego opłaca się inwestować w relację z wnukiem

fiona_apple

Dziadkowie

Z trzech Babć została mi jedna. Rozmawiałam z nią w czwartek przez telefon. Od prawie dwóch tygodni chodzi na dzienne pobyty w nowootwartym domu seniora w swojej miejscowości i jest zachwycona. Wysłuchałam opowieści o tym, co robią (takie różyczki z papieru dziś), kto przychodzi, jak się ubierają opiekunki, co było na obiad każdego dnia (niby pamięć nie ta, ale dni, kiedy był żurek, a kiedy rosół, nie mylą się!), że można poleżec na leżankach, że telewizor jest duży i wszystko widać, że przychodzi emerytowany proboszcz, że Janka, ta, co mieszka koło szkoły, szarlotkę przyniosła, że mają być wizyty lekarza i rehabilitanta, a na wiosnę to sobie grilla zrobią w ogrodzie. Ja też jestem zachwycona, bo mi Babcia narzekająca na zdrowie i przygotowująca się na tamten świat odżyła.

Nie wyobrażam sobie wizyty w rodzinnym mieście bez podjechania dwudziestu kilomerów do pachnącego charakterystycznie mieszkania na poddaszu starego przedszkola przerobionego na budynek mieszkalny. Herbata w szklankach w plastikowych koszyczkach i ciasteczka z cukrem, a ostatnio jeszcze zawsze popcorn, bo prawnuki lubią (i obaj mogą - patrz alergie Borysa). Jeżdżę tam, bo chcę wiedzieć, co się u Babci dzieje, a ona chce usłyszeć, co u mnie. U nas. Wydawałoby się, że to najbardziej naturalna rzecz pod słońcem.

Wiele lat temu, będąc jeszcze studentką, jechałam tramwajem i mimowolnie podsłuchałam rozmowę dwóch emerytek, babć, która zapadła mi głęboko w pamięć. Jedna z pań jechała właśnie od małego wnuczka i narzekała, że jest zmęczona. Że syn oczekuje od niej, że będzie się stawiać na żądanie, kiedy tylko mały jest chory, a ona ma też swoje sprawy, chciałaby skorzystać z czasu na emeryturze na swój własny sposób. Jej koleżanka w odpowiedzi z dumą opisywała, jak odcięła się od regularnych spotkań z wnukami, bo ona nie ma czasu, za dużo spotkań z koleżankami, uniwersytet trzeciego wieku, a w ogóle to małe dzieci są okropne, wrzeszczą i ciągle czegoś chcą. Jak będą nastolatkami i będzie można z nimi pójść do kina na premierę, to wtedy ona będzie się z nimi spotykać. Jeśli będzie mieć czas, oczywiście.

Ależ mi się wtedy spodobało podejście tej drugiej pani. You go, gal! Nie będziesz służącą! Ha!

No i proszę, jakże parę lat więcej na garbie i posiadanie dwójki dzieci zmienia perspektywę.

Żebyście nie zrozumieli mnie źle, zacznę od tego, że wciąż nie podoba mi sie historia pierwszej z seniorek ani postawa jej własnych dzieci. Kurs asertywności do zaliczenia od zaraz! Natomiast jeśli chodzi o drugą panią, przebojową emerytkę z zapełnionym kalendarzem, tutaj moja optyka zmieniła się diametralnie. Dziś powiedziałabym, że wtedy popełniała jeden z największych błędów swojego życia i raczej bym jej współczuła. Minęła dekada, więc jej wnuki mają te kilkanaście lat, na które czekała. Jak myślicie, czy chcą chodzić ze swoją babcią na premiery kinowe?

Wielu ludzi zapomina, że relacja z drugim człowiekiem to nie stan stały, tylko wiecznie fluktuujący proces. Coś, co trzeba najpierw mozolnie zbudować, krok po proku, a potem bezustannie pielęgnować. I nie ma tu znaczenia, czy mówimy o relacji między dorosłymi, czy o relacji osoby dojrzałej z małym dzieckiem. Kiedy zdarza mi się słuchać historii o dziadkach, którzy z różnych przyczyn nie inwestują w kontakt ze swoimi wnukami (lub kiedy sama to obserwuję - bo życie nie jest idealne, niestety), zastanawiam się, czy ci seniorzy zdają sobie sprawę, co tracą i - co ważniejsze - co stracą w przyszłości. I czyja to będzie wina, że wyrodny wnuk czy niewdzięczna wnuczka nie przyjeżdżają, nie odwiedzają.

Pal sześć, kiedy ktoś olewa wnuki i ma je do końca życia w nosie (bolesne, ale konsekwentne), natomiast krew mnie zalewa, kiedy dziadkowie nie kiwną palcem, żeby spędzić czas z wnukami, nie interesują się nimi, ale wymagają szacunku, kontaktu i głośno wyrażają swoje zgorzknienie, kiedy są odsunięci nie na drugi, ale na piąty plan. Zakładanie podległości w relacji (z jednej strony prawa, a z drugiej tylko obowiązki) wypacza ją od samego początku. Gdyby dziadkowie moich dzieci mieli je w dupie, nie widziałabym nic dziwnego (ani pewnie zdrożnego), gdyby moi synowie traktowali ich równie chłodno w przyszłości.

Owszem, rozumiem, że nie każdy senior ma siłę lub umiejętności, żeby spędzać całe dni z malutkimi dziećmi, a im dalej w przedszkole i podstawówkę, bywa bardziej męcząco. Ale dzieci mają tę fantastyczną przypadłość, że za chwile, kiedy skupiamy się wyłącznie na nich, kiedy pokazujemy, jak są dla nas ważne ich potrzeby, odpowiadają nieproporcjonalnie wielkim przywiązaniem i wdzięcznością. I naprawdę, zostanie Dziadkiem czy Babcią Roku jest o niebo łatwiejsze niż zostanie Rodzicem Roku (#truestory).  

Tak więc Babciu, Dziadku - zainwestujcie w relację z wnukami. Czytajcie im książki, gotujcie smakołyki, chodźcie na spacery, tańczcie razem, poznawajcie wspólnie świat. Pokażcie, że interesują was wnuki takie, jakie są, a nie jakie powinny być. Pytajcie, o ich dzień, kolegów, zainteresowania. Słuchajcie ich. Zróbcie razem coś, co będzie tylko wasze. Zbudujcie swój mały świat.

Wiem, że kości bolą, oczy już nie te same, a i wola, żeby coś zrobić, czasami już jakaś mniejsza. Ale wierzcie mi, kiedyś sobie za to podziękujecie. Jak moja Babcia, która w czasie czwartkowej rozmowy się śmiała:

- Siódemkę wnuków odchowałam, wiesz? I chyba mi się udało dobrze to zrobić, skoro dziś wszyscy sprawdzacie, czy mnie dobrze karmią w tym domu seniora.

No, ba!

Bo tak należało

fiona_apple

Bo_naleao

Sobotnie popołudnie. Miśku przywiózł mnie na rezonans magnetyczny do przyszpitalnej przychodni (podczas gdy Potwory zostały z moją Mamą). Pani z rejestracji, wręczając plik jakichś papierzysk do przekazania w gabinecie, od razu informuje mnie, że jest około 20 minut opóźnienia od planowego czasu rozpoczęcia badania. Szybko dodaję kwadrans, który i tak mieliśmy w zapasie i uśmiecham się. Małżonek zostaje wyekspediowany do sklepu w poszukiwaniu kaczki (!) na obiad na następny dzień, a przede mną co najmniej pół godziny spokojnego czytania. Rewelacja.

Koniec końców opóźnienie to pełne pół godziny. Poprzednia pacjentka wychodzi z gabinetu, a ja próbuję zebrać manele i wejść tam po niej. Książka, dotychczasowa dokumentacja przebiegu leczenia, papiery z rejestracji. Robię niezgrabny krok, próbując się wesprzeć na kulach i papiery z rejestracji wypadają na podłogę. Kiedy je podnoszę, zauważam, że w środku jest dość długa ankieta przed badaniem. Szkoda, że mi nie powiedzieli, żebym ją wypełniła, kiedy przekazywali dokumenty pół 45 minut wcześniej.

- Dzień dobry! - witam się z panią technik od sprzętu. - Tutaj mogę usiąść? Ma pani może długopis? Bo mam tutaj taką ankietę, ale nie wypełniłam i muszę...

- Nie ma pani ankiety??? - ręce pani technik wędrują w górę w geście rozczarowania, a głos jest bardzo zdenerwowany. - Tak, bo wszyscy myślą, że mam nie wiadomo ile czasu. Przecież chyba miała pani czas, żeby to - palec pani technik przelatuje bardzo blisko mojej twarzy i ląduje na papierach na stole - zrobić, prawda? Ja nie wiem, co za ludzie...

Pół sekundy byłam jak oniemiała. Ale oni mi nie powiedzie...

- Proszszsz! - długopis uderza o papiery. Nie, nie rzuciła nim, bardzo energicznie go położyła, ale to wystarczyło. Szybko przypominam sobie, że ja też mam język.

- Ja sobie wypraszam! Co to jest za traktowanie! Nie, nie powiedziano mi, że mam wypełnić tę ankietę, ale nawet jeśli by mi powiedzieli, a ja bym jej nie wypełniła, to kto daje pani prawo, żeby podnosić głos? Kimże pani jest??? - teraz sama zaczynam mówić coraz głośniej. - Ja rozumiem, że może mieć pani zły dzień, może pani mieć opóźnienia, ale czy wyżywanie się na pacjentach jest tym, co należy robić?

- Wyżywanie się? O czym pani mówi? - krzyczy.

- Mówięc o tym, że nie po to płacę abonament prywatnej służby zdrowia, żeby mi pani machała rękoma przed nosem! Ja sobie po prostu NIE ŻY.CZĘ! - stawiam sprawę jasno. I też krzyczę.

Wszystko nie trwa nawet minuty. Podchodzi pielęgniarka.

- Ja rozumiem, emocje... Ale może przyspieszymy, ja pani pomogę wypełnić tę ankietę... Pani zdejmie wszystkie metalowe elementy stroju, okulary i tak dalej, a ja będę czytać pytania. Czy ma pani rozrusznik serca...?

Z sąsiedniego pomieszczenia, gdzie znajdują się panele sterowania do urządzenia MRI, słyszę, jak pani technik równo opieprza rejestrację przez telefon. Świetnie, ale sytuacja. 

Kiedy kuśtykam do maszyny, a z drugiej strony podchodzi pani technik, nie patrzymy sobie w oczy. Kiedy odzywa się, czuję, że robi wysiłek, żeby opanować głos.

- Czy była pani wcześniej na takim badaniu? Nie? Proszę się tu położyć. Będzie głośno. To zupełnie normalne, tak działa ten sprzęt. Proszę, oto słuchawki 

Wjeżdżam w tunel. Tak naprawdę tylko moje nogi wjeżdżają i brzuch. Mój wzrok ląduje dokładnie na nalepce: UWAGA! LASER! Proszę nie spoglądać w wiązkę lasera!

Maszyna rusza. Ze zdziwieniem przyjmuję fakt, że dźwięki wydawane przez maszynę są nie tylko bardzo głośne, ale też bardzo różne. Przez pół godziny urządzenie udaje karabin maszynowy, alarm samochodowy, syrenę pogotowia, imituje lawinę schodzącą w górach. Tak przynajmniej podpowiada mi wyobraźnia.

Jednak te pół godziny tylko w małej części spędzam na imaginacjach, przez większość czasu wraca do mnie scena z ankietą. Widzę ją ze wszystkich stron, z różnych perspektyw. Głowa ją mieli, odtwarza, przetwarza, analizuje. I z minuty na minutę jest mi coraz bardziej wstyd.

OK, babka nie powinna była reagować tak, jak zareagowała, ale czy to mi dało prawo, żeby podnosić głos? Żeby się na nią wydzierać? Czym to się różni od jej reakcji? Ja też po prostu sobie ulżyłam. Jej kosztem. Cholera jasna! Po co mi to było?

Filip. Borys. Przychodzą mi do głowy moje dzieci. Co robię, kiedy niepotrzebnie się na nich zdenerwuję i mam moralniaka? Co należy zrobić, bez względu na to, czy to są moje dzieci, czy ktoś zupełnie obcy? 

Kiedy badanie się kończy, ona pomaga mi zejść z leżanki. Podaje mi kule, które zostały wyniesione za drzwi, bo są z metalu. Przebieram się w przebieralni.

- Czy to już wszystko z mojej strony? - pytam.

- Tak - odpowiada.

Obie zawieszamy wzrok gdzieś na swoich policzkach. Żeby było w miarę kulturalnie, ale nie patrzymy sobie w oczy. Nie potrafimy.

Wiem, że mam jakieś dwie sekundy.

Podaję jej rękę.

- Przepraszam.

Obie jesteśmy zaskoczone, że powiedziałyśmy to w tym samym momencie. Teraz już patrzymy sobie w oczy.

- Jejku, przepraszam. Bardzo przepraszam. Nie wiem, co mnie napadło. Nie miałam prawa... - mówię szybko, lekko się zacinając. - Domyślam się, że ma pani za sobą długi dzień, a w kolejce ludzie chorzy, więc każdy reaguje nerwowo. Jest mi wstyd, bo to było takie niepotrzebne. Ten krzyk. Ale czułabym się okropnie, gdyby przeze mnie miała pani rozwalony weekend. Bo nie potrafiłam utrzymac nerwów na wodzy. Przepraszam. 

Oczy zaczynają mi się szklić. Zawsze jak kogoś przepraszam w emocjach, kończy się to łzami. Taka reakcja fizjologiczna. Próbuję dyskretnie podetrzeć oko.

- To ja przepraszam. To naprawdę długi dzień... Od rana opóźnienia przez błędy recepcji. Ale to nie daje mi prawa, żeby... Hmmm... Nie wolno na nikogo krzyczeć...

Uśmiecha się do mnie. Ja też się uśmiecham.

- Mam nadzieję, że mimo wszystko będzie mieć pani miłą niedzielę - dodaję. 

- Ja też. Taki piękny ten śnieg. Mam nadzieję, że uda mi się pójść na spacer. Do widzenia.

- Do widzenia.

Mogła się nie odezwać. Ja też mogłam się nie odezwać. Ale kiedy juz człowiek zachowa się jak matoł, może coś zrobić, żeby zostawić wrażenie matoła trochę mniejszego. Tak do zapamiętania, dla każdego. 

Jak pomagam Filipowi w nauce czytania

fiona_apple

 Nauka_czytania_1

Parę lat temu (!) planowałam (!!!), że ta notka będzie wyglądać zupełnie inaczej. Miałam chwalić się sukcesem wychowawczym, pokazywać pierwszaka zaczytanego w "Ulissesie"... No dobrze, przynajmniej we "W pustyni i w puszczy". Jednak jak zwykle okazało się, że życie to ciągła lekcja pokory (co powoli staje się motywem przewodnim bloga - jak będziecie mieli dość, dajcie znać).

Ale zacznijmy od uporządkowania faktów. 

Czytam od zawsze. To umiejętność tak naturalna dla mnie jak odddychanie, towarzysząca mi w najbardziej odległych wspomnieniach. Nie pamiętam za to procesu nauki czytania. Po pierwsze dlatego że nauczyłam się czytać, kiedy nie skończyłam jaszcze czterech lat, a z tego okresu pamięć oferuje mi jedynie flashbacki z pojedynczych sytuacji, a po drugie dlatego że systemowej nauki w ogóle nie było.

Kto pamięta moją Babcię z Nazwiskiem, ręka w górę? Kto nie pamięta, niech nadrobi. To właśnie Babcia Radkowska nauczyła mnie czytać. Sama uwielbiała książki i czytała je po trosze sobie, po trosze mi. Pamiętam pożółkłe strony "Robin Hooda" i klasycznych baśni. Zero obrazków, sam tekst - i palec Babci przesuwający się od słowa do słowa. Legenda rodzinna głosi, że pewnego dnia ja sama pokazałam palcem początek rozdziału i zaczęłam płynnie czytać. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale faktem jest, że nawet we wczesnych flashbackach z dzieciństwa pamiętam szyldy i napisy w mieście - tak jakbym zawsze wiedziała, co gdzie było napisane.

Jakie są plusy takiego stanu rzeczy? Przede wszystkim czytam niezwykle szybko, obejmuję wzrokiem mniej więcej pół linijki w przeciętnej wielkości książki i po prostu wiem, co tam jest napisane. Co oznacza, że kiedy powiesz w szybkim tempie da-da-da-da-da-da (2? 3 sekundy?), ja będę mieć przeczytanie trzy linijki tekstu. Nie rozumiem, w ogóle, co to znaczy składać głoski, sylabizować, bo w mojej głowie wyraz jest całością, dopóki nie podejmę świadomego wysiłku, żeby go podzielić na części składowe (wyobrażacie sobie, jak się koncertowo nudziłam w zerówce i pierwszej klasie???). W konsekwencji bardzo łatwo się uczyłam w szkole (bo bez problemu przetwarzałam duże porcje tekstu), a dziś bezwysiłkowo i w szybkim tempie pochłaniam książki.

A wszystko nie z powodu jakiegoś przemyślanego planu moich rodziców, tylko ciekawego zbiegu okoliczności - ot, moja mama poznaje leciwą sąsiadkę, która lubi czytać, a potem się okazuje, że dwu-trzyletnia ja potrafię się skupić na tyle, żeby wodzić wzrokiem za palcem Babci z Nazwiskiem. Voilà! Mam łatwiej przez całe życie! A niektórzy płacą krocie za kursy szybkiego czytania, żeby wyrobić sobie mechanizmy, które są dla mnie tak naturalne.

Czy są może negatywne strony mojej sytuacji, możecie się zastanawiać? Niewiele, nie licząc poirytowania Marcina, kiedy próbuję podczytywać mu coś przez ramię (podobno to denerwujące, kiedy pytam gdzie jesteś? gdzie jesteś? gdzie jesteś?). No i mogę jeszcze dodać poczucie niedostosowania do zmian w przepływie informacji - wszędzie są filmiki, na portalach informacyjnych, na blogach. Ja za nimi nie przepadam, bo są dla mnie stratą czasu. Zawsze mam wrażenie, że przyswojenie ich treści podanej w tekście zajęłoby mi cztery razy krócej.

To, że moje dzieci od najmłodszych chwil życia miały kontakt z książkami, nie jest dla nikogo odwiedzającego bloga tajemnicą. Karmienie piersią tylko z lekturą w dłoni, spacery z audiobookiem w słuchawkach (plus książka w wydaniu papierowym na chwile na parkowej ławce albo w kawiarni). A potem całe mnóstwo wydawnictw dla dzieci.

Dlatego zakładałam, że Filip pójdzie moim śladem. Będę mu czytać, czytać, czytać i jeszcze raz czytać, on będzie się literom przyglądał, przyglądał, przyglądał, aż do momentu, kiedy odbierze mi książkę, żeby pochłaniać ciekawe historie sam. Nie chciałam pamiętać, że Babcia z Nazwiskiem tak samo jak i mi, czytała też mojej Siostrze, ale niestety, Sis nie złapała bakcyla i mozolnie uczyła się czytać dopiero w szkole. Nie było innej opcji, niż żeby Filip czytał szybko i bezgłoskowo.

Po tym przydługawym wstępie na pewno się domyślacie, że rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Owszem, czytałam dzieciom jak szalona, czytam wciąż, jednak Filip nigdy nie zaglądał w tekst, co więcej, kiedy próbowałam wodzić palcem za literami, konsekwentnie odsuwał moją rękę, bo mu zasłaniałam obrazki. Miłość do słowa czytanego tak, była dla Filipa jak najbardziej naturalna, ale raczej do słowa czytanego jemu przez kogoś, bo bardzo długo litery jako znaki graficzne w ogóle go nie interesowały. Powiem nawet więcej - wszelkie próby wprowadzania liter w zabawie spotykały się z oporem. Litery to były historie - do słuchania tylko i wyłącznie.

Nic to, przełknęłam tę lekcję. Czytanie przyjdzie już za chwilę, powtarzałam sobie, kiedy Młody zaczynał zerówkę i przedszkolny newsletter przynosił co tydzień informacje o coraz to nowych poznanych literach. Ale nie, nie przyszło.

Okazało się, że składanie głosek w grupy niosące znaczenie jest dla Filipa bardzo trudne. W zerówce nie było nacisku na czytanie, raczej na powiązanie głoski ze znakiem graficznym i tam Filip dawał sobie radę. Kiedy jednak zaczął pierwszą klasę, a program pędził nieubłaganie od litery do litery, od krótkich do dłuższych wyrazów, a potem przez coraz bardziej skomplikowane zdania, moje dziecko zostawało w tyle.

Nie była to łatwa pigułka do przełknięcia, wierzcie mi. Nie, no, nie musi byc wirtuozem we wszystkim, ale czytanie? CZYTANIE???

Kiedy powtórzyłam sobie ten wyraz kilka (setki... tysiące...) razy, rozczarowanie (znowu mam pod górkę...) ustąpiło miejsca przemyśleniom, o co tak naprawdę się bijemy. Pewnie, mój syn nie pójdzie moim śladem i nie będzie płynnie czytał artykułów z gazety codziennej zachwyconej nauczycielce nauczania początkowego w małej miejscowości, ale nikt nie powiedział, że już nigdy nie będzie czytał sam z przyjemnością. Swoim sposobem. W swoim tempie.

Będzie. Bo mu pomogę.

Dlatego właśnie od kilku miesięcy oswajamy czytanie jeszcze bardziej intensywnie niż wcześniej, bardziej systemowo. To znaczy Matka patrzy, jak idzie program i ćwiczy wyobraźnię w zakresie pedagogiki wczesnoszkolnej.

  1. Co najważniejsze, staramy się czytać codziennie co najmniej parę minut. Po pierwsze, powtarzamy materiał z elementarza. Reakcje Filipa były różnorakie - od znudzenia, że znowu to samo i czytał już te pięć wyrazów na krzyż z panią Karoliną w klasie, przez irytację, że czytanie nie było zadane i w ogóle po co, po entuzjazm, że może mi pokazać, czego się nauczył. Kiedy opór jest duży, nie cisnę, tylko zabieram się za inny rodzaj stymulacji czytania, a czasami nawet odpuszczam w ogóle. Tu nie chodzi o strony do odhaczenia, tylko o pomoc w opanowaniu umiejętności, a na samym końcu o pokazanie, że czytanie jest fajne (a nie jest tylko przykrym obowiązkiem).

  2. Na początku roku szkolnego, kiedy dzieci uczyły się tylko prostych wyrazów z kilku liter, graliśmy w domowe memory. Drukowałam sylaby, a potem wyrazy na kwadratowych kartonikach (Times New Roman jak w podręczniku!) w parach i rąbaliśmy w pamięciówkę co wieczór. Gra rosła właściwie z dnia na dzień, po pewnym czasie wyrzuciłam sylaby, a zaczęłam dorzucać wyrazy z literami, które miały być dopiero poznane - bardzo to Filipowi pomogło w zapamiętywaniu krótkich wyrazów jako całości, bez literowania.

  3. Wyjęliśmy z szafy Scrabble i zaczął się szał samodzielnego składania liter. Mamy wersję podróżną, w której kafelki bardzo fajnie wklikują się w planszę - plus sto procent do lansu! Na początku nie wytłumaczyliśmy Filipowi w ogóle, jakie są reguły gry, przedstawiliśmy Scrabble jedynie jako tablicę na litery. Odgadywał nasze wyrazy, potem powoli zaczął składać swoje, a w międzyczasie zupełnie naturalnie poznawał inne litery alfabetu (kreseczki, ogonki, te sprawy).

    Nauka_czytania_2
    Kupiłam też litery magnetyczne w Tigerze - nie jest to polski alfabet, ale sprawił, że lodówka stała się centrum edukacyjnym, a do naszego domu zawitał temat znaków diakrytycznych w różnych językach europejskich, dyskusje o tym, czy Q i X są polskimi literami oraz inne pytania natury lingwistycznej.


  4. W pewnym momencie czytanie pojedynczych wyrazów, nawet długich, przestało być problemem nie do przejścia, ale pojawiła się inna trudność - Filip czytał wyrazy jeden po drugim w tekście, ale jakby zapominał znaczenie jednego, kiedy zaczynał czytać drugi. W konsekwencji nie wychwytywał znaczenia zdań i bardzo się irytował, kiedy po przeczytaniu pięciu wyrazów, co było dla niego dużym wyzwaniem, nie wiedział, o co chodzi. Teksty z elementarza nie były wystarczające (ileż można!), a zwykłe książki, nawet najprostsze, były zbyt dużym wyzwaniem. Wtedy sięgnęliśmy po tomy z pierwszego poziomu serii "Czytam sobie". To historie kilkuzdaniowe, ale, co ważne, zbudowane z wyrazów o podstawowych głoskach. Nie zdawałam sobie sprawy, jak kolosalną różnicę to robi! Przyznaję, pierwszy tom (a był to "Psotny Franek") czytaliśmy po dwa, trzy zdania dziennie, ale potem było coraz lepiej. Cudownie było widzieć, jak Filip odkrywa frajdę z poznawania historii ze strony na stronę. Dziś przeczytał "Basię i kask" za jednym przysiadnięciem i musiałam obiecać, że w tygodniu zamówię mu ksiązki z drugiego poziomu. Prawie się popłakałam ze szczęścia, że coś się w nim odblokowało.

  5. Przez cały czas czytałam i czytam chłopakom książki wieczorami jak gdyby nigdy nic - tego nigdy nie zamieniliśmy na ćwiczenia z czytania. Starałam się też nie pokazywać Filipowi, że moje wysiłki to jakaś interwencja. Słyszał tylko, że czytanie jest fajne i teksty wszelkiej maści w szkole będą coraz dłuższe, więc trzeba dużo czytać w domu i na pewno wszyscy to robią. Sama też schowałam ambicje do kieszeni - że Filip sam będzie odrabiał prace domowe i brał za nie odpowiedzialność, że czytanie to powinien być dla niego pikuś. Dla Filipa ćwiczenia z czytania, dla Matki ćwiczenia z elastycznego priorytetyzowania. 

Gdzie jesteśmy dziś? Filip nie czyta rewelacyjnie, ale daje sobie radę z aktualnie omawianym materiałem. Myślę, że jest gdzieś w środku stawki, co jest miejscem bardzo komfortowym zarówno dla niego, jak i dla mnie. Widzę, że z tygodnia na tydzień czytanie sprawia mu mniej trudności, a więcej przyjemności. Po przeczytaniu "Basi i kasku" dziś chodził dumny jak paw. I o tę radość mi właśnie chodziło. 

CUT THE CRAP - To wszystko kwestia organizacji

fiona_apple

To_wszystko_kwestia_organizacji

Proszę państwa, niniejszym otwieram na Wylęgarni cykl tekstów, w którym zamierzam rozprawić się z wyrażeniami działającymi na mnie jak płachta na byka. Nie ma ich może wiele, ale moje oburzenie, kiedy je słyszę lub czytam, jest odwrotnie proporcjonalne do ich mnogości (czytaj: nabrzmiewają mi żyły, z uszu wychodzi para i przymierzam się do rzucania przedmiotami). I mimo że na tytuł serii wybrałam cudowną w swej prostocie radę, żeby nie pieprz... ekhem... nie mówić niemądrych rzeczy, moim celem są rozważania nieco głębsze niż "Oessssu, ale to guuupie jest!". Na pierwszy ogień idzie:

To wszystko kwestia organizacji!

Ulubiony tekst rodziców, którzy nie chodzą w koszulach poplamionych zupą dyniową, zawsze dowożą dzieci na czas na zajęcia dodatkowe i uroczystości szkolne, w pracy awansują co trzy miesiące, a na dodatek zawsze mają czas na romantyczne tête-à-tête, więc ich związek kwitnie. Tekst często wypowiadany z co najmniej lekką pogardą w stosunku do tych, którzy są poplamieni, wiecznie spóźnieni, a ich związki są letnie i atrakcyjne jak zupa mleczna po kwadransie od wylądowania na przedszkolnym stole.

Wszystkim szafującym zorganizowaniem jako receptą na wszystko, chciałabym głośno i wyraźnie powiedzieć:

Bardzo mi przykro burzyć twój prosty i przejrzysty obraz świata, ale to nigdy nie jest kwestia tylko i wyłącznie organizacji.

Owszem, zorganizowanie pomaga w wielu obszarach. Jednak jeśli widzisz albo słyszysz, że ktoś nie daje sobie rady z rzeczywistością, to wierz mi, ale poukładanie wszystkiego w tygodniu tak, jak sobie wyobrażasz i rozdysponowanie obowiązków w optymalny sposób nie sprawi, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki życie tej osoby zmieni się o 180 stopni. Nie, po prostu nie.

Bo to też kwestia umiejętności - tak jak są osoby mega zorganizowane, Ziemię zaludnia również ogromna populacja nieogarów. Daj im trzy kalendarze i włącz pięć mechanizmów przypominających, a i tak pomylą miejsca i będą się spóźniać. Dla takich osób wysiłki włożone w usztywnienie zasad życiowych będą pięć razy większe niż u ciebie, a dadzą dziesięć razy mniej spektakularny rezultat. Nie musisz tego rozumieć, tak po prostu bywa.

Bo to też kwestia standardów - bardzo prawdopodobne, osoba, która skarży się, że jej nie idzie, jest bardzo dobrze zorganizowana, może nawet tak zorganizowana jak ty. Tylko że to je nie wystarcza, tu by naoliwiła ten mechanizm, tutaj usprawniła. Tak, to może być perfekcjonizm i nie najbardziej fortunna droga do dawania sobie rady, ale tak po prostu bywa. 

Bo to też kwestia konstrukcji psychicznej - niektórzy słabiej sobie radzą, kiedy im nie idzie, przeżywają mocniej porażki, zajmuje im dłużej podniesienie się z kolan, jeśli musieli na nie paść. To, że ty radzisz sobie lepiej, nie daje ci prawa, żeby spoglądać na nich z góry. I nie, nie musisz tego rozumieć, po prostu zaakceptuj, że tak po prostu bywa.

Bo to też kwestia więcej niż jednej czy dwóch osób - świetnie, że masz super męża, fantastyczne przyjaciółki, siostrę, która zawsze dopomoże. Być może twoi rodzice i teściowie mieszkają w tym samym mieście, może są na każde zawołanie - i super, pozazdrościć. Tyle że mnóstwo osób nie ma nikogo do pomocy, nikogo, kto wesprze. Bywają i takie sytuacje, że osoba, która powinna być najbliższa, też nie staje na wysokości zadania. Widziały gały, co brały, powiadasz? No cóż, wydaje mi się, że to jednak bardziej skomplikowane. Wiem, że to dla ciebie trudne do zaakceptowania, ale tak po prostu bywa.

Bo to też kwestia wagi i skomplikowania problemów, z którymi ktoś się mierzy - rzadko wiesz wszystko, bo nie każdy lubi ze szczegółami opowiadać o trupie w swojej szafie. Załóż więc po prostu obecność czegoś, co wymyka się łatwym rozwiązaniom - bo zazwyczaj taki problem gdzieś się czai. Tak po prostu bywa. 

Bo to często też kwestia kasy - zbyt wiele razy słyszałam o tym, że wszystko jest kwestią organizacji od osób, które zatrudniały nianię i panią do sprzątania. Uwaga, ważna wiadomość - nie każdego na to stać. I nie, brak płatnej pomocy to nie objaw niezorganizowania finansowego (tak, byłam świadkiem takiej argumentacji). Tak po prostu bywa.

Bo to też kwestia osobistego PRu - nie każdy ma trzysta uśmiechów na podorędziu, nie każdy potrafi rozdmuchać mały krok naprzód do rozmiarów mega sukcesu. Jeśli jesteś dobrze zorganizowany i potrafisz o tym opowiadać, to świetnie, ale wiesz, że są osoby, które nie mają gadanego? I choćby wynalazły szczepionkę na raka, nie będa potrafiły jej zareklamować. No cóż, nie każdy może być showmanem w swojej własnej sprawie. Tak po prostu bywa.

I dlatego właśnie nie znoszę rzucanego od niechcenia "To wszystko kwestia organizacji!". Dla mnie te cztery słowa to przejaw braku empatii mówiącego i bezrefleksyjnego podkreślenia poczucia wyższości, nic więcej. Warto otworzyć szeroko oczy i zaakceptować, że świat jest trochę bardziej skomplikowany. To bardzo cenna lekcja dojrzałości.

Każdy ma trupa w szafie

fiona_apple

Galeria_Freta_wntrze01

Zapewne znasz to uczucie - spotykasz pewną matkę regularnie na szkolnym albo przedszkolnym korytarzu, obserwujesz znajomą na Instagramie, czytujesz pasjami jakiegoś bloga. I widzisz, że trawa po tamtej stronie płotu jest zdecydowanie bardziej zielona. 

Ona jest fajnie szczupła, podczas gdy twój pociążowy tłuszcz nie odpuszcza (a ostatnia ciąża zdarzyła się dziewięć lat temu). Ona ma świetnie dobrane ciuchy z aktualnego sezonu, a ty od sześciu lat donaszasz stary zimowy płaszcz. Ona z zebrania z wychowawczynią odjeżdża nową terenówką, a ty się męczysz, bo stary golf nie chce odpalić na mrozie. Na zdjęciach jej przystojny mąż obejmuje ją czule, podczas gdy ona śmieje się, wniebowzięta, a ojciec twoich dzieci na wzmiankę selfika z buziakiem na Fejsa przewraca oczami i rzuca, że może lepiej nie publikować niegdzie waszych pomarszczonych twarzy. Jej dom jest przestronny, urządzony z gustem i regularnie sprzątany przez Irinę, a Ty nie nadąrzasz ze ścieraniem kurzy i przestałaś już dawno marzyć o nowym stole do jadalni (nie mówiąc już o większym lokum), bo przy wydatkach na twoją trójkę dzieci nawet spłacanie raty kredytu nie jest takie oczywiste.

Co ważne, nie mówimy tutaj o zawiści czy scenach jak z "Dnia Świra" - w końcu ty te koleżanki, matki, znajome lubisz, trochę podziwiasz, chciałabyś brać z nich przykład. To raczej małe ukłucia w sercu, że życie jest cholernie niesprawiedliwe i niektórzy mają bardziej pod górkę. Na przykład ty. Chociaż tak mocno się starasz każdego dnia.

Mam takich fajnych kobiet mnóstwo wokół. Tych supermenek, które dają radę i to w najlepszym stylu. Świetne żony, matki, kochanki, kucharki, zawodniczki. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak trudno było ich nie znienawidzić, kiedy miałam swoje doły, a one bez wysiłku osiągały wyżyny.

Życie bywa jednak przewrotne i przez kilka ostatnich lat kilka z tych dziewczyn stało mi się naprawdę bliskich w różnych okolicznościach. Pamiętam pierwsze wyjście na wino albo kawę z każdą z nich, pierwsze rozmowy, kiedy czułyśmy się na tyle swobodnie, żeby się szczerze wygadać. 

Na każdej z tych rozmów otwierała się szafa i wypadał z niej trup. Co jeden, to bardziej nieoczekiwany. Ciężkie choroby, martwe związki, problemy z dziećmi, które przyprawiają o gęsią skórkę, stany depresyjne, kozetki u terapeutów, szefowie psychopaci w pracy, historie z kryminałem w tle. Nie wszystko na raz, ale u każdej coś. Rysa na idealnym wizerunku.

Jakim idealnym wizerunku??? - pytała ona. Naprawdę tak mniej postrzegasz? Przecież to u ciebie... - i tutaj wyciągała jako argument moją chudą dupę albo regularnie pieczony chleb, opowiadała, że to ja dla niej byłam tą, której wszystko przychodzi łatwo. Ja!!! Żaba!

I tak się dowiedziałam że każdy (albo prawie każdy) ma trupa w szafie. Może nie jakieś patologie (chociaż kto wie, mogą być gdzieś, gdzie ich nie podejrzewamy), ale problemy wszelkiej maści. To, że ich nie widzisz, nie znaczy, że ktoś lukruje rzeczywistość - po prostu są tematy, które nie nadają się na small talk w szkolnej szatni, o pewnych rzeczach może nawet nie wiedzieć w ogóle nikt z najbliższych, o dalszych znajomych nie wspominając.

Dziś o wiele mniej mam ukłuć zazdrości kadrami wyrwanymi z czyjegoś życia. Bo to tylko, chwila, moment, wycinek. Całość zazwyczaj nie jest różowa ani tęczowa - raczej we wszystkich odceniach szarości.

A ty pamiętaj - na pewno dla kogoś jesteś Królową Wszechświata w jakimś obszarze. Nie dostrzegasz tego (to??? to łatwe, oczywiste, w ogóle przestań, taka głupota???). A przecież też robisz wysiłki, żeby upchnąć swojego trupa w szafie, żeby nie śmierdział za bardzo. I pewnie nawet sobie nie zdajesz sprawy, że jesteś w tym pudrowaniu problemów całkiem niezła. 

2015

fiona_apple

2015

2015 to był całkiem dobry rok. Nie był nieziemski, niesamowity czy fantastyczny, ale przeżyliśmy w nim dużo dobrych chwil. Wiadomo, były też wyzwania, ale kiedy dziś patrzę na te największe, to każde nas czegoś nauczyło i czuję, że jesteśmy na ostatniej prostej do pozamykania kwestii, które nas uwierały.

Czy robicie postanowienia noworoczne? Ja takich dotyczących stricte przełomu roku raczej nie, ale mam swoje święte notatki. Prawda że cudowna nazwa? ;) To duży zestaw przemyśleń na tematy wszelakie, zadań do zrobienia na za niedługo i za parę lat oraz życiowych priorytetów. To nie jest w żadnym razie sztywny plan czy lista postanowień, z których miałabym się sama rozliczać, raczej urywana rozmowa ze sobą. Mam to wszystko zarejestrowane w kilku miejscach (papier + software), gdzie mogę na bieżąco zapisywać rzekę myśli - między innymi w swoim kalendarzu z torebki.

Na przełomie roku, przy okazji przenosin do nowego kalendarza, przeglądam sobie to wszystko. Jakież to jest ciekawe doświadczenie! Czasami aż sie dziwię, że coś było dla mnie ważne parę miesięcy wcześniej, a czasem ze zdumieniem obserwuję, jak wiele rzeczy udało mi się konsekwentnie zrealizować. Mi! Prokrastynatorowi z bardzo silnym wewnętrznym leniem! 

No i właśnie kalendarz przypomniał mi, jakie trzy rzeczy ważne dla mnie samej udało się dopiąć w ostatnim roku. Rzeczy, które pomogły mi dziś być tutaj, a nie tutaj

Na wiosnę kupiłam dopasowany do moich potrzeb rower miejski, co wcześniej długo odkładałam. A teraz jest - śliczny, wygodny (damka z bardzo niską ramą), z siodełkiem wielkości województwa opolskiego, którym mogę pomykać godzinami i jest mi wygodnie jak w pierwszej klasie linii Qatar Airways (nie żebym kiedykolwiek miała szansę wyprowac QA, ale reklamy mówią wszystko). Tym samym stary miejszczak przeszedł w posiadanie Miśka i przez cały ciepły sezon weekendami pomykaliśmy po mieście rodzinnie, każdy na swoich dwóch kółkach (oprócz Bo, ktory jak książę rezydował w foteliku). Rowery zaciągnęliśmy nawet na wakacje nad Balatonem! A na dodatek kilka razy pojechałam rowerem do pracy - dla wielu to oczywista oczywistość, ale dla mnie, regularnie wożącej tyłek w aucie, było to wielkie osiągnięcie. Naprawdę nie pamietam, kiedy jakiś zakup sprawił mi tyle radości na tak długo. 

Pozostajac w temacie wysiłku fizycznego, w 2015, niezmiennie jak w latach poprzednich, machałam nóżką na wiele różnych sposobów, ale przede wszystkim znalazłam odpowiadającą mi idealnie instruktorkę fitnessu. Karolina, aj law ju do bólu! Kto ćwiczy w klubach, ten wie, jak ważne jest znalezenie instruktora, którego zajęcia będą zarówno ciekawe, jak i motywujące na dłuższy okres, kiedy forma rośnie. Co się zmieniło jeszcze w stosunku do lat poprzednich? Tym razem poszłam za ciosem i mocno pokombinowałam pro-fitnessowo w kuchni. I wreszcie! Ciało odpowiedziało! Mało że jest bardzo wyraźnie jędrniejsze i wygląda po prostu lepiej (chociaż nie powiem, komplementy cieszą), przede wszystkim jestem dziś fizycznie silna i wytrzymała jak nigdy wcześniej. Mam poczucie, że jest to jedna z najważniejszych moich inwestycji w przyszłość. Plan na 2016? Nie rozmienić tego na drobne.

Na koniec wisienka na torcie - udało się reaktywować bloga. Nie byłam przekonana, że to ma sens, więc szłam powolutku, bez ciśnienia. Spojrzałam dziś w archiwum i wychodzi na to, że jesienią pisałam średnio jedną notkę na tydzień - niezby dużo, ale przynajmniej w miarę regularnie. A co najważniejsze - ludzie czytają! Wrócili starzy czytelnicy, dochodzą nowi. To daje motywację, żeby w tym roku trochę sił w ten zakątek internetu zainwestować i nieco przyspieszyć. 

Tutaj miało byc mega optymistyczne spojrzenie na kolejne miesiące, ale większość z was już wie, że kończę ten tekst z hotelowego łóżka po wypadku na stoku narciarskim, więc daruję sobie bon moty o oczekiwaniu na to, co przyniesie rok (bo jak na razie przyniósł ortezę na kolano i dwie kule do chodzenia, hehe). 

Napiszcie mi tylko, co dobrego zrobiliście dla siebie w 2015. Najlepiej, żeby były to komentarze w stylu "tak dużo, że aż nie wiem, co wybrać".

Kalendarz adwentowy w wersji "Minimum wysiłku dla maksimum efektu"

fiona_apple

Kalendarze_adwentoweŹródło zdjęć: Pinterest.com

Przez cały grudzień dostałam sporo pytań o nasz kalendarz adwentowy. Dziś zbliżamy się już do końca miesiąca i roku, ale pomyślałam, że mimo wszystko spiszę wnioski na gorąco i będzie jak znalazł na koniec 2016. 

Pewnie zauważyliście już, że bardzo lubię okres okołoświąteczny (tak, wiem, chyba cały świat zauważył). Natomiast jest inna istotna rzecz, dużo trudniejsza do dostrzeżenia przez pryzmat moich aktywności tutaj i Fejsbuku - otóż jestem osobą dość leniwą. Owszem, na zdjęciach i w postach piekę, przygotowuję kiermasze szkolne, fitnessuję się i w ogóle biegam jak w ukropie, ale mimo wszystko szybko ulegam magii nicnierobienia, a słomiany zapał to moje drugie imię. Kalendarz adwentowy i inne podobne projekty dochodzą u mnie do skutku z dwóch powodów - chęć zrobienia czegoś fajnego z dziećmi bywa silniejsza niż wewnętrzny leń, a na dodatek dbam o to, żeby planować maksimum efektu przy minimum wysiłku.

Sprowadzając to do jednego zdania: kalendarz adwentowy jest dla nas, a nie my dla niego.

Co to oznacza? Najważniejsza jest dla mnie sama idea odliczania dni, a nie misterne przygotowania (których dzieci i tak nie docenią, pamiętajmy o tym!). Kalendarz wpasowuje się w nasze życie, jest atrakcyjny, ale też mega elastyczny. Poniżej garść moich przemyśleń z trzech lat adwentowania.

  • Forma
    Kiedyś miałam marzenie, żeby w moim domu wisiał kalendarz na miarę najlepszych tablic Pinteresta - przypominam wpis sprzed trzech lat, w którym zachwycałam się misternie zapakowanymi pakunkami u niejakiej Kate. Pocmokałam, podumałam, ale koniec końców schowałam ambicje do kieszei i kupiłam gotowy filcowy kalendarz w Tchibo. To był strzał w dziesiątkę! Nie jest może zbyt piękny, ale co roku wyciągam go z pudełka z ozdobami świątecznymi i voilà! Od razu całą energię mogę poświęcić na wymyślanie zadań. W tym roku myślałam nawet, żeby kupić nowy kalendarz, ładniejszy, ale kiedy wieszaliśmy stary, Filipowski powiedział, że go uwielbia i musiałam zrobić sobie zakładkę w mózgu z przypomnieniem, żeby nie naprawiać czegoś, co działa bez zarzutu i nie próbować uszczęśliwiać na siłę kogoś, kto już jest wystarczająco szczęśliwy. Tak więc - dłubcie, pakujcie, przybijajcie, jeśli tylko sprawia wam to przyjemność, ale jeżeli nie lubicie prac ręcznych albo nie macie na nie czasu, nawet 24 białe papierowe torebki śniadaniowe dadzą radę. Dla waszych dzieci nie uroda kalendarza będzie najważniejsza.

  • Upominki czy zadania?
    W naszym domu w kalendarzu są prawie same zadania, bo moje dzieci w grudniu i tak dostają co krok jakiś prezent. Natomiast łatwo mi sobie wyobrazić, że kieszonki wypełnione małymi zabawkami, przyborami piśmienniczymi albo słodyczami też byłyby hitem. Rozmawiałam z jedną z moich koleżanek, która kupiła śliczny kalendarz z szufladkami, natomiast problemem dla niej była wielkość tychże szufladek - można było tam zmieścić rzeczywiście jedynie drobnostki. Tyle że u nas jest tak samo! W naszym kalendarzu mieszczą się jedynie niewielki karteczki, a to i tak po złożeniu. :) Jeśli zostawiam upominki, na kartce jest napisane, gdzie je znaleźć - w szufladach z bielizną, pod łóżkami, pod poduszkami w sypialni rodziców. Uwielbiam moment, kiedy dzieciaki się dowiadują, gdzie mają szukać i startują do celu jak bolidy Formuły 1.

  • Jakie zadania?
    Kalendarz adwentowy to nie jest dla mnie powód, żeby przez cały grudzień co wieczór poświęcać trzy godziny na ambitne prace ręczne, które zapewnią mi miejsce niebie dla chwalebnie udręczonych matek. Kalendarz to li i jedynie narzędzie, żeby odliczać dni do Świąt. Tak więc po pierwsze i najważniejsze - trzeba wypisać rzeczy, które i tak zrobimy w grudniu w związku ze Świętami. Na pewno macie ich co najmniej kilkanaście - list do Mikołaja, pieczenie pierników, kupno choinki, zawieszenie lampek na balkonie albo w ogrodzie, kupno nowych bombek, wyprawa na bazar po składniki na wigilijną kolację i tym podobne. Jak wypiszecie to, co oczywiste, pogłówkujcie dodatkowo, co jeszcze się robi, ale nie wydaje się mocno bożonarodzeniowe - przy dodaniu kontekstu mogą to być bardzo atrakcyjne dla dzieci zadania. Na przykład telefony do Dziadków - dzwońcie, żeby powiedzieć, że ich kochacie albo żeby opowiedzieli, jak wyglądały przygotowania do Świąt, kiedy byli mali. Stawiacie karmnik? To dlatego, że być może w Wigilię ptaki zaśpiewają ludzkim głosem. A przygotowanie strojów na uroczystą kolację? Nie sądzę, aby którykolwiek maluch był zachwycony perspektywą przymierzania koszul, ale gdyby tak przedszkolak pomógł mamie skompletować najpiękniejszy zestaw? I chłopcy, i dziewczynki będą w stanie coś podpowiedzieć - Filip robił to już wtedy, kiedy był dwulatkiem. Na sam koniec dodajcie DIY i inne fanaberie wybrane tak, żebyście nie dostawali drgawek na samą myśl. Nie zapomnijcie też wypisać dobrych uczynków dla innych i udziału w akcjach charytatywnych. Dobrze jest mieć długą listę zadań do wyboru (dłuższą niż 24 pozycje), kiedy zaczniemy przyporządkowywać je do dni - wypiszcie wszystko na oddzielnych karteczkach, łącznie z ewentualnymi upominkami.

  • Co kiedy?
    Za pierwszym razem w 2012 roku rozpisałam sobie 24 dni kalendarza z notatkami, kiedy trzeba było dokonać odpowiednich zakupów - bardzo ambitnie, ale wtedy byłam na urlopie macierzyńskim z Bo, który miał wted pół roku, głównie jadł i spał, więc mogłam sobie na to pozwolić. Kolejne edycje kalendarza podlegały ciągłym modyfikacjom,  więc teraz robię rozpiskę na pierwszy tydzień do 10 dni, a potem reszta odliczania jest planowana na bieżąco. Jak to wygląda? 1. grudnia - pisanie listu do Mikołaja (idzie na pierwszy ogień, bo mogą być niespodzianki). 2. grudnia - kartki pocztowe (wcześniej organizowałam wyprawę do Empiku po kartki, teraz robiliśmy je sami). 3. grudnia - wyprawa na pocztę, aby wysłać kartki (jeśli macie taką możliwość, dobrze jest wybrać mały urząd, żeby nie było tłumów i żeby była możliwość porozmawiania z panią w okienku - Filipowski zawsze z dumą opowiada, po co przyszedł, do kogo wysyła kartki i kim są adresaci). Potem dwa dni tego, co mi akurat pasuje i 6. grudnia - telefon do Dziadków, żeby się pochwalić, co przyniósł Mikołaj i zapytać, co zostawił dla nich. Zazwyczaj zapisuję taki plan w kajecie i go aktualizuję, wkładając karteczki do kalendarza, żeby zawsze być na bieżąco, co nas czeka za dzień lub dwa. Bardzo istotna rzecz - planujcie realnie, zachowując maksimum komfortu dla siebie. Co mam na myśli? Pieczenie pierników albo inne zadanie na trzy godziny raczej na weekend, po dwóch bardziej wymagających zaangażowania zadaniach, kolejne lajtowe, żeby się nie zniechęcić ("Narysuj 120 bombek w różnych kolorach, a mamusia będzie obok piła winko i odliczała kolejne, żebyś się nie pomylił w liczeniu.") U nas w dni, kiedy Marcin zostaje sam z dziećmi, nie ma zadań plastycznych, których on nie znosi, a kiedy na początku grudnia zostałam z Potworami na cały tydzień, bo Szanowny Małżonek był wybył w podróż służbową, w kalendarzu pojawiły się upominki, słuchaliśmy świątecznych melodii - po prostu wiedziałam, że będę zbyt zmęczona, żeby z uśmiechem robić coś wymagającego większego zaangażowania. Tip of the century - Just be real!

I to właśnie jest mój przepis na wciągnięcie się w coroczną zabawę z kalendarzem adwentowym - nie przekombinowywać, nie ścigać się z samą sobą. Poniżej zamieszczam listę propozycji zadań do kalendarza, będziecie mieli z czego wybierać, jesli potrzebujecie ściągi. No i dajcie znać, czy w tym roku był u was kalendarz, odliczanie i co się sprawdziło, a co było klapą. 

* * *

 ZADANIA DO KALENDARZA
- Napisz list do Świętego Mikołaja

- Wyprawa w poszukiwaniu najpiękniejszych kartek świątecznych
- Zróbmy własne kartki świąteczne
- Wyprawana pocztę, żeby wysłać kartki
- Zawieśmy światełka
- Od dziś do Wigilii wszystkie posiłki jemy na świątecznych talerzach (które trzeba wcześniej kupić :D)
- Dziś Święty Mikołaj roznosił prezenty - zadzwoń do Babć i Dziadków, aby dowiedzieć się, co oni dostali
- Wyprawa w poszukiwaniu oznak zimy
- Czy w twojej biblioteczce są jakieś książki o Świętach?
- Wyprawa po choinkę
- Nauczmy się jednej polskiej kolędy porządnie na pamięć - wszystkie zwrotki
- Tańce połamańce do szalonej wersji "Jingle Bells" (polecam Michaela Buble z Puppini Sisters)
- Zróbmy pachnącą świąteczną pomarańczę (nabitą goździkami, do powieszenia w salonie, żeby pachniała aż do Świąt)
- Jaki dobry uczynek mógłbyś dziś albo jutro dla kogoś zrobić?
- Na Święta w mieszkaniu stanie pięknie udekorowana choinka - namalujmy ją dziś farbami
- Upieczmy świąteczne kruche ciasteczka i udekorujmy je
- Wielkie pieczenie pierników!
- Wyprawa po ozdoby na choinkę (na własne drzewko / dla Dziadków / jako prezent dla sąsiada)
- Postawmy na balkonie / w ogrodzie karmnik dla ptaków i wysypmy dla nich ziarno - może w Wigilię przylecą, żeby nam zaćwierkać ludzkim głosem?
- Wyprawa do kawiarni na świąteczne ciastko
- Lubisz mówić "Kocham cię" bliskim? Zadzwońmy do Babć i Dziadków, żeby im to powiedzieć, na pewno będą zachwyceni
- Lampiony świąteczne z mandarynek
- Mrozowe ozdoby na okno (na przykład takie)
- Czy we wszystkich krajach obchodzi się Święta tak samo? A może w różnych miejscach są różne tradycje?
- Rodzinna fotografia w czapkach Świętego Mikołaja
- Opowiem ci dziś, jak wyglądały przygotowania do Świąt, kiedy byłam małą dziewczynką
- Dziś do przedszkola / szkoły pójdziesz w świątecznym swetrze / świątecznej koszulce / świątecznych skapetkach (które trzeba wcześniej kupić :D)
- Wyprawa na lodowisko
- Spacer po Starym Mieście i podziwianie iluminacji
- Spacer po osiedlu i podziwianie ozdób na domach i w ogrodach sąsiadów

- Jak wyglądały przygotowania do Świąt, kiedy twoi Dziadkowie byli mali? Zadzwońmy do nich, żeby nam o tym opowiedzieli
- Wyprawa na jarmark świąteczny
- Czekoladowe fondue
- Świąteczny seans filmowy
- Wspieramy akcję XYZ, przekazaliśmy na nią z Tatą pewną sumę pieniędzy. Czy mógłbyś dodać coś ze swoich oszczędności?
- Wybierz kilka swoich zabawek i książek do przekazania do pokoju zabaw na oddziale pediatrycznym w szpitalu
- Planujemy z Tatą kupić karmę dla psów do schroniska. Czy mógłbyś dołożyć część sumy ze swoich oszczędności?
- Zaplanujmy, jak będzie wyglądał wigilijny stół - czy musimy coś w związku z tym kupić?
- Wyprawa na bazar po składniki na wigilijną kolację
- Pomóż mi wybrać strój na kolację wigilijną

 

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci