RSS
czwartek, 30 lipca 2015
Alergologia, pulmonologia i wróżenie z fusów

No więc gdzie i kiedy ja tam... Aha! Jesteśmy w grudniu 2013 roku. Pediatra właśnie zdiagnozowała zapalenie płuc u Filipa i wysłała Borysa do szpitala na alergologię na cito. Hajlaf.

Nasze wizyty w różnych placówkach medycznych na przestrzeni dorastania Potworów pozwoliły nam się zapoznać z całym bogactwem zachowań gatunkowych lekarzy i pielęgniarek, jednak jedno trzeba przyznać - w szpitalach zawsze pomagali nam skutecznie i w miarę sprawnie. Tak było i tym razem.

Na Działdowskiej zaskoczyli mnie bardzo tym, że na zmiany skórne Borysa od razu podali… antybiotyk! Pomijam kwestię tego, że to był jego pierwszy antybiotyk w życiu (i do dnia dzisiejszego jedyny), ale… Antybiotyk??? Jako środek w walce ze skórnym odczynem alergicznym?

Oczywiście upraszczam, bo oprócz tego Bo dostał smarowidła do ciała do pary ze specyficznym rytmem kąpieli i Zyrtec w kroplach. Ale mimo wszystko byłam naprawdę zaskoczona. Na szczęście nikomu nie brakowało cierpliwości do wyjaśniania mi wszystkich procedur i odpowiadania na niezliczone „Dlaczego?”. Zmiany na skórze Borysowskiego trwały już tak długo, że były ponadkażane, a antybiotyk miał ukrócić imprezę bakteriom ucztującym na moim dziecku. I tak się stało.

Po paru dniach kuracji i eliminującej duży wachlarz alergenów diety moje dziecko po raz pierwszy od paru miesięcy miało gładką (stosunkowo) skórę. Objawy, z którymi przez całą jesień alergolog od siedmiu boleści próbowała sobie bezskutecznie poradzić, zostały opanowane w niecały tydzień. Tydzień!!! A nie mówimy tutaj o specyfikach z nowoczesnymi nazwami produkowanych przez największe koncerny, tylko o dwu-, trzyskładnikowych maściach, które zrobi każdy farmaceuta. Za dychę, nie za stówę za opakowanie.

Równolegle należało ustalić, co tak naprawdę uczula Borysa. Testy z krwi znowu nic nie dały. Na Działdowskiej też sceptycznie podchodzili do tego, że zwykłe testy skórne testy punktowe (prick) coś wykażą. Ale zróbmy, why not? Może jednak?

I bingo! Trzy bąble, trzy alergeny – mleko krowie (laktoza), białko jaja i ziemniak. Produkty mleczne odstawiliśmy jesienią intuicyjnie, jaja podawaliśmy tylko przepiórcze, ale ziemniak? Kto by pomyślał… Lądował w każdej zupie. A potem na skórze Bo.

Kiedy Borys wyglądał już naprawdę dobrze, zrobili mu jeszcze testy kontaktowe (płatkowe) – te można robić jedynie przy remisji objawów. Potwierdziły one powyższą listę uczuleń z testów punktowych.

Jaki wniosek? Gdyby tylko zwykłe testy punktowe wykonać w pierwszych tygodniach nasilenia alergii, gdybyśmy próbowali postawić na swoim, gdyby lekarka (na której wspomnienie dziś cierpnie mi skóra) nie uparła się, gdybym doczytała o aktualnych zaleceniach dotyczących dolnego wieku pacjenta przy tych testach… Wiedzielibyśmy wcześniej. A tak trzy miesiące błądzenia we mgle. Dziękujemy, że oszczędziła pani ten jeden zestaw testowy, psze pani. Budżet sieci przychodni, której nazwy nie wymienię (bo mam schizę pozwu, hehe), uchroniony!

Nie ma jednak czasu na żale i rozpamiętywania. Mamy to! Mamy wiedzę, mamy leki, mamy kontakt do lekarza, któremu ufamy w stu procentach. Teraz tylko Fiona musi się nauczyć gotować bez mleka i produktów mlecznych, wołowiny i cielęciny (to samo zwierzę!), jaja (żadnego – zalecono nam wyeliminować jaja przepiórcze), kury oraz ziemniaka i skrobi ziemniaczanej.

Powstrzymam się od rozpisywania w tym temacie dziś, bo wyjdzie mi epopeja długości „Pana Tadeusza”, ale na początku było ciężko. Lista alergenów niby krótka, jednak szybko się okazało, że eliminuje co najmniej połowę przeciętnego supermarketu. Dziś, półtora roku później, mówię „Phi!”, przygotowując domowe mleko migdałowe i piekąc pulchniutkie wegańskie drożdżówki, jednak wciąż pamiętam biedę i monotonię diety Borysa w tych pierwszych tygodniach. Dobrze, że dzieciak lubi brokuły, bo dostawał je wtedy prawie codziennie we wszystkich postaciach poza deserem. A może w deserze też?

Roślinka

Jesssu… Ja tu gadu gadu o Borysowskim, a w domu Filip walczy z zapaleniem płuc. To znaczy walczył przez pierwszy dzień, a potem leki zaczęły działać i było już tylko dziecko z nadmiarem energii wkurzone zamknięciem w domu. Scenariusz znany wielu rodzicom, tyle że my mieliśmy młodszego na oddziale szpitalnym (z zakazem wyściubiana nosa stamtąd – oczywista oczywistość) i nikłe szanse na pomoc rodziny.

Nie pytajcie, jak poradziliśmy sobie z zamiankami pomiędzy domem a szpitalem. Nie pamiętam dokładnie. Przydali się sąsiedzi, miały miejsce rajdy wolskimi ulicami ze zdecydowanie nieprzepisowymi prędkościami. Musieliśmy też używać kanałów teleportacyjnych, bo jakoś dziś nie mogę sobie wyobrazić, że sobie bez nich poradziliśmy. Chcieć to móc, chciałoby się powiedzieć. Tyle że w takich przypadkach działa raczej zasada jak mus, to mus, bo z życzeniowością nie ma to wiele wspólnego.

W każdym razie Filipowski wspomagany farmakologią poradził sobie z syfem w płucach. Świetnie, myślałam naiwnie. Będziemy sobie smarować Borysa wazelinami w piętnastu odsłonach, wpieprzać szpinak z soczewicą i jakoś to będzie.

Nie było.

Tamtej zimy oskrzela Filipa dawały o sobie znać co dwa, trzy tygodnie. Co najgorsze, wróciły duszności (czyli skurcz oskrzeli, może być wywołany infekcją lub alergenami). A z nimi leki rozkurczowe i sterydy. Inhalacje, najróżniejsze konfiguracje inhalacji.

Szczęście w nieszczęściu (bosz, co ja dziś? przegląd przysłów i powiedzeń polskich?), przychodnia podstawowej opieki zdrowotnej na parterze w bloku. Tak więc w infekcjach chodziliśmy czasami rano i wieczorem – dwie zaufane lekarki (jedna z poprzedniego wpisu) słuchały Młodego, oglądały, liczyły jego oddechy, robiły dziwne miny, zastanawiały się. Jakie dawki? Więcej? Częściej? Już szpital? Może jeszcze nie, inhalujecie rozkurczowy o trzeciej w nocy i widzimy się rano. Uff.

I tak do końca lutego, kiedy jednak się nie dało inaczej niż Działdowska. Znowu.

Wracasz tam jak do domu. Ten sam oddział. Znasz każdy kąt, wszystkie zabawki w świetlicy. Pielęgniarki cię rozpoznają. To Filip, brat Borysa. Naprawdę? Niepodobny. I lekarz prowadząca ta sama. I znowu nam pomogła.

Filip opuszcza szpital z lekami na stałe. Z nebulizacji przechodzimy na wziew z inhalatora przez tubę. Nie wiadomo na jak długo. Może miesiące, może lata. Astma? Podejrzenie. Obserwowany w kierunku. Za mały na spirometrię, nie da się więc podbić pieczątki pod diagnozą. Ale w każdej przychodni, gdyby pytali, mówcie, że astma. Prościej niż wdawać się w detale. I leki wtedy też powinni przepisać bez problemu, jeżeli będziecie potrzebować.

I tak właśnie, pod koniec zimy, półtora roku temu, w moim domu zamieszkały wcześniej ukrywające się, a teraz wydarte na światło dzienne, dwie choroby przewlekłe.

00:44, fiona_apple
Link Komentarze (5) »
sobota, 28 marca 2015
Odcinek, w którym nic się nie wyjaśnia

W pisaniu blogowych notek raz na kilka miesięcy, ale jednak z celem, aby ułożyły się w jedną opowieść, najtrudniejsze jest to, że człowiek zupełnie nie pamięta momentu, w którym skończył. Nie „czuje” go. Ale jakem Fiona, nie pozwolę, żeby mi to przeszkodziło. Przeczytałam tekst z sierpnia pięć razy i…

Blog_01

Wracam do tego momentu. Do czasu, kiedy rzeczywistość zaczęła mnie uwierać tak, że bolało. Nie tak, żeby się nie dało chodzić do pracy czy funkcjonować, ale – jak to się mówi w moich rodzinnych okolicach – ból ćmił. Stały, ciągły, zagarniający. Sprowadzający na siebie uwagę całego twojego jestestwa, kiedy tylko miał choćby cień na to szansy.

Do okresu, kiedy najważniejsze w calusieńkim wszechświecie było dla mnie określenie, do czego dążę. Jak tam dojść – o tym pomyślę później. Więc kiedy tylko miałam trzy minuty na krzyż, siedziałam i myślałam. I to, co wydawało się bólem, okazywało się czymś zgoła innym. To był gniew.

Wkurw totalny. Na sytuację. Na wszystkich wokół. Na siebie. Kandydatów na winnych było mnóstwo. Chociaż – jakich tam kandydatów! Wszyscy byli winni. Skazani bez procesu. Rach-ciach, walnięcie młotkiem w blat i już. Procedura skrócona, bo trwała wojna - moja wewnętrzna. Barbarzyńska, nie zważająca na ofiary i na to, że w wałach mogą zginąć niewinni cywile. Przecież w tym czasie nie było niewinnych.

To był dla mnie okres egoizmu i egocentryzmu. Ja, moje, dla mnie. 

Ale wiadomo, nie było tak, że się nagle zaszyłam w celi w jakimś zakonie albo wyjechałam na bezludną wyspę. Życie się toczyło. Po prostu równolegle miał miejsce proces niedostępny dla postronnych. Wylewający się jedynie, kiedy gniew wypływał, jak z buzującego wrzątkiem garnka.

Nie lubiłam wtedy ludzi. Tak generalnie. Od interakcji nie uciekniesz, ale poczucie, że ONI nie wiedzą, nie rozumieją, nie doceniają, nie czują, odbiło się ciężko na mnie. Jak problem, to wina w NICH, w ich działaniach, w czynnikach zewnętrznych. Bo to zawsze byli ONI, nie MY. Stałam się Macierewiczem swojej rzeczywistości, tropiącym spisek wszechświata – spisek zawiązany przez tabun ludzi skupionych na tym, żeby mi dokopać.

I tak żyłam sobie. Filippo zmienił przedszkole, bo w państwowym trafiliśmy na bardzo słabego pedagoga w jego grupie i nie dało się inaczej. Borys też rozpoczął przygodę ze zbiorową edukacją – poszli do jednej placówki, bo prywatne przedszkole na naszym osiedlu miało grupy żłobkowe. W pracy ciągły młyn, ciągłe wyzwania. I sukcesy, nawet sporo sukcesów. I ja – podobno uosobienie siły i samozaparcia (tak mi mówiono wtedy, tak mi mówiono potem) – coraz bardziej roztrzaskana wewnętrznie. Alanis, miałaś rację.*

Wtedy właśnie, jak to w życiu bywa, ze spacerów po zakamarkach duszy wyrwała mnie codzienność.

Wczesną jesienią 2013 roku Borys zaczął dostawać coraz rozleglejszych zmian skórnych. Miał wtedy rok z małym kawałkiem, nie karmiłam go piersią od paru miesięcy. Im dalej w rozszerzanie diety, tym gorzej - ewidentne odalergiczne atopowe zapalenie skóry. Tylko teraz trzeba było znaleźć, co go uczula. Hello, Holy Grail!

Na początku byliśmy jak dzieci we mgle. Jak bardzo bardzo nierozgarnięte dzieci w bardzo bardzo gestej mgle. Naćpane nierozgarnięte dzieci w halucynogennej mgle.** You get it.

Najgorsze było to, że trafiliśmy na fatalną alergolog, która, jak się później okazało, prowadziła nas na manowce i zmarnowała kilka miesięcy walki o zdrowie mojego dziecka. Każda wizyta to były kolejne strzały, bo a nuż to czy tamto zadziała. Testy z krwi nic nie wykazały, próby skórne według tamtej pani nie mialy sensu z dzieckiem w wieku Bo. Dostawaliśmy więc recepty na coraz wymyślniejsze (i droższe, a jakże!) maści i smarowidła, a wyników nie było. Sensownych rad co do prowadzenia diety eliminacyjnej też nie. Nasze chaotyczne próby eliminowania produktow i zaobserwowania, co alergizuje Borysa, nie prowadziły do żadnych sensownych wniosków, na skutek których stan skóry Młodego by się poprawił.

A jakie tak naprawdę były objawy? Mówiąc obrazowo, strupopodobne zmiany wielkości monet gęsto rozłożone na całym ciele oprócz głowy, dłoni i stóp (rozkład zmian wskazywał na prawdopodobieństwo alergii kontaktowej bezpośrednio lub krzyżowo z jedzeniem - żeby nie było nudno). Dziecko ubrane wyglądało najzupełniej normalnie. Dziecko rozebrane to był naprawdę nieciekawy widok. Przez jakiś czas miałam jedno zdjęcie tych zmian w komórce, ale kiedy wyszliśmy na prostą, usunęłam je. Chcę, żeby pamięć zadziałała naturalnym mechanizmem i zamazała te obrazy.

Aby nie rozwlekać (bo temat błędów lekarza i naszych to materiał na oddzielną blogową antologię pod tytułem „Jak nie postepować przy diagnozowaniu alergii”), przenieśmy się jakieś trzy miesiące od pierwszych nasileń choroby. Wtedy zapomnieliśmy już właściwie, co to "lepszy" stan skóry Borysa. Zmiany ciągłe, niereagujące na środki. My, rodzice - zdesperowani. Alergolog - rozkładająca ręce.

Aż tu nagle, pewnego grudniowego dnia, planety musiały się W KOŃCU ułożyć w jakąś sensowną konfigurację, bo wreszcie otrzymaliśmy sensowną pomoc.

Parę tygodni wcześniej w naszym bloku rozpoczeła dzialalność przychodnia prywatnej medycznej sieci, w której można było się rownież zapisywać do lekarza pierwszego kontaktu NFZ. I się wzielim zapisali - bo pediatra trzy minuty od domu to jednak wygodne jest. 

Tego dnia Marcin został z Filipem w domu, bo tenże pokasływał. Przy rejestracji konsultacji pediatrycznej w naszej przychodni usłyszeliśmy, że przyjmie doktor taka a taka - z wyglądu nastolatka, ale żeby się tym nie sugerować, bo to dobry lekarz, w szpitalu dziecięcym pracuje. A u nas od razu trybiki w ruch - ci ze szpitali często dużo wiedzą z praktyki, więc Borys od razu zostawiony w domu i na wizytę zabrany na dopych, bo być może ta „dobry lekarz” poradzi, gdzie szukać pomocy.

„Dobry lekarz” tylko sekundę spojrzała na Borysa i zawyrokowała, że w tym stanie dziecko powinno się jak najszybciej znaleźć na oddziale szpitalnym. Wyjęła komórkę, narobiła zdjęć i obiecała, że następnego dnia pokaże je koleżance z alergologii. Tak zrobiła - około południa dostaliśmy telefon, że łóżko na oddziale czeka i że mamy dwie godziny na decyzję, czy przyjeżdżamy na Działdowską. Tak zwana propozycja nie do odrzucenia.

Aha, żeby nie zapomnieć - „dobry lekarz” zdiagnozowała też pokasływanie Filipa: zapalenie płuc. A pisałam, że miesiąc wcześniej mieliśmy epizod Filipa z dusznością, który skończył się na ostrym dyżurze? Nie pisałam? Na szczęście odesłali nas wtedy do domu tej samej nocy po opanowaniu sytuacji. To jeszcze dodam, że przez kolejne miesiące będziemy się mierzyć z nawracającymi problemami oskrzelowymi Filipa.

I to jest chyba dobra przygrywka przed przeniesieniem akcji na szpitalne korytarze. 

 

* And isn’t it ironic, don’t you think? 

** Disclaimer: To bardzo obrazowa forma literacka, a nie wspomnienie dzieciństwa.

 

10:06, fiona_apple
Link Komentarze (4) »
środa, 27 sierpnia 2014
Jak księżniczka zmieniła się w żabę

Podobno żabę można ugotować podgrzewając wodę od temperatury otoczenia, a ona do ostatniej chwili nie zorientuje się, że coś złego się dzieje.

***

W maju zeszłego roku jeden z zespołów z pracy zaprosił mnie na swoją wyjazdową imprezę integracyjną. Uzgodniłam z Małżonkiem plan logistyczny i wyruszyłam przezornie uzbrojona w laktator (coby moja pierś nie wybuchła w twarz współpracownikowi, bo, jakby nie patrzeć, byłby to jednak kwasior). Wizja relaksu w jacuzzi przy hotelowym basenie była miła, myśl o szaleństwach na motorówkach była ekscytująca, ale i tak najbardziej liczyłam na to, że po koszmarnych miesiącach niedostatku snu najzwyczajniej w świecie porządnie się wyśpię.

Plan był taki, żeby chwil parę pokręcić tyłeczkiem do muzyki DJa, wypić lampkę wina i dyskretnie wymknąć się do pokoju. Założenia pokrzyżował sam DJ, który rewelacyjnie rozkminił potrzeby muzyczne inżynieryjnej braci i moje (wszyscy byliśmy zaskoczeni, że okazały się tak zbieżne). Początkowo koledzy reagowali niemrawo (nie ma cudów, to jednak inżynierowie!), ale jak się rozkręcili... A jak mnie rozkręcili...

Koniec końców tańczyłam sześć godzin. Sześć. Bez przerwy. Nieustannie. Dosłownie bez minuty odpoczynku (podbiegnięcie do stołu i łyk wody zabierał mi jakieś dzesięć sekund).

Kiedy wstałam, niewyspanie mi nie przeszkadzało. Jakżesz by mogło po najlepszej imprezie tanecznej dekady. Coś uwierało jednak. Coś było nie tak.

Rzecz w tym, że ja kocham tańczyć. Śpiewać nie umiem, melodii nie wyklaszczę, nie gram na żadnym instrumencie, ale, o dziwo, mam świetne poczucie rytmu. Energiczna muzyka porywa moje ciało i od razu jestem zespolona z piosenką. W tańcu przeżywam stany wręcz euforyczne, czuję się wolna i szczęśliwa.

I od lat nie byłam na imprezie tanecznej. 

Nagle dostałam obuchem. Nie tak miało być. Dlaczego jestem dziś tutaj, a nie... A nie... Gdzieś... Nie wiem gdzie, ale gdzieś INDZIEJ?

Kolejne dni i tygodnie spędziłam odgrodzona psychicznie od moich chłopaków. Na zewnątrz nic się nie zmieniło, a wewnątrz burza. Who the fuck are you, Fiona? Ile swoich wizji świata porzuciłaś, bo tak było wygodniej dla innych? Ile ważnych dla Ciebie rzeczy zeszło na drugi plan? Ile się zamgliło, zaszarzało? Czy tego chciałaś?

Dzieci oczywiście chciałaś, kochasz je nad życie. Wiedziałaś, że życie się zmieni, zaakceptowałaś to, ale chyba za szybko odpuściłaś stery.

Dziś nie chodzisz tańczyć. Dziś zamiast klubów odwiedzasz przychodnie specjalistyczne. Dziś nie robisz tego, co uwielbiasz, bo musisz robić to, co powinnaś. Tylko kto o tym zadecydował?

Ty sama, durnoto, nie potrafiąc zadbać, by w zawieruchach życia codziennego przeżyły tak ważne dla ciebie cząstki samej siebie? Mąż, który nie lubi, więc nie chodzicie? (Ale Ty jeździsz przecież na nartach, w dużej mierze dla niego, chociaż na początku nie lubiłaś...) Społeczeństwo, które przez wdruk kulturowy nie pozwala ci spriorytetyzować wysoko tak trywialnej rzeczy, jak disco, kiedy musisz zajmować się Rzeczą Ważną, jaką jest pielęgnacja rodziny jako kluczowej jednostki socjalnej? A może los po prostu, cholerny los, który zdecydował, że nie dla ciebie nudne jak flaki z olejem i przewidywalne rodzicielstwo, które przecież co jakiś czas statystycznie musi się zdarzać?

Każda z tych myśli była dusząca. W swoich rozważaniach byłam albo bezdennie głupia, albo totalnie bezwolna. Albo wypij rozlane mleko, albo nieś swój krzyż. Możesz też uciekać. Tyle że nie masz gdzie. Rozczarowanie to twój chleb powszedni. Sił na walkę nie ma. I co teraz?

Tak właśnie parę godzin tańca otworzyło mi oczy na wszystko, co było nie tak. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki setki niewygodnych sytuacji, nieodpowiadających mi założeń i wkurzających stanów rzeczy, które do tej pory były zamiatane pod dywan z nastawieniem, że jakoś to będzie, wypełzło, żeby pokazać mi się w całej krasie. I udowodnić mi, że moje życie jest do dupy.

Najgorsza była jednak niepewność co do samej siebie. Czy ja siebie znam? Czego ja właściwie chcę? Chcę walczyć, iść na noże, ciąć, zmieniać, naginać. Tylko gdzie jest cel?

Kręgle

Żaba wyskoczyła z garnka i szczęśliwie uniknęła ugotowania, ale wciąż jednak była żabą.

03:01, fiona_apple
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Ile to jest pół roku?

Pół roku 1

No właśnie? Ile?

Gdybym czekała na coś miłego, pół roku dłużyłoby mi się niemiłosiernie. A gdyby zbliżało się coś, co chciałabym odłożyć, trzasnęło by jak z bicza.

Od ostatniego posta na Wylęgarni minęło siedem miesięcy. Długo to czy krótko? Na pewno napisane słowami uderza – naprawdę? Aż tyle czasu?

A jednak to ponad pół roku nie minęło ani szybko, ani wolno. Minęło po prostu. Bezszelestnie, nieistotnie, niezależnie od założeń, planów, oczekiwań zewnętrznych i wewnętrznych. Minęło łatwo i konsekwentnie – jak tylko czas mijać potrafi.

I nagle jestem.

Dlaczego dziś? Hmmm… A dlaczego nie?

Na takie powroty nie ma odpowiednich dni. Po prostu pewne przemyślenia dojrzały. Ileż można uciekać przed decyzjami? Nawet w tematach tak pozornie błahych jak jakiś tam blog.

Wylęgarnia to kilka lat mojego życia. Jesienią została porzucona jak nudząca mnie kochanka. Nie skarżyła się, nie przymilała. A mnie jej nie brakowało. Czułam ulgę.

Tęsknotę za pisaniem poczułam dopiero po przejściu jesienno-zimowych życiowych burz i mrozów. Ostatnio zdarzyło mi się nawet coś napisać w pracy. Dla odmiany – coś poetyckiego, lirycznego (na tyle na ile korpo pozwoli na poezję i lirykę). W każdym razie poczułam się dumna, bo ten tekst był naprawdę dobry. I coś się obudziło. Pociągnęło wilka do lasu.

Nie byłabym sobą, gdybym ot tak po prostu napisała, co u nas. Hej ho, przyszła wiosna, Filippo przeżywa fascynację Układem Słonecznym, Borysowski jest ulubieńcem opiekunek w przedszkolu, a na urodziny przed Wielkanocą kupiłam sobie sama prześliczną parę lakierowanych czerwonych szpilek, w których wyglądam jak milion dolarów. Ostatni rok siedzi we mnie zbyt mocno, żeby beztrosko wejść na powrót w buty Księżniczki ze Szklanej Wieży.

Opowiem więc. Opowiem o tym, co zabiło bloga i co mnie roztrzaskało na kawałeczki, z których wciąż składam się na nowo. A przynajmniej staram się.

Na pewno nie dostaniecie tego jutro czy pojutrze, nastawcie się raczej na bełkot o meandrach duszy w odcinkach. Wyklikanie opowieści o narodzinach Bo zajęło mi miesiąc, tutaj może być jeszcze dłużej. Nie będę Was prosić o cierpliwość – jeśli ktoś tutaj jeszcze zagląda, na pewno cierpliwości mu nie brakuje. Nastawcie się natomiast na braki konsekwencji oraz przejawy histerii i nie przejmujcie się, jeśli nic z tego wszystkiego nie zrozumiecie – ja momentami sama niewiele rozumiem, będzie nas trwających w tym stanie więcej.

A potem się zobaczy – przede wszystkim, czy to będzie ostatnia opowieść na tym blogu, a może jednak początek jego istnienia w trochę innej odsłonie.

Pół roku 2

PS. Tych, co mają tendencje do przekładania niewiadomych na najgorsze z możliwych scenariusze, uspokajam, że Potwory są w miarę zdrowe, ja wciąż pracuję w tej samej Fabryce, Miśku służy w tej samej armii, wszyscy mieszkamy pod tym samym adresem. Niby nuda. A jednak pisać jest o czym, bo to przede wszystkim telefooony w mojej głooowie, aha aha.
PS2. Tak, widziałam, że pisaliście, ale ani nie potrafiłam odpisać, ani nie byłam na to gotowa. Dziękuję jednak po tysiąckroć. Poniekąd to dzięki tym mailom jestem tutaj.
PS3. Modelem ze zdjęć jest oczywiście Filippo, mistrz pozowania. :)


01:20, fiona_apple
Link Komentarze (40) »
niedziela, 22 września 2013
Czterolatek

Urodził się. Jadł, spał, jadł, spał, jadł, spał. Patrzył i patrzył, aż w końcu zaczął widzieć. Usiadł. Ruszył do przodu na czterech, a chwilę potem na dwóch odnóżach. Szedł tylko przez trzy minuty, a potem wystartował z trwającym do dziś sprintem. Pobiegł do pierwszego żłobka, potem do drugiego. Rok temu ze żłobkowicza zmienił się w przedszkolaka. W międzyczasie zaczął jeść widelcem, porzucił bliski związek z pieluchą i zaczął mówić. Gadać, dywagować, dyskutować, perorować. Mówić, że kocha i że nie kocha. I że kocha jednak, a to "nie kocha" to tylko pomyłka. Przetestował milion granic po milion razy. Urósł.

I oto jest - od wczoraj Czterolatek.





23:19, fiona_apple
Link Komentarze (34) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88
Zakładki:
Attenzione! Wszystkie teksty oraz zdjęcia umieszczone na blogu są mojego autorstwa, chyba że zaznaczyłam inaczej. Jeśli chcesz je wykorzystać, proszę zapytaj o zgodę. Adres mailowy poniżej.
Zaglądam
Zapukaj do mnie mailowo