Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

O samodzielności

fiona_apple

Samodzielno_1

Borys miał wczoraj nieprzyjemny wypadek. Na placu zabaw pod blokiem stanął w zbyt bliskiej odległości od huśtawki i ta uderzyła go w głowę. Na szczęście chwilę wcześniej zszedł z rowerka i miał kask, więc nic poważnego się nie stało. Niemniej jednak wyleciał do tyłu jak z procy. Podobno.

Dobrze widzicie. PODOBNO. Bo ja wtedy byłam w domu, na trzecim piętrze.

O wszystkim dowiedziałam się, kiedy koleżanka z sąsiedniej klatki przyprowadziła Borysowskiego do mieszkania. Już nie płakał, tylko pociągał nosem. Opowiedział o zdarzeniu lekko zawodzącym głosem, poprzytulaliśmy się przez 10 minut na ławce na balkonie, po czym kategorycznie zażądał ponownego wypuszczenia na podwórko. Pojechał i znowu byli z Filipem ostatnimi do ściągnięcia do domu po zmroku.

No big deal? A może jednak jakiś deal jest?

Wypuszczam swoich synów (lat sześć i pół oraz trzy i trzy czwarte) samych na podwórko. Mamy to szczęście, że rzeczone podwórko to wielka studnia, na którą mamy widok z balkonu, wokół której biegnie uliczka wewnętrzna. Teren jest zamknięty, samochody są wpuszczane sporadycznie. Jak tylko pogoda osiągnie poziom „do przeżycia”, podwórko się zaludnia – maluchy hasają po placu zabaw, rodzice gadają, starszaki urządzają wyścigi rowerowe albo jakieś grupowe akcje. Kiedy czytam, że dzieciaki siedzą po domach, nie mogę uwierzyć, bo u nas przy najlepszej pogodzie jest dość tłoczno.

 Samodzielno_21

Filip zaczął wychodzić sam na podwórko, kiedy nie miał jeszcze czterech lat, Borys tak samo. Tyle, żeby dziecko potrafiło samo zjechać windą i otworzyć sobie drzwi na dole.

Na początku wypuszczanie dziecka na dwór automatycznie oznaczało jednego z nas na balkonie – żeby obserwować i reagować. I jechać na dół wpuścić Potwora do domu na siku, bo czterolatek nie dosięga u nas jeszcze do domofonu, żeby wpisać numer mieszkania. Potem dzieć uczył się prosić znajomego rodzica, żeby zadzwonił domofonem, potem rósł i sam dosięgał, potem uczył się kodu na pamięć. Rodzic z kolei przestawał gapić się na dzieciaki non-stop-kolor, zaczynał spokojnie czytać na balkonie gazetę, a potem w ogóle znikał w domu. Aż w końcu powtórka z rozrywki, bo kolejny potomek zaczyna samodzielną eksplorację podwórka.

A wszystko to przy akompaniamencie dochodzących z dołu „Mamo, pić!”, „Tato, co na obiad?” „Mamo, zrobiłem dziurę w spodniach!”, „Tato, jeszcze 5 minut!”. Wszystkie dzieciaki tak samo stają pod swoimi balkonami i wrzeszczą. Dokładnie jak w PRLu.

„Jakie samodzielne dzieciaki masz!” słyszę potem. Przyjemnie mi, bo zawsze fajnie jest coś miłego o dziecku usłyszeć. Szczególnie że na tą samodzielność pracowaliśmy razem – ja, Marcin i obu naszych synów – więc część tego komplementu dociera do moich uszu jako „Good job, Mamma!”.

Zdarza mi się usłyszeć, że mam szczęście, że dzieci takie niebojaźliwe, więc jest mi łatwo. Owszem, jest to prawda, bo charakteru ani osobowości dziecka nie da się mocno nagiąć. Ale jest też druga strona medalu – wzrost samodzielności dziecka to również proces wyswabadzania się, w którym rodzic ma rolę poluzowującego smycz (znowu psia metafora…), z czym wielu matek i ojców średnio sobie radzi. Bo o ile nagroda w postaci zaradności dziecka jest kusząca, trudno nam pogodzić się z kosztami – z własnym lękiem, pesymistycznymi scenariuszami i nieuchronnością błędów i wypadków.

No właśnie – wypadków. Przyzwolenie na nie to chyba największy problem (z lękiem można sobie poradzić melisą, winem albo Prozakiem). Boimy się przekroczyć granicę między zaufaniem a lekkomyślnością. Granicę, która tak naprawdę… nie istnieje! OK, gdybym zapakowała dziś Filipowi plecak i wysłała w samodzielną podróż pociągiem 250 kilometrów z przesiadką do Babci Ani, to chyba byłaby nieprzemyślana (jeśli nie z deczka szalona) decyzja… Ale znacie mnie dobrze i wiecie, że odnoszę się tutaj do przykładów, którym bliżej do przeciętnej rzeczywistości niż totalnego wariactwa.

O co mi więc chodzi z tą nieistniejącą granicą między zaufaniem a lekkomyślnością?

Szkoła Filipa znajduje się przy wąskiej uliczce, przy której jest bardzo trudno zaparkować. Z tego powodu zatrzymujemy się między blokami jakieś 80 metrów od wejścia. Filip wyskakuje, kluczy między budynkami i przechodzi przez ulicę. Kiedy przestałam odprowadzać go do szatni w październiku, czekałam z miejscu, z którego widziałam przejście, żeby się upewnić, czy przechodzi zgodnie zasadami, których się uczyliśmy. Po miesiącu sam kazał mi przestać, więc on wychodzi, a ja odjeżdżam. Ufam. Ale jeśli coś by się stało (tfffu! tfffu! odpukać!), z miejsca stałabym się rodzicem bez wyobraźni.

Filip sam chodzi do osiedlowych sklepów. Nic się nie dzieje? Mądrze rozwijamy zaradność. Gdyby się przewrócił, skacząc po chodniku i skręcił kostkę? Nieodpowiedzialni rodzice. Pozwalam Filipowi kroić warzywa ostrym nożem? Uczymy życia, przecież tępym nie pokroi! Wielka krwawiąca rana z palca? Bezmyślna matka. Borys wychodzi na podwórko sam bawić się z kolegami albo towarzystwie brata? Ależ niezwykle samodzielny! Dostanie huśtawką w głowę? Gdzie byli bezmyślni rodzice???

You get it, dude?

Owszem, przyzwolenie na wypadki jest trudne i nawet nie potrafię wytłumaczyć, skąd mam go tyle, ile mam (czyli sporo – zresztą pokazane na przykład w tym wiekowym wpisie i tym jeszcze starszym), to cecha osobowa. I nie chodzi o to, że się nie martwię, bo się martwię, ale wypadki i niepomyślności losu nigdy nie są dla mnie powodem, aby przestać dawać dzieciom coraz więcej samodzielności.

Z drugiej strony nie namawiam tutaj, żebyśmy od razu wypuścili wszystkich trzylatków jutro na podwórka, jak Polska długa i szeroka, a wszystkich sześciolatków tramwajami do szkół od poniedziałku. Chociaż może… Gdyby tak… Ech…

Wrrróć!

Chodzi mi o to, żebyśmy pamiętali, iż w bardzo wielu przypadkach jesteśmy hamulcowymi naszych dzieci. Bo się boimy. Bo znamy konsekwencje działań (i ten jeden promil wypadków śmiertelnych od samodzielnego schodzenie z konika bujanego…). Bo jest nam wygodniej. Bo szybciej (zmiana butów na kapcie w przedszkolu – ja wciąż robię to jakieś 80 razy sprawniej od Borysa i jak on się z tym męczy, zawsze widzę przez oczami te dwie minuty, które mogłabym poświęcić w robocie na kawę…). Bo chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Bo boimy się wyjść z naszej własnej strefy komfortu.

Nie bądźmy hamulcowymi. Pozwólmy dzieciakom na więcej – o krok więcej we wszystkim. A jak to się uda to o dwa kroki. I jeszcze kolejne dwa.

Jestem pewna, że one nas zaskoczą tym, że potrafią i dają radę.

A że czasem nabiją sobie guza? No cóż, tak powstają najlepsze historie z dzieciństwa. Bo czy słyszeliście kiedykolwiek kogoś chwalącego się, jakie ma fajne wspomnienia z tego, że mama mu na coś nie pozwalała?

Samodzielno_3

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • mikanm

    Słowo "samodzielność" przywołuje takie wspomnienie: miałam 3-4 lata i ganiałam sama po podwórku, podobnym do Waszego, tylko metraż był większy, ot typowe osiedle między blokami. Sprzęt podwórkowy był mało bezpieczny, huśtawka nie miała drewnianych desek, była zepsuta, co nie przeszkadzało mi bawić się na niej. Któregoś razu rozbujałam ją i dostałam wystającym prętem prosto w brodę. Szczęśliwie, nie było to oko. Mojej matki nie było wtedy koło mnie, była w domu. Po tym wypadku wcale też nie zaczęła ze mną wychodzić :) Ona w ogóle miała dość ciekawe podejście do samodzielności, jako dziecko miałam więcej swobody, niż jako nastolatka (o 21.00 musiałam meldować się w domu, niezależnie od okoliczności).

    Miałam może 5 lat, gdy zostawiła mnie przy wejściu sklepu, bo "czekaj, zaraz tu wrócę". Znudziło mi się czekanie, postanowiłam wrócić do domu, kawałek to był. Teraz jestem sobie w stanie uświadomić, co ona czuła, gdy mnie nie zastała pod sklepem :)
    Albo Dziadek, z którym wyjechałam na Suwalszczyznę, miałam wtedy 10 lat. Swobodnie chodziłam nad jezioro, wiedziałam, gdzie gniazda miały łabędzie, musiałam przeskakiwać strumyki, żeby spacerować po lesie(!!!) wokół tego jeziora (!!!), całkiem sama (!!!).
    Dlatego też teraz staram się również dawać swobodę Matowi (Miśce też, ale ona to przypadek specjalny). Przychodzi do mnie do pracy ze szkoły, ma do mnie jakieś 3 km na piechotę i do pokonania 3 duże skrzyżowania. Jeździ autobusem do kolegi. Chodzi sam do dentysty. Pierwszy raz został sam w domu, gdy miał 4 lata, na trochę, nie na cały dzień :)
    A gdy ja miałam 9 lat, sąsiedzi zostawili mi na wieczór pod opieką swojego 2 letniego syna, szczęśliwie był już odpieluchowany, ale nocnikiem ja musiałam się zająć! Nie wiem, czy sama odważyłabym się powierzyć dwulatka mojemu synowi ;)

  • fiona_apple

    To chyba był styl tamtych czasów. Dzieciaki się włóczyły z sąsiadami i jeśli nie trzeba było wzywać karetki na sygnale, to było OK. ;) A potem mnożenie zakazów dla nastolatków.

    Ja jeździłam do Babci, gdzie byłam hersztem bandy podwórkowej, szlajaliśmy się po całej miejscowości, jeździliśmy rowerami bez nadzrou po drogach, gdzie normalnie jeździły samochody. Nie pamiętam, żebym miała jakiekolwiek ograniczenia ani szlabany. Jak oni to robili, ci nasi rodzice i dziadkowie, no jak?

    Jeśli chodzi o Filipa, to mam taki strach, żeby przez Warszawę, jej wielkość i związane z tym organiczenia i zakazy nie wyrosła z niego taka niezaradna miękka dupa. :P Więc robię, co mogę, żeby go usamodzielnić, ale mam poczucie, że mogłabym robić więcej. W sumie ten tekst jest przede wszystkim przypominajką dla mnie.

  • aga707memnon

    Masz to szczęście, że plac zabaw widzisz z balkonu. My niestety musimy przejść przez 5 przejść, z czego 2 są bardzo ruchliwe. Dlatego wyjście na plac moich chłopców (4 i 2 lata) jest póki co wspólne z osoba dorosłą. Jednak nie znaczy to, że jak już są na placu to siedzimy nad nimi bez przerwy. Starszy zazwyczaj robi co chce, a młodszy ma "dozór" z kilku metrów, ewentualnie wspólnie cos robimy gdy poproszą. Jednak są opiekunowie, którzy nawet dzieciom szkolnym mówią - nie rób, nie skacz, ubrudzisz się itp. I wtedy robi mi się bardzo smutno. Żyjemy w czasach, gdzie od dzieci wymaga się sszybkiej samodzielności, jednocześnie zabierając im wolność i swobodę.

  • fiona_apple

    @ aga707memnon - Tak, ja wiem, że ten plac zabaw pozwala nam na budowanie samodzielności w bardzo kontrolowanych warunkach. Wcale tego nie planowaliśmy, tak wyszło - zdaliśmy sobie z tego sprawę, kiedy Filip miał trzy lata. :) Też widuję rodziców helikopterów na placach zabaw. Jestem pewna, że chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, ale czy zdają sobie sprawę, jak bardzo podminowują ich pewność siebie pokazując, że nawet na placu zabaw nie mogą decydować o swojej zabawie? Niełatwy temat.

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci