Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

Rehabilitacyjne rozmyślania rekonwalescentki

fiona_apple

Rozmylania_rekonwalescentki

O ludu, co to był za miesiąc!

Fakt, że luty oznacza w mojej pracy masakrę, to nie nowina. Co roku w ostatnim tygodniu tego miesiąca moje korpo świętuje fakt, że ma w swoich szeregach inżynierów i ktoś musi te celebracje ogarniać. Ktoś, czyli w mojej części Fabryki ja. 

Ale żeby tylko robota... Co roku rzeczywistość dodatkowo ubarwia mi luty. W 2011 trafiliśmy na chirurgię dziecięcą z poparzeniem twarzy Filipa. W sam raz wypadeczek na środek przygotowań. Daliśmy oczywiście radę, Matka nadrobiła co miała nadrobić, a potem nawet odebrała nadgodziny na cudowny całodzienny spacer po Warszawie skupiony li i jedynie na jej własnych potrzebach. Miała to być tradycja, ale się nie zadziało. Buuu-huuu.

Rok później byłam już w ciąży. Tym razem sam luty obył się bez dodatkowych atrakcji, ale praca była tak intensywna, że po celebracjach dostałam zapalenia tchawicy. Wtedy trudno się oddycha, cała tchawica pali jak wytrawiana rozgrzanym pogrzebaczem. Doprawdy, niezwykły to hajlajf w tak zwanym stanie błogo-tfu-sławionym. 

W 2013 luty minął pod znakiem ospy wietrznej i jąkania Młodego. Praca się pewnie jakoś wplotła, ale nie pamiętam, bo miała niski priorytet i nie wydawała się w konkurencji z innymi problemami warta dramatyzowania. W kolejnym roku bloga już nie było, bo wiadomo, za to ogarnialiśmy alergię i problemy oskrzelowe. Wtedy zaangażowałam się w inżynierskie celebracjones o zasięgu globalnym i pamiętam te cudowne wieczory z pracą do 21:00, bo wszystkim kieruje Houston, a nie na ten przykład Ostrołęka, które to Houston ma to do siebie, że dopiero przychodzi do kołchozu, kiedy my już polanczowani. Takie są konsekwencje świata globalnej miłości.

(Tak, już na tym etapie tej wyliczanki widzę, że należy mi się za każdą zimę medal z ziemniaka, a w przyszłym roku warto rozważyć urlop bezpłatny od połowy grudnia do połowy marca i w tym czasie oddalić się do Tybetu szorować miski mnichom, którzy zabiorą mi wszelakie narzędzia komunikacyjne.)

Kolejny luty był rok temu i z tego, co pamiętam, miał w sobie najmniej dramatyzmu spowodowanego rzeczywistością. Chyba było nawet spokojnie. Za to w pracy na luty przesunęli rozdawanie nagród inżynierskich, więc zwyczajowe spotkanie nam się rozciągnęło, pokomplikowało, doszła ceremonia rozdawania statuetek, na której prowadzącą wybrano mła. Nic wyszukanego, wszystko w szeroko pojętej pracowej rodzinie. Jednakowóż gadanie w języku lengłydż po raz pierwszy do kilkuset osób w audytorium przez więcej niż minutę było nieźle stresującym przeżyciem. Prawie zafajdałam majtki z wrażenia.

A w tym roku... A w tym roku proszę państwa wszyscy wiedzą - na początku stycznia zerwane wiązadła na nartach, orteza, kule, kuśtykanie, zwolnienie. Potem praca z domu (drobnymi kroczkami, mówiła sobie Fiona, bo jak zostawisz wszystko na ostatnią chwilę, to dostaniesz palpitacji serca z ogromu roboty). Powrót do Fabryki na spokojnie, spokojniutko... Rzecz jasna, na koniec sralnia jak zawsze, bo to chyba tryb zwyczajowy, a coroczne postanowienie, że tym razem będzie inaczej, znowu o kant dupy wytłuc.

I tym sposobem Fiona poprowadziła ogromne spotkanie tylko trzy dni po tym, jak porzuciła kule. Kuśtykała, a jakże, lewą nogę miała nie do końca wyprostowaną, ale to akurat nie rzuciło się na struny głosowe. W każdym razie zyskała tym wszystkim uznanie/współczucie (niepotrzebne skreślić) kolegów, koleżanek i gości spotkania, bo w ankiecie ewaluacyjnej oceniono jej pracę na 5,5 w skali od 1 do 6. Że składnie i donośnie, pisali. Że profi. Że woleliby mniej oficjalny język, też pisali. I może żartów trochę, jak na Oskarach. Muszę dokładnie obejrzeć niedzielną transmisję i przeanalizować żarty Chrisa Rocka. Tak, to może być dość ożywcze w korpo.

Albo nie.

W każdym razie miłe było, nie powiem, to głaskanie po główce. Tylko niedługo było mi dane się nim cieszyć. Po południu dreszcze, lekkie drapane w gardle przechodzi w uczucie miziania bukietem ostów, wytrzymuję jeszcze szkolenie z emisji głosu (konferansjerem profesjonalnym być, podstawy otwierania dzioba) - a wieczorem 39 stopni gorączki, która nie chce spadać w nocy. Rano rozpoznanie anginy ropnej i z powrotem do łóżka, bo i tak nie mogę utrzymać widelca ani długopisu w dłoni, więc lepiej biernie zdychać po kołdrą.

Czy ktoś się ze mną zgodzi, że to nie jest normalne? Ten luty feralny? To jakiś cud, że nie nabawiłam się jeszcze napadów lęku i paniki przed tym miesiącem. 

No dobrze, bo coś tam jednak fajnego się dzieje - muszę przyznać, bo mi kolejny luty i to zabierze w przyszłym roku, jak firmy niewykorzystany budżet. Na przykład zaczęłam rehabilitację i chyba nieźle mi idzie.

Może niedouczona jestem, życia nie znam, a szok pourazowy i ból kolana wyłączyły mi kawałek mózgu, ale wydawało mi się, że rehabilitacja to będą takie lajtowe ćwiczenia izometryczne. Pięć razy napnij łydkę leżąc na sofie z browarem, pięć razy podnieś nogę, zamachaj paluszkami u stopy najpiękniej jak potrafisz. Koniec. Done deal. Ale nie - to jest, myly państwo, Chodakowska i to w wymagających wersjach.

Byłam zszokowana, jak duże obciążenie idzie w czasie ćwiczeń na uszkodzony staw. Do tego masaże i przesuwanie elementów kolana w najdziwniejszych pozycjach uciskowych. "Będzie bolało" powiedział na wstępnie rehabilitant. "Musi pan świadomie, rozsądnie, ale też regularnie i konsekwentnie przesuwać granice bólu, oswajać go, żeby znikał."

Skracając poezję fizjoterapeutyczną, to działa. To znaczy, ćwiczę w domu regularnie (oprócz tych dni, kiedy uniemożliwiła mi to gorączka) i solidnie (1 sesja to 30-45 minut). Ze spotkań z rehabilitantem przynoszę pochwałę, że widać postęp, a ogólny stan kolana, biorąc pod uwagę rozległość uszkodzeń, jest świetny. Mogliby jeszcze naklejki dzielnego pacjenta dla dorosłych przygotować. Albo chociaż od pediatrów podkraść. Bo zasłużyłam już na kilka.

A to wszystko, od postępów w rehabilitacji, przez sukcesy w pracy, do ogólnego wytrzymania minionych tygodni mimo ich ewidentnej kijowości - to wszystko by się nie udało, gdyby nie Miśku. Nie było tu ostatnio peanów na jego cześć, jakoś tak wyszło, ale to, co robił od mojej kontuzji, to jest hardcore. Odwożenie dzieci, przywożenie dzieci, zakupy, gotowanie, pranie, prasowanie, ogarnianie, pamiętanie, przypominanie, motywowanie, wspieranie, przytulanie, łez wycieranie. Komplet zadań na złe i w chorobie - wykonanie za dwoje na poziomie światowym do tej pory przez dwa miesiące. 

Ja to mam szczęście do faceta.

Dzieki ci wielkie, Słonko. Jak mi pan rehabilitant da naklejkę, to pierwszą przyniosę dla ciebie. Zasłużyłeś.

Komentarze (5)

Dodaj komentarz
  • Gość: [mikanm] *.internetdsl.tpnet.pl

    U mnie w lutym urodziła się Miśka ;)

    Wspieram! Medal dla Męża ode mnie! To wielkie szczęście móc się oprzeć, czasem dosłownie, na kimś i mieć poczucie, że nie jest się samemu. Trzymaj(cie) się :)

  • krwawasiekiera

    Plusy zdecydowanie przesłaniają minusy, nawet z uwzględnieniem anginy:))

  • wiklasia

    to ja dodaje medal także dla wielu kobiet, które również codziennie dzieci odwożą, przywożą , sprzątają, prasują, gotują, po lekarzach biegają, wspierają, przytulają i robią to dzień w dzień przez lata

  • fiona_apple

    @ mikanm - Czyli dla Was luty co roku super. Cieszę się.
    @ krwawasiekiera - Tak myślisz? Być może. Nie jestem chyba obiektywna. ;)
    @ wiklasia - I powinny być noszone przez mężów / partnerów / dzieci na rękach tak, jak ja chcę na rękach nosić Miśka. Howgh!

  • kobietawkryzysie

    wiklasia - I jeszcze czasem się uważa, że "nic nie robią bo przecież siedzą w domu".

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci