Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

O dzietnych, bezdzietnych, świętych krowach i Rowie Mariańskim

fiona_apple

W_kawiarni

Pod koniec zeszłego tygodnia moja fejsbukowa tablica zaroiła się od komentarzy znajomych na temat tekstu na blogu Krytyka Kulinarna pod wiele mówiącym tytułem „Twoje dziecko nie jest świętą krową i ty też nią nie bądź!”. Notka traktuje o odpowiedzialności rodzica za zachowanie dziecka w restauracji, gorąco polecam przeczytanie.

Rozkład komentarzy moich znajomych był klasyczny – bezdzietni zdecydowanie zgadzali się z autorką tekstu, dzietni w dużej mierze też, ale były też głosy o przewrażliwieniu, chęci zamykania rodziców z dziećmi w domach na kłódkę i święte oburzenie, że bezdzietna się wypowiada i na dodatek porównuje wychowywanie dzieci do posiadania psów. Escandalo! Na szafot z nią!

Rzut oka na dyskusje pod samym artykułem i na profilu fejsbukowym Krytyki Kulinarnej pozwolił znaleźć mniej więcej taki sam ton uwag. I właśnie to kwestie z komentarzy, a nie samo clou artykułu uderzyły mnie najbardziej.

Odmawianie osobom bezdzietnym prawa do opisywania obserwacji stosunków rodzic-dziecko ze swojej perspektywy uważam za bardzo zubażające dla grupy dzietnych z kilku powodów. Przede wszystkim spojrzenie bezdzietnego, jeśli nie jest oparte na uprzedzeniu, może być odświeżające i prowadzić rodzica do ciekawych wniosków. Nie oznacza to bynajmniej akceptacji każdej uwagi ani nawet wymuszenia na sobie otwartości na każdy rodzaj komentarza. Prawo do stawiania granic mamy zawsze, a jak bullshit, to bullshit – tylko bardzo proszę, nie opierajmy wniosku o poziomie bullshitu li i jedynie na fakcie bezdzietności! To tak jakbyśmy odbierali prawo do komentowania sposobu prowadzenia aut przez kierowców osobom bez prawa jazdy jedynie na podstawie faktu braku tego dokumentu. „Co ty możesz wiedzieć o jeżdżeniu 150 kilomentów na godzinę po mieście, skoro nie masz prawka?”

To też podstawa innego argumentu – wydzielanie osób bez dzieci z dyskusji o rodzicielstwie pogłebia Rów Mariański niezrozumienia pomiędzy nami, tworzy grupy „my” i „oni”. A przecież wszyscy jesteśmy częścią społeczeństwa, które dla zdrowia wewnętrznego powinno pielęgnować siatki relacji między grupami o jak najbardziej różnorodnym statucie, statusie i wieku. Dodatkowo, jeśli pozwolimy sobie na bezrefleksyjne deprecjonowanie głosu bezdzietnych w sprawie rodzicielstwa, zupełnie naturalnie powinniśmy przyjąć hierarchię wagi głosu tak zwanych dzietnych. Skoro zero dzieci to niewiedza, a jedno dziecko to już wstępna przynależność do grupy oświeconej, zakładam, że dwójka dzieci to poziom średnio zaawansowany, trójka wysoko zaawansowany, czwórka to poziom ekspert, piątka ekspert habilitowany i tak dalej... I żeby żaden rodzic jedynaka nie ważył się opowiadać o tym, czego doświadczył, matce czwórki albo piątki, bo przecież co on tam wie!

Głupota? No właśnie. A jaka logiczna.

Ale po cholerę mi słuchać tych leszczy, oburzą się niektórzy, skoro sam też doświadczenie bezdzietności mam i to wcale świeże, najstarsza latorośl tylko ma tylko kilka latek... Ech, zastanów się więc, czy naprawdę wiesz jeszcze, jak to jest żyć bez dzieci? Że to czujesz? Że potrafisz przywołać namacalne wspomnienie? Jeśli jakimś cudem tak, to gratuluję, bo dla mnie rodzicielstwo to doświadczenie tak wielkie, tak całościowe i tak pochłaniające, że życie bez dzieci dziś to dla mnie tylko nostalgiczna reminiscencja, wspomnienie-widmo. Czasami mi sie wydaje, że potrafię coś ocenić omijając pryzmat porodów i następujacych po nich roztkliwień nad małym istotami, wyzwań wychowawczych z ostatnich lat i szału burz emocjonalnych z tym wszystkim związanych. Ale potem widzę, że to jednak niemożliwe. Z drugiej strony trzeźwe spojrzenie bezdzietnego oferuje świeżą perspektywę, chociażby na chwilę.

No ale czasami zdarzy się, że taki bezdzietny powie coś, co może być dla ciebie nieakceptowalne. „Nie mam dzieci, ale mam psy i za ich zachowanie w miejscach publicznych jestem tak samo odpowiedzialna, jak ty za zachowanie swojego dziecka.” napisała autorka artykułu. I otworzyły się bramy piekieł. Że jak można, że porównywanie dzieci do zwierząt, w ogóle atak na świętość! Po niektórych komentarzach można by wnioskować, że autorka postuluje zakładanie dzieciom zmyczy i kagańców oraz dawanie w restauracjach miski pod stołem. A wystarczyło bez zacietrzewienia przeczytać kolejne zdania, w tym: „Nie oburzaj się o ten przykład, bo jest całkiem trafiony. Chodzi o odpowiedzialność.”

Muszę przyznać, że porównanie opieki nad dziećmi do opieki nad zwierzętami we mnie osobiście nie dotyka żadnej czułej struny. Po pierwsze dlatego, że z mojego dosiadczenia wynika, iż zachowanie maluchów to całe zoo, w zależności od pory dnia, roku, poziomu najedzenia, ilości snu i układu planet we wszechświecie. A po drugie, trochę bardziej na poważnie, dlatego że moje rodzicielstwo okrzepło i trudniej mnie dotknąć w tym obszarze. Owszem, miałam w swoim życiu okres, kiedy każda niepochlebna uwaga osoby bezdzietnej o rodzicielstwie była przyjmowana jako szczególnie kąśliwa i na dodatek niemądra – bo co tam można wiedzieć o dzieciach, nie mając ich! Dziś doceniam, że bezdzietni może czasem nie wiedzą, ale widzą. I tak postrzegam tę analogię – autorka wybrała najbliższe sobie doświadczenie, aby opisać coś, co zauważa. Nie zżymajmy się więc, ale spójrzmy na siebie krytycznym okiem.

Tym samym wracam do głównego tematu tekstu czyli do szeroko pojętego ogarniania dzieci w restauracjach, a przy okazji innych miejscach publicznych - i według mnie jest to jeden z najlepszych tekstów, jakie na ten temat czytałam.

Tak, moje dzieci to moja odpowiedzialność. Nie, nie wyobrażam sobie nie zwrócić uwagi swojemu potomkowi, który narusza spokój innych ludzi. Nie, nie oczekuję, że od razu zareaguje jak wytresowany (nomen omen) piesek, natomiast ja muszę być elastyczna i wiedzieć, kiedy kontynuujemy, a kiedy zmywamy się do domu w trybie natychmiastowym, biorąc jedzenie na wynos. Tak, staram się wybierać miejsca przyjazne dzieciom, bo ogranicza to stresy przy posiłku.

A czy jestem czysta jak łza? Nie bardzo. Zdarzało mi się wpaść w zmęczeniowy stupor w kawiarni, kiedy chłopcy byli mniejsi i nie dosypiałam, po czym ocknąć się i zdać sobie sprawę, że dziecko mi się drze jak opętane, a inni klienci się rozglądają, gdzie jest wyrodny rodzic. Zdarzało mi się zagadać z koleżanką, której nie widziałam wieki, podczas gdy nasze dzieci wcierały makaron w restauracyjne krzesła. Ba, pamiętam jeden przypadek, że obsługa zwróciła mi uwagę, że dziecko biega między kelnerami roznoszącymi gorącą zupę i jest to niebezpieczne.

I co wtedy? Czy wdawałam się w dyskusję? Czy tłumaczyłam, że gorszy dzień, że to tylko maluch, żeby dać nam żyć?

Po pierwsze i najważniejsze - przepraszałam. To nic trudnego (nawet w sytuacjach o wiele bardziej kontrowersyjnych). A potem po prostu ogarniałam sytuację. Działałam.

Dla mnie reagowanie i wskazywanie dzieciom tego, jak należy się zachowywać w miejscu publicznym i gdzie leżą granice, jest oznaką szacunku nie tylko dla innych ludzi, ale też dla dziecka właśne - szanuję je, więc zrobię wysiłek, aby mu przedstawić normy społeczne. A te, z tego co pamiętam, są takie same dla dzieci, ich rodziców oraz wszystkich bezdzietnych. 

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci