Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

10 minut

fiona_apple

10_minut_w_drodze_do_przedszkolaZdjęcie nie z dziś. Ale pasuje. ;)

Droga z Borysem do przedszkola.

Wychodzimy z bloku. Idę krok za krokiem, niezbyt szybko.

Borys robi kółko wokół skrzynek na listy. Podbiega do mnie. Kątem oka zauważa ławkę. Biegnie do niej. Obiega ją i leci za mną, krzycząc, żebym zaczekała.

A ja wciąż idę w takim samym powolnym tempie.

Borys wystrzeliwuje z ogromną prędkością w stronę bramki. Naciska przełącznik otwierania. Pogania mnie. Ja nie przyspieszam. Więc podbiega do mnie. Zmienia zdanie. Znowu do bramki. Znowu przycisk. „Szybciej, Mama! Szybciej!”. Docieram. Wychodzimy z osiedla.

Kieruję się w stronę przedszkola.

Borys łapie mnie za rękę. Po chwili zauważa coś na trawniku. Papierek. Podnosi. Biegnie. Szuka kosza na śmieci. Kosz daleko. Biegnie. Wrzuca papierek. Robi kółko wokół kosza. (!!!) „Mama, zaczekaj! Zaczekaaaaj!”

Akurat docieram do przejścia. Nie muszę czekać, bo Borys właśnie podbiega. Przechodzimy.

On znowy wyrywa do przodu. I wraca. I do przodu. I wraca. Jak piłka na gumce. Za trzecim czy czwartym razem podbiega i odbija się ode mnie ręką. Matka-baza.

Spotykamy się pod Biedronką, przy tirze z dostawą. „Wielki, co Mama? Wieeelki!” Zwalnia. Idzie krok za krokiem. Respect.

Ale kiedy mijamy ciężarówkę, odbiega. „Ja bendem sedł psy samej Biedlonce, okej? Psy sybie.” Ja swoje krok za krokiem, on skoki od szyby do szyby. Przy ostatniej nagle wybucha szlochem. „Mama, cekaj! Ja chcem za tobom!” I wraca się, nadrabia, żeby iść za mną. Biegnie, na łeb, na szyję, jakbym miała uciec.

Łapie mnie za rękę. Razem?

Nie.

„Mogę zobacyć, co jest w sklepie Lego? Mogę?” Wystarczy moje ćwierć skinienia głową i pierwszy ton „p” z „Pewnie!”, a on już biegnie ku szybie. Tym razem postanawiam pójść za nim. Krok za krokiem.

„Zobac! Mama, pac!” Małe stópki noszą go od szyby do szyby. Od Lego Ninjago do Świnki Peppy. Od kolorowanek do hulajnóg. Od plastikowych samolotów do ciastoliny. Biega. Wokół mnie też. Taki taniec os.

Znowu wziął mnie za rękę. „Kupimy to, Mama? Plosę...” “A to mogę dostać? O takim mazyłem…” “Psyjdziemy tu po pseckolu? Wejdziemy?”

Potwierdzam. Przypominam, że w sumie jesteśmy już niedaleko przedszkola. Pokazuję je palcem.

„Aaaa... Pseckole. No tak.” Taka pragmatyczna konstatacja. No tak. Trzeba.

Przechodzimy przez kolejne przejście. Tym razem udaje nam sie iść za rękę, dłoń w dłoń. Ale zaczyna się 200 metrów skoków. Jak pchła. Jak kangur. Jak żaba. Do góry. Do góry. Do góry. Zaraz dostanę kontuzji nadgarstka.

Jeszcze chwila. Już blisko. Parę kroków. Jest.

Jako człowiek najczęściej wożący tyłek autem i używający samochodu do rozwożenia dzieci z rana, bardzo lubię odprowadzać Borysa do przedszkola pieszo. Ale skąd on bierze tyle energii rano, to za cholerę nie wiem.

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • justinehh

    bo te dzieci to mają bateryjkę atomową gdzieś w tyłku;

  • Gość: [żuaninia] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Ach... skąd ja to znam :-) Od rana: pozytywna energia, ciekawość świata, rozmowy i uśmiech Dominisi :-) No i te podskoki i piruety po drodze do zerówki :-) Mnie to nastraja pozytywnie na cały dzień!!!

  • fiona_apple

    @ justineh - A wiesz, czego im brakuje? Gniazdka, żeby się podpiąć i z tej bateryjki korzystać. Przy moich Potworach i ich energii oceniam, że nie musiałabym w ogóle płacić za prąd. ;)
    @ Tak, tak, nastraja pozytywnie. I refleksyjnie też - kiedy my, dorośli, zgubiliśmy tę nieprzebraną radość z życia, z najprostszych czynności. Ech...

  • nieuczesany23

    "Ale skąd on bierze tyle energii rano, to za cholerę nie wiem."
    Jako posiadacz dwójki nadaktywnych ruchowo dzieci odpowiedzieć mogę tak samo, jak tłumaczę energię moich berbeci: on teraz zaciąga ten dług energetyczny, który każdy z nas spłaca (z odsetkami) od ukończenia 25. roku życia.

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci