Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

Wola Love - Biocultura Cafe

fiona_apple

Jestem jak rzeżucha, bardzo szybko zapuszczam korzenie. Gdziekolwiek sie nie przeprowadzę, z miejsca staję się lokalną patriotką - wynajduję ulubione miejsca, wydeptuję swoje ścieżki, tworzę rytuały.

Do dziś lubię spacery po Starych Bielanach, gdzie mieszkałam na pierwszym i drugim roku studiów (ulica Płatnicza wiosną i śnieżną zimą, ach...), a przy każdej wizycie w Toruniu, gdzie przeprowadziłam się za Miśkiem po studiach (lucky him!), wracam do piekarni na Osiedlu Dekerta po chleb spychany. No i oczywiście Limburgia, która skradła na zawsze moje serce. Mam nadzieję, że będę mogła w niej jeszcze kiedyś pomieszkać - emerytura w Maastricht to jeden z planów na starość, ale może uda się tam wrócić wcześniej.

Kiedy przeprowadziliśmy się do Warszawy, wylądowaliśmy na dalekiej Woli, na osiedlu Odolany. To tereny poprzemysłowe, które nie jest łatwo polubić od razu - a szczególnie trudno było pięć lat temu, kiedy jednym sklepem w okolicy była Biedronka oraz obrzydliwy Real w mającym czasy świetności za sobą Forcie Wola, a do sensownego skrawka zieleni, czyli Parku Postańców, trzeba się było przedzierać przez place budowy. Dziś okolica nam się rozwinęła, pojawiło się więcej punktów usługowych oraz nasze kochane przedszkole, jednak wciąż zdecydowanie nie jest to miejsce, o którym śniłby którykolwiek warszawiak, nawet mało wybredny.

W ogóle cała Wola nie jest chyba ukochanym dzieckiem Warszawy. Dzielnica naznaczona piętnem wojny, pokiereszowana, niespójna. Ale tak samo, jak pokochałam Limburgię, którą reszta Niderlandów chętnie oddałaby Belgii i jeszcze dopłaciła, tak samo krok po kroku oswajałam Wolę, która przez ostatnich pięć lat bardzo się zmieniła. I kiedy sączyłam dziś świetne cappuccino w jednej z naszych ulubionych wolskich kawiarni, pomyślałam, że powinnam się z wami podzielić ulubionymi miejscami w mojej dzielnicy. 

Biocultura_02

Biocultura Cafe to niewielka, klimatyczna kawiarnia schowana na tyłach nowych bloków przy ulicy Sokołowskiej. Trudno do niej trafić przypadkiem, bo kto spoza okolicy spaceruje sobie ot tak ulicą Sokołowską? Warto jednak zupełnie nieprzypadkowo obrać Bioculturę na cel. Robią dobrą kawę (co dla mnie bardzo istotne), mają duży wybór słodkości oraz codziennie zestaw lanczowy. Jako mamie alergika brakuje mi oferty dla niego, ale jestem pod tym względem spaczona i marzy mi się jeden słoik wegańskich ciastek w każdej kawiarni. Natomiast w nadchodzący tłusty czwartek będą sprzedawać wegańskie karnawałowe pączki, ciastka i trufle, więc chociaż będę próbować smażyć pączki dla Borysa sama, mam w tyle głowy, że w razie katastrofy kulinarnej moge podjechać na Sokołowską i mnie poratują.

Biocultura_011

Biocultura_032

Biocultura_042

Wnętrze kawiarni jest uroczo eklektyczne, a przy tym bardzo przytulne (dlatego właśnie bardzo często wybieramy Bioculturę, kiedy na dworze jest wietrznie i nieprzyjemnie). Do niedawna na piętrze znajdowała się przestrzeń do zabaw dla dzieci zabudowana jak statek piracki, ale została zamieniona na scenę (dla maluchów zostaje kącik do zabawy na parterze). Przyznaję, moje dzieci są rozczarowane, ale mnie cieszy, że kawiarnia oferuje przestrzeń dla ludzi na różnych etapach życiowych - czytaj: bezdzietni mogą się schronić na piętrze, kiedy będę odwiedzać Bioculturę ze swoją szarańczą. Koniecznie zajrzyjcie na fejsbukową stronę wydarzeń organizowanych w Bioculturze - wyświetlają filmy i kreskówki, organizują koncerty i ciekawe spotkania. A przez cały luty będzie można dostać cappuccino za przyniesioną książkę albo zestaw cappuccino + ciastko za grę planszową (szczegóły tutaj). Is it cool, or what? 

Na koniec chciałabym pozdrowić serdecznie panią baristkę, która dziś obsługiwała nas i Potwory tak, że według mnie powinna zostać umieszczona w Sèvres. 

Biocultura Cafe
ul. Sokołowska 9 lok. U31
01-142 Warszawa Wola
WWW /// Facebook

PS. SCENKA RODZAJOWA

"JAKA BAJKA, TAKI KOPCIUSZEK" 

Przygotowujemy się do wyjścia z kawiarni. Chłopcy biegali wewnątrz w trampkach, mają zmieniać buty. Nagle Borys chce siku, więc Miśku idzie z nim. Filip się mozoli z butami.

- Nie mogę, mamo. No nie mogę!

Pomagam mu, sapię (bo noga wciąż w ortezie, więc wysiłek większy). Zamek jest z tyłu, dopycham mu stopę. No nie da się!

- Filipowski, musisz wsunąć stopę głebiej, inaczej nie dam rady. Próbuj. Wiem, że jest trudno, ale przecież wcześniej sam wkładałeś te buty.

Miśku wychodzi z łazienki z Borysem. Próbuje, dopycha. Każe Filipowi stanąć, dopchnąć stopę siłą rozpędu, dziecko uderza stopą o ziemię. 

-  Tato, ja nie mogę! Czy będę musiał iść do domu na bosaka?

Znowu ja zaczynam próbować. Udało mi się zapiąć zamek do połowy pięty. Wołam Marcina:

- Tyle dałam radę. Teraz znowu ty.

Zdecydowanie już zrobiliśmy scenę, a zapowiada się jeszcze ciekawiej. Marcin bierze stopę Filipa w rękę i doznaje olśnienia:

- Filip, a to na pewno jest twój but?

Wniosek? Kupowanie identycznych butów dla obu synów jest ryzykowne. Jednakowoż, stopa o rozmiarze 31 MOŻE wejść w but o rozmiarze 28, a zdeterminowany rodzic nawet PRAWIE ten but zapnie.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci