Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

Odcinek, w którym nic się nie wyjaśnia

fiona_apple

W pisaniu blogowych notek raz na kilka miesięcy, ale jednak z celem, aby ułożyły się w jedną opowieść, najtrudniejsze jest to, że człowiek zupełnie nie pamięta momentu, w którym skończył. Nie „czuje” go. Ale jakem Fiona, nie pozwolę, żeby mi to przeszkodziło. Przeczytałam tekst z sierpnia pięć razy i…

Blog_01

Wracam do tego momentu. Do czasu, kiedy rzeczywistość zaczęła mnie uwierać tak, że bolało. Nie tak, żeby się nie dało chodzić do pracy czy funkcjonować, ale – jak to się mówi w moich rodzinnych okolicach – ból ćmił. Stały, ciągły, zagarniający. Sprowadzający na siebie uwagę całego twojego jestestwa, kiedy tylko miał choćby cień na to szansy.

Do okresu, kiedy najważniejsze w calusieńkim wszechświecie było dla mnie określenie, do czego dążę. Jak tam dojść – o tym pomyślę później. Więc kiedy tylko miałam trzy minuty na krzyż, siedziałam i myślałam. I to, co wydawało się bólem, okazywało się czymś zgoła innym. To był gniew.

Wkurw totalny. Na sytuację. Na wszystkich wokół. Na siebie. Kandydatów na winnych było mnóstwo. Chociaż – jakich tam kandydatów! Wszyscy byli winni. Skazani bez procesu. Rach-ciach, walnięcie młotkiem w blat i już. Procedura skrócona, bo trwała wojna - moja wewnętrzna. Barbarzyńska, nie zważająca na ofiary i na to, że w wałach mogą zginąć niewinni cywile. Przecież w tym czasie nie było niewinnych.

To był dla mnie okres egoizmu i egocentryzmu. Ja, moje, dla mnie. 

Ale wiadomo, nie było tak, że się nagle zaszyłam w celi w jakimś zakonie albo wyjechałam na bezludną wyspę. Życie się toczyło. Po prostu równolegle miał miejsce proces niedostępny dla postronnych. Wylewający się jedynie, kiedy gniew wypływał, jak z buzującego wrzątkiem garnka.

Nie lubiłam wtedy ludzi. Tak generalnie. Od interakcji nie uciekniesz, ale poczucie, że ONI nie wiedzą, nie rozumieją, nie doceniają, nie czują, odbiło się ciężko na mnie. Jak problem, to wina w NICH, w ich działaniach, w czynnikach zewnętrznych. Bo to zawsze byli ONI, nie MY. Stałam się Macierewiczem swojej rzeczywistości, tropiącym spisek wszechświata – spisek zawiązany przez tabun ludzi skupionych na tym, żeby mi dokopać.

I tak żyłam sobie. Filippo zmienił przedszkole, bo w państwowym trafiliśmy na bardzo słabego pedagoga w jego grupie i nie dało się inaczej. Borys też rozpoczął przygodę ze zbiorową edukacją – poszli do jednej placówki, bo prywatne przedszkole na naszym osiedlu miało grupy żłobkowe. W pracy ciągły młyn, ciągłe wyzwania. I sukcesy, nawet sporo sukcesów. I ja – podobno uosobienie siły i samozaparcia (tak mi mówiono wtedy, tak mi mówiono potem) – coraz bardziej roztrzaskana wewnętrznie. Alanis, miałaś rację.*

Wtedy właśnie, jak to w życiu bywa, ze spacerów po zakamarkach duszy wyrwała mnie codzienność.

Wczesną jesienią 2013 roku Borys zaczął dostawać coraz rozleglejszych zmian skórnych. Miał wtedy rok z małym kawałkiem, nie karmiłam go piersią od paru miesięcy. Im dalej w rozszerzanie diety, tym gorzej - ewidentne odalergiczne atopowe zapalenie skóry. Tylko teraz trzeba było znaleźć, co go uczula. Hello, Holy Grail!

Na początku byliśmy jak dzieci we mgle. Jak bardzo bardzo nierozgarnięte dzieci w bardzo bardzo gestej mgle. Naćpane nierozgarnięte dzieci w halucynogennej mgle.** You get it.

Najgorsze było to, że trafiliśmy na fatalną alergolog, która, jak się później okazało, prowadziła nas na manowce i zmarnowała kilka miesięcy walki o zdrowie mojego dziecka. Każda wizyta to były kolejne strzały, bo a nuż to czy tamto zadziała. Testy z krwi nic nie wykazały, próby skórne według tamtej pani nie mialy sensu z dzieckiem w wieku Bo. Dostawaliśmy więc recepty na coraz wymyślniejsze (i droższe, a jakże!) maści i smarowidła, a wyników nie było. Sensownych rad co do prowadzenia diety eliminacyjnej też nie. Nasze chaotyczne próby eliminowania produktow i zaobserwowania, co alergizuje Borysa, nie prowadziły do żadnych sensownych wniosków, na skutek których stan skóry Młodego by się poprawił.

A jakie tak naprawdę były objawy? Mówiąc obrazowo, strupopodobne zmiany wielkości monet gęsto rozłożone na całym ciele oprócz głowy, dłoni i stóp (rozkład zmian wskazywał na prawdopodobieństwo alergii kontaktowej bezpośrednio lub krzyżowo z jedzeniem - żeby nie było nudno). Dziecko ubrane wyglądało najzupełniej normalnie. Dziecko rozebrane to był naprawdę nieciekawy widok. Przez jakiś czas miałam jedno zdjęcie tych zmian w komórce, ale kiedy wyszliśmy na prostą, usunęłam je. Chcę, żeby pamięć zadziałała naturalnym mechanizmem i zamazała te obrazy.

Aby nie rozwlekać (bo temat błędów lekarza i naszych to materiał na oddzielną blogową antologię pod tytułem „Jak nie postepować przy diagnozowaniu alergii”), przenieśmy się jakieś trzy miesiące od pierwszych nasileń choroby. Wtedy zapomnieliśmy już właściwie, co to "lepszy" stan skóry Borysa. Zmiany ciągłe, niereagujące na środki. My, rodzice - zdesperowani. Alergolog - rozkładająca ręce.

Aż tu nagle, pewnego grudniowego dnia, planety musiały się W KOŃCU ułożyć w jakąś sensowną konfigurację, bo wreszcie otrzymaliśmy sensowną pomoc.

Parę tygodni wcześniej w naszym bloku rozpoczeła dzialalność przychodnia prywatnej medycznej sieci, w której można było się rownież zapisywać do lekarza pierwszego kontaktu NFZ. I się wzielim zapisali - bo pediatra trzy minuty od domu to jednak wygodne jest. 

Tego dnia Marcin został z Filipem w domu, bo tenże pokasływał. Przy rejestracji konsultacji pediatrycznej w naszej przychodni usłyszeliśmy, że przyjmie doktor taka a taka - z wyglądu nastolatka, ale żeby się tym nie sugerować, bo to dobry lekarz, w szpitalu dziecięcym pracuje. A u nas od razu trybiki w ruch - ci ze szpitali często dużo wiedzą z praktyki, więc Borys od razu zostawiony w domu i na wizytę zabrany na dopych, bo być może ta „dobry lekarz” poradzi, gdzie szukać pomocy.

„Dobry lekarz” tylko sekundę spojrzała na Borysa i zawyrokowała, że w tym stanie dziecko powinno się jak najszybciej znaleźć na oddziale szpitalnym. Wyjęła komórkę, narobiła zdjęć i obiecała, że następnego dnia pokaże je koleżance z alergologii. Tak zrobiła - około południa dostaliśmy telefon, że łóżko na oddziale czeka i że mamy dwie godziny na decyzję, czy przyjeżdżamy na Działdowską. Tak zwana propozycja nie do odrzucenia.

Aha, żeby nie zapomnieć - „dobry lekarz” zdiagnozowała też pokasływanie Filipa: zapalenie płuc. A pisałam, że miesiąc wcześniej mieliśmy epizod Filipa z dusznością, który skończył się na ostrym dyżurze? Nie pisałam? Na szczęście odesłali nas wtedy do domu tej samej nocy po opanowaniu sytuacji. To jeszcze dodam, że przez kolejne miesiące będziemy się mierzyć z nawracającymi problemami oskrzelowymi Filipa.

I to jest chyba dobra przygrywka przed przeniesieniem akcji na szpitalne korytarze. 

 

* And isn’t it ironic, don’t you think? 

** Disclaimer: To bardzo obrazowa forma literacka, a nie wspomnienie dzieciństwa.

 

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • agra1

    Kochana, to trzymam kciuki za wyjście na prostą!!! A Dzialdowska alergologia dobra jest, sprawdziłam:)

  • liwne

    Czytam to, Fiono, chce mi się płakać jak to czytam... Na jesieni zeszłego roku przez tydzień chodziłam po pediatrach z dzieckiem z bólem głowy...i slyszalam, ze dziecko nie chce chodzić do przedszkola, symuluje i w ogóle jestem głupia. Po tygodniu synek leżal na sali operacyjnej i usuwano mu świństwo z móżdżku. Na szczęście nasza przygoda konczy sie chyba dobrze, ale pierwsza wlasciwa diagnoza właśnie padla na dzialdowskiej.... Takze w pewni Cie rozumiem. Najgorsza jest bezsilność... I ograniczenie umyslowe niektórych lekarzy...

  • whywomen

    Jak sobie przypomnę ilość leków, które przewijały się i zalegały na półkach - bo jedna półka nie wystarczała. takich tylko napoczętych. To mogę jedynie pocieszyć, że ta ilość się zmniejsza jak dziecko kończy jakieś 7 lat.
    Zdrowia Wam życzę.
    I zachłannie dopytuję: Kiedy ciąg dalszy?

  • kropka306

    Zaintrygował mnie ten odcinek bez wyjaśnienia ;) Mam w domu egzemplarz alergiczny, już w wieku 1 miesiąca musiałam zapodać steryd na buzię, a potem przez pewien czas było jeszcze gorzej. Jestem strasznie ciekawa co wynaleźli u Filipa?

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci