Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

Truchło matki nad stworzeniem przypominającym świnkę morską

fiona_apple

Zgadnijcie – ile czasu minęło zanim wspomniałam o ewentualnym trzecim dziecku? Całe pół godziny od momentu, w którym położyli Borysa na mojej piersi.

Kiedy personel szpitalny zostawił nas samych, powiedziałam Miśkowi, że przy ewentualnej trzeciej ciąży powinniśmy w ostatnim miesiącu monitorować ilość wód płodowych. W obu pierwszych przypadkach było ich mało, a przy Filipie było to wskazanie do wywoływania porodu.

Wzrok Misiesława był przez chwilę nieodgadniony. Mój ukochany Małżonek debatował, czy na dobre postradałam zmysły, czy raczej mój mózg został po prostu chwilowo zalany przez pierwszą falę mleka. Najwyraźniej zdecydował, że niepokojący stan mojego umysłu jest przejściowy, bo pogłaskał mnie po głowie i potwierdził: Tak, tak, oczywiście, tak…, podczas gdy ton jego głosu zdradzał, że w głowie miał: Jest ci Żono wybaczone, bo nie wiesz, co bełkoczesz.

Zanim jednak tak bardzo skonfundowałam świeżo upieczonego ojca, nastąpiło jeszcze bliskie spotkanie trzeciego stopnia z przystojnym lekarzem, który przyjmował mnie na oddział. Lekarz ten pozwolił sobie pozaglądać tu i ówdzie, żeby ocenić poporodowe zniszczenia.

- Proszę się tak nie prężyć, nie ma potrzeby się denerwować. No proszę pani! Naprawdę nie ma się czym stresować i tak się spinać!

Taaaaa… Właśnie wypchnęłam prawie cztery kilo żywego chłopa z mych lędźwi, więc to jest świetny moment, żeby się zrelaksować, wręcz idealny. Szczególnie kiedy obcy facet sobie przy tych moich lędźwiach gmyra. No ale wybaczyłam mu szybko – naprawdę był baaardzo przystojny.

Kiedy już pooglądali sobie i mnie, i dziecko, pozwolili naszej świeżo powiększonej rodzinie trochę poleniuchować w ciszy i spokoju (który to spokój zakłóciłam sugestiami, że może kiedyś…), a następnie wyeksportowali na oddział położniczy. Miśku się wtedy wziął i zabrał do domu wyprzytulać naszego dzielnego Pierworodnego, a ja zostałam wyginać kręgosłup w zgrabny garb nad małym stworzeniem, które, co niewiarygodne, jeszcze niedawno zamieszkiwało moje ciało.

Tym właśnie głównie zajmowałam się przez ponad dwie doby – wiszeniem nad noworodkiem, podziwianiem jego urody i wsłuchiwaniem się w przesłodkie pofukiwanie a’ la świnka morska. W przerwach wprawialiśmy w zachwyt pielęgniarki laktacyjne (Ach, jak pięknie się przysysa! Widzę, że niepotrzebna tu moja pomoc.), a Mamma zachłannie połykała przywiezione do szpitala książki (jedną dokończyłam – tak, wiem, dość specyficzny wybór, tak naprawdę planowałam ją skończyć przed porodem, ale się nie udało, jedną przeczytałam od deski do deski, a jedną udało mi się doczytać do jakichś dwóch trzecich, więc została skończona już w domu).

W szpitalu udało mi się wyspać, wypocząć, a pod koniec pobytu zaczęłam się nawet nudzić. To chyba wiele mówi o tym, jak bezproblemowe były pierwsze chwile Borysa na tym świecie. Nie przeszkodził nam nawet personel oddziału, który był, jak to zwykle w państwowych placówkach, różny.

Niektóre położne ciepłe i pomocne (większość na szczęście), niektóre z nieukrywaną pogardą spoglądające z góry (raczej Mount Everest niż Rysy) na świeżo upieczone matki (Co to one mogą wiedzieć, te młode, nie to co my, z dwudziestoma latami doświadczenia na porodówkach. ) Na oddzielne zdanie zasługuje pani ordynator, z którą ma się nieprzyjemność spotykać na parę chwil w czasie porannych obchodów – zimna suka, która mówi o matkach nie patrząc na nie wcale, jakby były dodatkowym elementem wyposażenia odnowionych wnętrz (dość uciążliwym elementem, któremu trzeba zajrzeć w krocze, obejrzeć bliznę po cesarce, wymiętolić obkurczającą się macicę).

Co mnie zaskoczyło niezwykle pozytywnie, to świetne jedzenie. No kidding – było naprawdę bardzo smaczne. Dowożone z firmy cateringowej, więc pewnie dlatego. Było nie tylko pokarmem dla ciała, ale też dostarczało intelektualnych wyzwań.

Na każde śniadanie i każdą kolację były cztery kromki chleba lub bułki, ale do tego tylko TRZY plastry wędliny. Dwie doby zajęło mi wypracowanie teorii tłumaczącej to zjawisko. Otóż plaster wędliny miał zawsze większą powierzchnię niż kromka pieczywa i doszłam do wniosku, że oba elementy musiały się zgadzać POWIERZCHNIĄ CAŁKOWITĄ. Logiczne? Logiczne. I jak cudowne w swej prostocie.

Warszawskiemu szpitalowi na Inflanckiej daję piątkę w polskiej szkolnej skali sześciu ocen. Spokojne, bezproblemowe przyjęcie, dobra opieka w czasie porodu w jednoosobowej, świeżo odnowionej sali, personel oddziału położniczego, który nie przeszkadzał w poznawaniu mojego dziecka. A wszystko to za zupełną darmoszkę.

(Podobno nie ma tam też problemu ze znieczulaniem i nie biorą za tę ewentualność pieniędzy. Tu nie mam jednak doświadczenia, więc nie potwierdzę. Może ktoś z Czytelników mógłby się wypowiedzieć na ten temat.)

Jednego brakowało – wsparcia w najprostszych czynnościach przy opiece nad maluchem. Może dali mi kredyt zaufania, bo jestem wieloródką (boszszsz, jak brzmi!), może roztaczałam aurę niezwykłej pewności siebie w swoich poczynaniach, ale zaglądanie przez uchylone drzwi, pytanie, czy wszystko w porządku i natychmiastowe ulatnianie się, nie jest wystarczającą pomocą. Specjalistki od laktacji nie powinny pytać, czy są problemy, ale biegać od piersi do piersi i sprawdzać jak się maluchy przysysają – bez zachęcania! To w końcu ich praca, prawda? Ja prosiłam o konsultację, kiedy tylko widziałam pielęgniarkę laktacyjną na horyzoncie. A ile matek nie ma siły albo śmiałości prosić? Ile nie widzi potrzeby, chociaż w rzeczywistości taka potrzeba jest? Jeśli kobiety, które zostały matkami po raz pierwszy, mają takie nikłe wsparcie, jakie ja miałam, na pewno piątki szpitalowi nie dadzą.

Ja jednak generalnie narzekać nie mogę, jestem bardzo zadowolona (zresztą pisałam kiedyś, że zależy mi przede wszystkim, żeby mnie w czasie pobytu w szpitalu zostawili w spokoju). Nie tak źle, zważywszy, że w ogóle wcześniej nie byliśmy w tej placówce, bo nam się… hmmm… nie chciało jechać. Po prostu na początku lipca sprawdziliśmy dla pewności w google.maps trasę dojazdu. I tyle.

Komentarze (8)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Jola] 84.6.43.*

    Pozeram te Twoje wpisy jak tylko sie ukazuja. To pewnie przez to ze temat mnie ogromnie interesuje (i jakze zazdroszcze dziecka w krawacie i trzymam kciuki coby moje tez takie bylo, zaczelam nawet trenowac wizualizacje sycylijskich plaz, he he;). Dzieki za dzielenie sie tym wszystkim :)
    Mam takie samo zdanie na temat pobytu w szpitalu- personel powinien nas zostawic w spokoju lub ewentalnie pomoc gdy trzeba (tez pewnie bede meczyla polozna laktacyjna).

  • eorath

    Mieszkałam na przeciwko tego szpitala przez sześć lat ;) Niesamowite przeżycie :)

  • yavorius

    O, zdecydowałaś się na polecaną przeze mnie Inflancką! Cieszę się, że wszystko było OK i jeszcze raz wszystkiego dobrego dla Ciebie i Malucha!

  • yavorius

    A do Żony na szczęście przychodził pan ordynator ;-)

  • zatroskanakobieta

    tak znam tą panią ordynator i ja. Napsuła mi sporo krwi dwa lata temu.
    Urodziłam w luksusach nowej porodówki jako jedna z pierwszych, bo właśnie oddali je do użytku, ale na noworodkach był dramat. Remont w toku, ścisk. Tragedia. Ale dobrze wspominam pobyt. Bo były fajne dziewczyny w pokoju. Obsługa no cóż - pani od laktacji była ok, reszta taka sobie, w/w pani tragiczna. Acha i to samo wrażenie apropos jedzenia. Matko do dziś pamiętam te płatki na mleku...
    To jak piszesz o swoim nazwijmy to połogu tylko mnie utwierdza w przekonaniu, że pierwszego dziecka nie powinno się mieć, tylko od razu drugie. Ja dostawałam raczej pomieszania zmysłów. Gdzie ja bym miała głowę do czytania książek?! A dziewczyny z sąsiednich łóżek - wieloródki - były tak wyluzowane jak Ty. Patrzyłam na nie z zazdrością.

  • fiona_apple

    @ Jola - To już chyba koniec historii porodowych na tym blogu. Mam nadzieję, że nasza proza życia też Cię będzie interesować. :)
    @ eorath - No ale chyba nie otwierali okien na bloku porodowym nigdy, żeby sąsiedzi sobie mogli posłuchać???
    @ yavorius - Nie ukrywam, że Twoje entuzjastyczne podejście do tego szpitala było jedną z cegiełek budujących naszą decyzję. Miśu usłyszał podobne historie od swoich dwóch kolegów z pracy, ktoś dodał, że z Inflanckiej zasadniczo nie odsyłają do innych szpitali i tak się nastawiliśmy, że nawet nie odwiedziliśmy przybytku. :)
    @ zatroskanakobieta - A może tak od razu trzecie? Te to dopiero mają luza. :D

  • Gość: [magdapesz] *.dynamic.t-mont.net.pl

    z ciekawości: jak Ci się czytało "dziecko z bliska"? jakie przemyślenia?

  • fiona_apple

    @ magdapesz - Lektura "Dziecka z bliska" to w sumie temat na oddzielną notkę (tę w długiej kolejce ważnych i ciekawych tematów, które bym chciała poruszyć, na co wiecznie nie mam czasu). Niezła książka, generalnie zawiera sensowne myśli, choć muszę przyznać, że czytanie jej było troche jak jazda rollercoasterem:
    Rób tak i tak, bo i naczej dziecku wyrządzisz traumę na całe życie i będzie ono mega dysfunkcjonalne w społeczeństwie. - Och, boszszsz, ja tak wcale nie robiłam, chyba wyrodna jestem! Filippo jest okaleczeony! - ROLLERCOASTER W DÓŁ - Wszyscy popełniamy błędy, a dzieci nam wiele wybaczają, więc nie biczujmy się. Chodzi o to, żeby mieć dobry azymut - Ufff! Może jednak nie jest tak źle... - ROLLERCOASTER W GÓRĘ - Ale mimo wszystko, jak nie zrobisz tego i tamtego, dziecko będzie w dorosłości mierzyć się z tuzinem emocjonalnych blizn. - Czyli jednak jestem wyrodna! I co teraz? Co teraz??? - ROLLERCOASTER W DÓŁ - Wszyscy popełniamy błędy... Ble, ble ble... Azymut... - Ufff! Może jednak nie jest tak źle... - ROLLERCOASTER W GÓRĘ
    I tak dalej.
    :)))))

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci