Menu

Wylęgarnia

Metamorfoza matki w człowieka. Wciąż w toku.

Just go with the flow

fiona_apple

Siedzieliśmy w milczeniu zastanawiając się, co robić.

Od razu opublikuję dementi dla wszystkich tych Szanownych Czytelników, którzy już sobie wyobrazili, że Fionka kobietą złą i wredną jest, nie ma żadnych przyjaciół i nikogo, kto by ją w sytuacji kryzysowej poratował.

To nie jest tak, że żyjemy w społecznej próżni, ale nie mamy zbyt wielu osób, z którymi Filippo zostawał sam na sam na dłużej. A tutaj kroiło się, że Młody wstanie rano i nie znajdzie w domu Tatusia ani Mamusi, więc osoba, którą spotka, powinna mu zapewnić poczucie bezpieczeństwa.

- Dzwonię do Rafała. – Miśku wybierał już numer w komórce. Złapałam go za rękę.
- Jesteś pewien?
- Jestem pewien. Poza tym nie mamy wyjścia.

Rafcio to starszy brat Misiesława – kapitalny człowiek, który w każdej sytuacji życiowej sobie poradzi (nawet z niesfornym Prawie-Trzylatkiem). Skąd więc moje wątpliwości? Rafcio prowadzi własną agencję reklamową i jest człowiekiem niezwykle zajętym. Bardzo byśmy chcieli spotykać się z nim i jego rodziną częściej, ale niestety nie jest to możliwe.

Filippo, choć oczywiście wiedział, kto zacz, nigdy wcześniej nie spędził z Wujkiem Rafałem czasu bez nas. Dodajcie do tego paranoidalne reakcje Młodego na wszystko co niespodziewane oraz nieznane dla większości obywateli narzecze, w którym gada Filippo i macie gotowy przepis na schiza matki w sosie z lęków własnych.

Rozmowa była krótka.

- Rafał zaraz wyjeżdża.

Pomyślałam, że z Mokotowa to będzie jakiś kwadrans. Wyszłam na balkon. Wokół cisza, spokój. Powietrze ciężkie i wilgotne. Światło tylko w kilku oknach – większość porządnych obywateli już spała.

Moje życie miało się właśnie zmienić nie do poznania, a oni spali. Tak po prostu! Groteska.

Kiedy ja powstrzymywałam się przed obudzeniem całego osiedla głośną informacją, że właaaaaśnieeeee rooooodzęęęęę!, Miśku, typ niezwykle praktyczny, tworzył listę najważniejszych informacji dla Rafcia. Ten serek na śniadanie, wędliny nawet nie próbuj mu dawać, bo nie znosi, tu zestaw ubrań na rano, tu dwa zestawy dodatkowe, bo na pewno się ubrudzi (może nawet serkiem zaraz po wstaniu), schodek do sedesu ustawia się w tę stronę, nie w tę, pipi bakam to sok jabłkowy, Bibi to jego ukochany Buffie, tu masz książkę o rodzinie, która spodziewa się dziecka – powinna pomóc Młodemu ogarnąć lepiej całą sytuację.

Kiedy Rafcio przyjechał, byliśmy już w blokach startowych. Szybkie sprawdzenie checklisty, oprowadzenie po pokojach, całusek w czółko i w drogę.

Do szpitala dojechaliśmy o drugiej w nocy i z pewną taką nieśmiałością przekroczyliśmy próg ostrego dyżuru. Cieć przetarł zaspane oczy, spojrzał na mój brzuch, wskazał mi drzwi wewnętrzne, po czym zwrócił się do Miśka:

- Pan siada. To zajmie co najmniej pół godziny.

Niepewnie weszłam do kolejnego pomieszczenia. Miałam właśnie stanąć oko w oko z polską położniczą rzeczywistością. Przełknęłam ślinę.

Przywitał mnie szeroki uśmiech pielęgniarki.

- Dobry wieczór. To co? Rodzimy?
- Dobry wieczór. Mam nadzieję, że pani mi to powie.

I wtedy wiedziałam już, że będzie dobrze.

Swoje jednak musiałam odczekać, bo ilość papierologii do wypełnienia przy przyjęciu na porodówkę jest porażająca. Imię, nazwisko, wzrost, waga, wykształcenie, zawód wyuczony, zawód wykonywany, alergie, przebyte choroby, zabiegi chirurgiczne, pali? nadużywa alkoholu? narkotyzuje się?  wymieni kółka zainteresowań, preferencje muzyczne, poglądy polityczne, ulubiony owoc i kolor firanek w sypialni – rodzącej, ojca dziecka, psa, kota, rodziców przyszłej matki, teściów, szefa, sąsiada, dyrektorki żłobka.

Potem jeszcze ktg, po którym przystojny młody lekarz (ładne kręcone włosy, niebieskie oczy, smukłe dłonie) ocenił rozwarcie na cztery centymetry i orzekł, że zostaję. Na blok porodowy trafiliśmy parę minut przed trzecią.

Teraz miało ruszyć z kopyta. Rodzę, bach, bach, a Miśku wraca do domu zanim obudzi się Filippo. Nie było to jednak takie proste, bo moja macica, buntowniczka z wyboru, miała jednak swój własny rytm i swój własny plan. Rozmawiałam z nią, przekonywałam, że powinna przyspieszyć, ale wszystko rozwijało się powoli.

Spacerowałam więc sobie po sali, co jakiś czas wskakiwałam pokicać na piłce, a Miśku przysypiał na fotelu w rogu i na moje hasło notował skurcze w kajecie. Tylko co jakiś czas wybuchałam płaczem, że czas biegnie, sytuacja nie nabiera tempa, a godzina zwyczajowej pobudki Młodego się już zbliża. Wyobrażałam sobie moje biedne dziecko w szoku z powodu nagłej niezrozumiałej nieobecności rodziców i nie mogłam sobie darować, że postawiliśmy go w takiej sytuacji. Bo to przeca trauma na całe życie i jątrząca się rana na psyche. Zła matka, najgorsza, jak tylko urodzi, biczować się będzie o świcie i zmroku do końca dni swoich.

Postronny obserwator Mammy łkającej pomyślałby na pewno, że nie radzi sobie z przebiegiem porodu. A ja zastanawiałam się, dlaczego przy pierwszym tak szybko poprosiłam o znieczulenie. Skurcze stawały się coraz mocniejsze, ale ja wciąż byłam bardzo daleko od granicy swojej wytrzymałości.

Odpowiedź na moje pytanie przyszła z pierwszym ktg. Położyli mnie na łóżku z zadaniem tymczasowej transformacji w najbardziej nieruchomą ze wszystkich nieruchomości świata.

I jak mnie wtedy TRZEPŁO! Jak mną TELEPŁO! Stomatologiczne leczenie kanałowe bez znieczulenia to przy tym betka.

A potem (dobrych kilka telepnięć później) odpięli mnie od aparatury i znów było OK. To niezbity dowód na to, że najgorsze, co można zrobić rodzącej, to ją unieruchomić.

Gdy byłam nieskrępowana, radziłam sobie ze skurczami intuicyjnie i aktywnie – używając technik oddechowych, przywołując miłe wspomnienia*, licząc płytki w podłodze. Potem, kiedy zaczęło się robić hardcorowo, odkryłam, że pomaga mi chodzenie wzdłuż lady z szafkami na akcesoria medyczne i wystukiwanie na tej ladzie rytmu dłońmi. Jak kretynka jakaś, ale przynajmniej kretynka radząca sobie z bólem porodowym. Na łóżku, opleciona sprzętem do ktg, byłam tylko bezwładnym, cierpiącym niemiłosiernie warzywkiem.

Tak minął nam czas do przed siódmą, kiedy do sali wpadła Aktywistka.

- Rodzi sobie pani spokojniutko, nie skarży się. (Po co się skarżyć, skoro mogę powspominać wakacje na Sardynii, hłe hłe.) Zbadam teraz panią i zobaczymy, w jakim punkcie akcji jesteśmy. (Mozolne tarabanienie się na łóżko – styl słonia morskiego.) Rozwarcie na… sześć centymetrów. (WTF??? W??? T??? F??? Tylko dwa centymetry przybyły??? Ja wyszlifowałam blat na szafkach na błysk, a to tylko dwa! cen! ty! me! try???) W takim tempie będzie pani rodzić do dwudziestej. Przebijemy pęcherz płodowy, powinno przyspieszyć. (Zaraz… Przebijecie?… Pę… O, już czuję odpływ wód…) A teraz na dwadzieścia minut podłączymy panią do ktg.

Nie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

A jednak podłączyli. Położna włączyła sprzęt o 7:02. Zapamiętałam godzinę, bo za pierwszym razem obiecała, że mnie podłącza na dwadzieścia minut i tyle właśnie mnie trzymali w unieruchomieniu. Tym razem mieli czas do 7:22.

To było bardzo długie dwadzieścia minut. Baaaaardzooooo dłuuuuugieeeee.

Jakiś kwadrans po siódmej, kiedy zwijałam się w precla i próbowałam przywołać w pamięci obraz cholernych, pieprzonych, j… (piiiiip!) sardyńskich plaż, na komórkę Miśka zadzwonił Rafcio. Mnie znowu trzepło, więc straciłam po trosze kontakt w rzeczywistością, a kiedy wróciłam do świadomości, poprosiłam Misiesława:

- Opowiedz mi, co z Młodym. Tylko proszę cię bardzo, same dobre wiadomości.

Głos Miśka łamał się.

- Nie doceniliśmy własnego dziecka. Wstał, był zaskoczony naszą nieobecnością, ale kiedy Rafał powiedział mu, że pojechaliśmy do szpitala, uspokoił się i powiedział: Aha – dzidzia. A potem zażądał porannej porcji kreskówek.

Popłakałam się, a jakże. Miśku też. Mamy bardzo mądrego syna. Najmądrzejszego na świecie.

Znowu mną telepło. Miałam wrażenie, że dochodzę do kresu swoich możliwości. Opadałam z sił. A była już 7:25. Gdzie ta cholerna położna???

Przyszła za krótką chwilę. Spojrzała na wydruk z ktg i powiedziała, że będą potrzebowali kontynuować monitoring przez kolejne dziesięć minut.

Że co??? DZIESIĘĆ MINUT???

- Proszę pani, ja już nie dam rady. Potrzebuję znieczulenia. Proszę o znieczulenie. Dajcie mi znieczulenie!
- Znieczulenie? Teraz? W końcu coś się ruszyło. Da pani radę. Proszę myśleć o dziecku.

Nosz qrrrrrwa, a o czym ja tu cały czas myślę?  No dobra, czasami o wakacjach, ale głównie o dziecku, które rodzę. Tak jakby trudno mi o tym zapomnieć!

Położna już wychodziła z sali, zamykała drzwi.

- Proszę zaczekać! Ja naprawdę potrzebuję znieczulenia, to nie jest żadna fanaberia! Zaczynam odczuwać potrzebę parcia. Jeśli tego nie powstrzymam, mogę zagrozić dziecku.
- Potrzeba parcia?

Położna cofnęła się od drzwi.

- Sprawdźmy to.

Badanie było bardzo krótkie. Położna nie powiedziała nic, tylko wstrzeliła jak z procy w stronę drzwi. Otworzyła je i krzyknęła na korytarz:

- Potrzebuję wsparcia, bo zaczynamy tu rodzić!

Zaczynamy? ZACZYNAMY??? A co ja tu niby robię od tych kilku godzin, hę??? Relaksuję się? Leżę i pachnę? Wypoczywam?

Położna wróciła do mnie.

- Zbliżamy się do końca. Już niedługo spotka pani swoje dziecko.

Potem był tupot stóp, mały chaos, wkładanie fartuchów, układanie mnie w pozycji półsiedzącej (wybitnie przy tym nie współpracowałam, wybitnie), ustalanie, czy idzie skurcz, czy nie idzie (współpraca również nieidealna, ale z tendencją ku pozytywnej), dużo pokrzykiwania, zapewniania mnie, że dam radę, że nie – JUŻ TERAZ daję radę, że jestem silna, o! już widać główkę, jeszcze tylko raz, tak, właśnie tak, taaaaak!

O 7:40 na mojej piersi wylądował Bo – przepiękna skrzecząca kupka naszego szczęścia.

- Witaj na świecie, synku. Jesteś cudowny.

Spojrzałam na Miśka.

- Jest cudowny, prawda? Aha, i jeszcze jedno. Naprawdę nie chcę robić tego trzeci raz.

 

***

* Tak, po wakacjach zastąpię Reni Jusis w Dzień Dobry TVN opowiadając, że najlepszym znieczuleniem w czasie porodu jest odnalezienie swojego happy place. :)

***

PS. Wiem, że niektórzy mogą być zawiedzeni, że Filippo jednak nie przeciął pępowiny. Spragnionym takiego rodzaju emocji polecam ten blogowy wpis. Tam to się dopiero działo!

Komentarze (26)

Dodaj komentarz
  • alexxela78

    Super! Dalas rade! Oj tak to ktg i unierochomienie na lozku bylo dla mnie najgorszym etapem w czasie porodu, och ten bol kregoslupa w tej pozycji kiedy przychodzil skurcz. A powiedzieli Ci ile parlas go na swiat? za toba dwa porody, jeden ze znieczuleniem, a drugi w 100% naturalny, tak? i jak? jakie wrazenia? A ja sie wciaz zastanawiam czy dam rade z nastepna ciaza, a moze latwiej jest za drugim razem jak sie wypycha ta glowke?

  • arvata

    heh tak to bym nawet mogła rodzić sn :D

  • zatroskanakobieta

    Popłakałam się. Choć to nie moje dziecko.

  • Gość: [MegiBu] *.play-internet.pl

    rodziłam podobnie:) położna twierdziła, że dopiero wieczorem coś z tego będzie, a już o 8.44 rano na świecie była moja córeczka, skurcze parte pojawiły się przed pełnym rozwarciem, było trochę stresu, ale wszystko dobrze się skończyło i naturalnie (co się rzadko w polskich szpitalach zdarza)

    gratulacje!

  • red_thin_line

    skoro myślałaś o uroczych i sielskich krajobrazach w trakcie porodu to się nie dziw, że syn w krawacie ... i w ogóle wielkie brawa i mnóstwo całusów dla Filipa, za to jak wytrzymał całe wydarzenie

  • konishiko

    Historia trzymajaca w napieciu do ostatniej chwili! Ech, mnie tez mowili ze bede rodzic do wieczora i rodzilam do rana dnia nastepnego ;)

  • Gość: [mama ćwirka] *.229.147.4.sk-projekt.pl

    hłe hłe.. to filipo ogląda kreskówki?:))

  • whywomen

    :-) nie jestem rozczarowana. Wzruszyłam się. Tak ładnie napisałaś o waszym wzruszeniu... Wydaj to kobieto. Albo nie, albo nie, lepiej pisz tutaj dalej. Wszystkiego najlepszego!
    Słowo"tupot" w tym akurat miejscu mnie rozbroiło:-)

  • fiona_apple

    @ alexxela78 - W papierach mam 10 minut parcia, ale wydaje mi się, że było krócej. Trzy skurcze. Za pierwszym razem to było 40 minut - zupełnie inna jakość.
    @ arvata - Zabrzmi to specyficznie, ale polecam. :) Z wielu względów.
    @ zatroskanakobieta - Ja często płaczę przy opisach porodów, czasami nawet ryczę. Jest coś w tym mistycznego. W porodzie, nie w moim płaczu. :P
    @ MegiBu - Witam na blogu. I dziękuję za gratulacje.
    @ red_thin_line - Jak już będę w DD TVN, to podejmę temat wpływu wizualizacji sielskich krajobrazów w czasie porodu na usposobienie noworodka. :)
    @ konishiko - Aż się boję spytać - ile w sumie godzin trwał poród?
    @ mama ćwirka - Ogląda. Ma nawet preferencje. Od dawna mam pomysł na wpis o tym, ale się nie mogę zebrać.
    @ whywomen - Ten "tupot" brzmiał jak tętent końskich kopyt, bo służba zdrowia lubi chodaki. ;)

  • konishiko

    @fiona i wizualizacja: w wannie porodowej wizualizowalam sobie ulubiona czynnosc czyli nurkowanie na kolorowej rafie, dzwieki z gazu rozweselajacego pozwalaly sie calkiem niezle wczuc ;) Co prawda po dwoch godzinach mi sie znudzilo (w sumie chyba wyciagnelam 26) ale rzeczywiscie dzieciak tez mi sie urodzil w krawacie wiec moze cos w tym jest!

  • Gość: [żuaninia] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    To tak jak ja miałaś: też wylądowałam na porodówce o 2:00 w nocy a urodziłam Nikę o 7:30 :) I też był "poród siłami natury". Czytając, powróciłam pamięcią do wydarzeń sprzed dwóch lat. Jest jednak jedna zasadnicza różnica: Nika nie była noworodkiem w krawacie. Pierworodna. Podobno pierworodne dzieci rzadko są "krawatowe" :)

  • Gość: [Mama Roberta] *.adsl.inetia.pl

    Proszę wytłumaczcie mi o co chodzi z tym krawatem, noworodek w krawacie? Nie rozumiem, o co chodzi? Jaki klasyk tak pisał? Wytłumaczcie laikowi, proszę!

  • konishiko

    @Mama Roberta: W Klasyku czyli chyba w "Misiu" albo innym Barei było że klient w krawacie jest mniej awanturujący się ;) Z innej beczki syn mi wyrwał klawisz z przecinkiem z klawiatury laptopa dziś...

  • zbiczasta

    Fiona, dzielna jesteś, naprawdę... Nie wiem skąd rodzące czerpią tę siłę, ale czytam takie wpisy z rozdziawioną paszczą pełna podziwu dla ludzkiej wytrzymałości.

  • Gość: [Mama Roberta] *.adsl.inetia.pl

    @konishiko - dzięki, ale w życiu bym tego nie skojarzyła :)

  • Gość: [Karola] *.28.49.122.iwacom.net.pl

    Kurcze, mam nadzieję, że mój drugi poród będzie krótszy... Podziwiam Twoją dzielność, bo ja już po dwóch godzinach wymiękałam, a urodziłam przecież zaledwie po trzech od dotarcia do szpitala!

    P.S.
    Masz talent do opisywania, bardzo dobrze czyta się Twoje teksty. :)

  • fiona_apple

    @ Mama Roberta - Koleżanka konishiko Ci wszystko pięknie wyłuszczyła, a ja dodam jeszcze link, który może Ci coś przypomni.
    @ konishiko - Za porody powyżej doby powinni dawać medale i nagrody pieniężne. :) Współczucie z powodu lapka. Klawisz nadaje się do użycia? Czasami zostaje przeżuty albo inaczej wymęczony i nic już z takowego nie ma (piszę z doświadczenia).
    @ zbiczasta - Ja też nie wiem skąd ta siła, ale daje kopa już po zakończeniu akcji. Ja na samo wspomnienie mam oszałamające poczucie bycia nadczłowiekiem. ;)
    @ Karola - Dzięki za komplement. Rumienię się.

  • matyldazhouston

    Swietnie opisane! Czapki z glow za trzymanie nerwow na wodzy i szybka akcje porodowa. Mnie to pewnie przydarzylby sie jakis frick out;-)
    A poza tym , to jak ty masz checi i sily do pisania????!!!????
    A teraz nie na temat.
    Ostatnio bylam w sklepie i widzialam cd Fiona Apple. Czy to ty?;-) Pracujesz, mammujesz, piszesz bloga i jeszcze nagrywasz plyty?;-)

  • konishiko

    @fiona: oj, powinni. Mnie sie udalo zalapac tylko na zdjecie w gazecie pare godzin po porodzie, musi wystarczyc ;) Klawisz nie przezuty i wrocil na swoje miejsce, ale mlody usilnie probuje teraz wyrwac spacje... Chyba mu kupie zapasowa klawiature :P

    @matylda: Wiedzialam ze Fiona Apple cos mi mowi! Czy nick rzeczywiscie stad czy zbieg okolicznosci?

  • fiona_apple

    @ matyldazhjuston & konishiko - Tak, tak, tak - chodzi o tę samą Fionkę. :) Jestem jej fanką ogromniastą od liceum (ach, tyle to już lat...:D). Usłyszałam ją kiedyś na VH1. Kiedy nie można było długo u nas dostać jej drugiego albumu, karkołomnie sprowadziłam go z Finlandii. I jak przyszło do zakładania konta na gazecie, posłużyłam się jej danymi (to chyba karalne, więc cicho sza, hłe hłe). Potem nick podążył za mną na blogaska i nawet mi przeszło w pewnym momencie przez myśl, że to trochę infantylne, że może zmienić. Ale ja się przywiązuję do takich rzeczy. Nawet maila prywatnego mam od kilkunastu lat takiego samego, a numer komórki od ponad dekady. I tak zostało na wieki wieków.

  • fiona_apple

    PS. Oczywiście ogromnie polecam mjuzik Fiony Apple. Jest super.

  • izjaa

    Ale opis! Matko jodyno!
    PS moje pierworodne jak najbardziej w krawacie :D drugie chwilowo też, oby mu zostało :)

  • thernity

    No! to nawet szybko ;-) poszło!

  • zyrafafa

    Gratuluję 4 kg Szczęścia i zazdroszczę poczucia humoru w godzienie "0" :)

  • fiona_apple

    @ zyrafafa - Jak to zwykle bywa, większość tego poczucia humoru pochodzi jednak z okresu już po godzinie "0". :)))

  • listek_a

    No i się popłakałam!

Dodaj komentarz

© Wylęgarnia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci